czwartek, 26 czerwca 2014

Roz.11

z racji tego, że dwie (2!!!!!) osoby czekają na 11 rozdział, Kill Them All musi poczekać xd
a tak w ogóle, to nie chce mi się tu nic pisać.
miałam to napisać na wtorek, ale byłam chora.
no co zrobisz?
nic nie zrobisz.
ważne, że dziś to jest, nie? xD

***

  -Pójdziemy na chwilę do mnie - mruknęłam do chłopaków, kiedy byliśmy już pod drzwiami Mata. Odwróciłam się na pięcie i pociągnęłam za sobą Miriam. - Shane! Przyprowadziłam koleżankę! - zawołałam wesołym głosem. Poprowadziłam Miriam do łazienki i dałam jej jakieś swoje suche ciuchy. - Tam jest kuchnia. Jak się przebierzesz, to tam przyjdź - poinstruowałam, wskazując przeciwległą stronę korytarza. Dziewczyna pokiwała głową i zamknęła się na klucz w łazience. Poszłam do pokoju z zamiarem szybkiego przebrania się w suche ciuchy, ale zdjąwszy bluzę i koszulkę zawiesiłam wzrok na krajobrazie za oknem. Na horyzoncie już się przejaśniało, ale nad moim blokiem nadal było szaro. Ze zdjętym T-shirtem zmiętym w rękach, patrzyłam tęsknie na kawałeczek niebieskiego nieba. Potrząsnęłam głową, by odgonić od siebie wspomnienie oczy Viv patrzących na mnie z odrazą. Wyjęłam z szafy granatowy sweter i czarne dresy. Nałożyłam je na siebie, rozwiesiłam mokre ciuchy na kaloryferze i poszłam do kuchni. Na stole stała jajecznica, a obok talerza - kartonik soku pomarańczowego. Zjadłam, a raczej pochłonęłam to co zostawiła mi Shane. Intensywnie myślałam co mogę, a czego nie powinna zdradzać chłopakom i Miriam. No bo jak to tak? Wyjaśnić im wszystko, co miało jakiś związek z moim życiem, chociaż gadaliśmy co najwyżej sześć razy?
  -Daisy? Możemy już iść? - nagle w drzwiach pojawiła się miedzianowłosa dziewczyna ubrana w moje workowate ciuchy. Kiwnęłam głową, pociągając ostatnie łyki soku. Poczłapałam do swojego pokoju i podniosłam materac, a spod niego wygrzebałam garść lizaków. Jednego dałam Miriam, a resztę upchnęłam w kieszeniach dresów i z cytrynowym lizakiem w ustach ruszyłam w stronę drzwi. Wilgotne włosy machały się rytmicznie w takt moich kroków. Ramię w ramię z Miri, przeszłam przez klatkę schodową i zamiast zapukać do drzwi, czy chociaż zadzwonić, wbiłam do środka bez zapowiedzi. Pierwszym co rzuciło mi się w oczy, był bałagan. Drugą rzeczą było trzech półnagich chłopaków.
  -Ni mogę znaleźć żadnych czystych koszulek - wytłumaczył Matthias, drapiąc się po karku z zakłopotaniem. Zrobił zażenowaną minę, a ja westchnęłam ciężko. Jeśli mamy gadać na poważnie, to trzeba coś poradzić na ich goliznę. Wpadłam do swojego mieszkania, ściągnęłam z suszarki swoje trzy największe koszulki i popędziłam z powrotem. Rzuciłam zmięte T-shirty Oliemu i Dominicowi, którzy złapali je w locie. Mat był tak zdezorientowany, że dostał kulką materiału prosto w nos. Chłopcy wciągnęli na siebie ciuchy, a gospodarz zaprowadził nas do salonu. Usiadłam na fotelu, oplatając przyciągnięte do klatki piersiowej kolana. Reszta ludzi usiadła na sofie, przyglądając mi się ciekawie.
  -To co? Zaczynamy? - spytał Oliver jak zwykle przesadnie wesoło. Dominic zganił go wzrokiem, a model skurczył się w sobie.
  -A od czego mam zacząć? mam wam opowiedzieć swoje całe życie? - prychnęłam wyjmując lizaka z ust. Usiadłam po turecku i oparłam łokcie na kolanach.
  -Zróbmy tak. Będziemy ci zadawać pytania. Niezależnie od tego o czym będą, musisz odpowiedzieć. Zgoda? - spytała Miriam miłym głosem. Pokiwałam głową zrezygnowana. Włosy, których na morko nie dałam rady ułożyć, zasłaniały mi widok. Może to i nawet lepiej. Może w ten sposób nie będą wiedzieli kiedy kłamię.
  -Kim ty tak w ogóle jesteś? - spytał Oliver ze szczerą niewiedzą w głosie. Przez chwilę siedzieliśmy w ciszy. Przez moment patrzyłam na modela jak na wariata, a potem wybuchłam śmiechem. - Coś w tym zabawnego jest? - burknął nadymając policzki. Pokręciłam głową, uspokajając się powoli.
  -Przepraszam, przepraszam, ale... - zachichotałam znów. - Nie jest to trochę dziwne, że nie wiesz kim jestem, a chcesz poznać moje życie? W dodatku chcesz mi pomóc! - wytarłam oczy, kiedy popłynęły z nich łzy rozbawienia.
  -To nie jest dziwne. Nie ważne kim jesteś, Oli i tak zechce ci pomóc - powiedziała Miriam z ulgą, widząc, że się rozweseliłam.
  -Poza tym Dominic cię zna, a nawet chce ci pomóc, więc chcę poznać osobę, dla której jest miłym gościem - uśmiechnął się Oliver. Zaraz zginie. Jeśli czegoś nie zrobię, model zginie w męczarniach. Dominic ruszył się gwałtownie, ale ja już byłam przy nim i złapałam jego pięść wymierzoną w Olivera.
  -Zostaw go. Z martwego człowieka nie ma pożytku - warknęłam, patrząc na Dominica z góry. Rozluźnił mięśnie i opuścił pięść, po chwili zaciskając ją jeszcze mocniej.
  -Oberwie ci się za tego "miłego gościa". Ja zawsze jestem miły - warknął do Olivera, a zaraz potem popatrzył na mnie wyczekująco. No tak. Musiałam odpowiedzieć na pytanie blondyna. Opadłam na fotel, kładąc się w poprzek niego.
  -Kim jestem, co? - mruknęłam oglądając lizaka w świetle żarówki, by zaraz potem wsadzić go sobie do buzi. - Szkoda, że Simona tu nie ma... - szepnęłam, wyjmując lizaka z ust, tym samym powstrzymując pytanie Olivera. - Tak, znam go. Nie pytaj - zaśmiałam się gorzko.
  -Nie przeciągaj. Gadaj wreszcie - powiedział Mat wyraźnie zniecierpliwiony.
  -Dobra, ale potem powiesz mi co powiedziała ci ta dziewczyna na boisku - Mat przystał na mój warunek, więc odetchnęłam głęboko zanim zaczęłam mówić. - Jestem Daisy Rosy Andrews, lat 16, w gimnazjum byłam kimś innym, ale Rosy już nie istnieje, więc jestem Daisy - powiedziałam na jednym wdechu. Przejechałam wzrokiem po twarzach osób zgromadzonych. Dwójka przybrała pokerowe twarze, a dwójka była zaskoczona.
  -Rosy? - szepnął Oliver z szeroko otwartymi oczami. Miriam siedziała jak sparaliżowana, nie mogąc nawet otworzyć ust. Zszokowało ją moje bezpośrednie potwierdzenie jej podejrzeń. Dominic wpatrywał się w swoje paznokcie z tak obojętną miną, że aż zachciało mi się śmiać. Był spokojny jak jeszcze nigdy.
  -Rany, ludzie. O co chodzi z tą całą Rosy? - jęknął Mat zrezygnowany, opierając się plecami o oparcie kanapy. Dominic cisnął w niego pogardliwym wzrokiem.
  -Przyjechał niedawno z Europy, nic nie wie, odpuść mu - wysepleniłam z lizakiem w ustach. Pogrzebałam w kieszeni dresów i wyjęłam stamtąd gumkę do włosów, którą związałam niesforne kłaki, które już zaczęły się przeistaczać w pseudo loczki. Nie mając już nic na twarzy (oprócz ryja), spojrzałam na dwójkę oszołomionych ludzi.
  -Rosy może i nie była najlepszym kapitanem, ale nadrabiała to wysiłkiem, ciężką pracą i wolą walki - powiedział Dominic, a ja zaniemówiłam. Świat się kończy! Zagłada! Zaczęto robić mega szybkie pranie mózgu albo klonują ludzi! Najbardziej skryty i chamski człowiek jakiego znam, otwarcie mówi o mnie dobre rzeczy! Świętujmy! A tak serio to nie wiadomo, czy to nie jest podstęp. Ja mogę zaraz zginąć. Nigdy nie wiadomo co on knuje.
  -Rosy była najbardziej spontaniczną i zaciętą osobą jaką w życiu widziałam - wytłumaczyła Miriam, która częściowo już otrząsnęła się z szoku. Oliver potrząsnął gwałtownie głową, zaprzeczając słowom dziewczyny.
  -Dla mnie w pamięci utkwiła jako Taran. Agresywna, bezwzględna, impulsywna, chamska i tak skomplikowana, że kiedy próbowałem ją rozgryźć, to głowa mnie bolała - powiedział blondyn szybko, mierząc mnie wzrokiem jakby chciał ocenić czy pasuję mu do tego opisu.
  -Nie dziwię się, skoro dla ciebie najprostsze zadania z matmy brzmią dla ciebie jak "pustynią szły dwa wielbłądy, jeden żółty, drugi czarny. Oba miały turbany i kapcie twojej babci. Ile stopni Celsjusza miał piasek?" - zaśmiałam się. Oliver spiekł buraka. - Spoko, rozumiem. Każdy jest dobry z czegoś innego. Ja nie trawię historii. czarna magia i inne sztuczki - zaśmiałam się szczerze, odpakowując kolejnego lizaka, tym razem o smaku truskawkowego jogurtu.
  -Dobra. To teraz po kolei. Wspomniałaś, że byłaś pokłócona z przyjaciółką. O co poszło? - spytała Miriam. Westchnęłam ciężko. Kiedyś musiało to wyjść na wierzch.
  -Pod koniec drugiej klasy, na mistrzostwach, byłam faulowana. Półfinały, wszystkim puszczały już nerwy, rozumiecie, nie? Faul był jedynym sposobem, żeby mnie zatrzymać. Przeciwne drużyny popychały mnie, szturchały przed meczem, ale ja nie widziałam w tym nic niebezpiecznego. W pierwszej kwarcie, dokładnie w połowie, dostałam piłkę. Musiałam iść sama do przodu, ale zepchnięto mnie do lewej linii bocznej. Cofnęłam się powoli, a potem szybko ruszyłam do przodu. Dziewczyna, którą kryłam... Co ja mówię. To był olbrzym. Co najmniej 185 cm i 5 kg nadwagi. No. I ona podstawiła mi nogę. Upadłam, żebrami uderzając o piłkę, a żeby było śmieszniej, olbrzymka upadła na mnie. Na początku nie mogłam złapać oddechu. Bardzo bolało, ale grałam dalej. Nikt nie zauważył specjalnie wystawionej nogi, sędzia i trenerzy myśleli, że to wypadek. - zrobiłam pauzę i przełknęłam nerwowo ślinę, przypominając sobie ten ból. - Faulowały mnie wiele razy. Wiele razy leżałam na ziemi. Doznałam kontuzji prawego barku, obu łokci i kolan, prawego kciuka i głowy.
  -Ale co to ma wspólnego z kłótnią między tobą a Vivienne? - spytał Dominic, wstrząśnięty moim wyznaniem.
  -A to, że Viv zabroniła mi grać w finale, który odbywał się tydzień po tym. I to właśnie przed tym finałem powiedziałam jej, że mi się znudziła - powiedziałam odpakowując kolejnego lizaka o smaku coli. - Zajęłyśmy drugie miejsce i przeszłyśmy do finału.
  -Czemu zabroniła ci grać? - spytał Mat z poważnym wyrazem twarzy, nagle włączając się do rozmowy.  On nie słuchał czy co? No cóż. Złożyłam 'przysięgę' odpowiadania na wszystkie pytania. Specjalnie dla czerwonowłosego chłopaka odtworzyłam wspomnienie z tamtego dnia. Jak kasetę wideo. Dzzzzt i znów przeniosłam się do swojego pokoju sprzed prawie roku.
  -Nie możesz grać! - wrzasnęła Viv ignorując obecność mojego ojca, który znajdował się za ścianą. Leżałam w łóżku, a w pokoju było już trochę ciemno. Vivienne wpadła do mojego pokoju i zaczęła wypytywać o to jak się czuję. Wyszeptałam wtedy diagnozę lekarza, a ona zabroniła mi grać. To ojciec ją nasłał. Gdyby nie on, Viv nie dowiedziałaby się o kontuzjach do zakończenia mistrzostw. Tata wiedział, że zagram, nawet jeśli mi zabroni. Zauważyłam na obojczyku mojej przyjaciółki nowego siniaka wyzierającego spod jej czarnego swetra. Chwilę potem zasłoniła go ciemnymi blond włosami.
  -Miałam mocno zbite żebro i wybity bark - powiedziałam rozgryzając lizaka. W pokoju wszystko zamarło. Nawet powietrze. Chwilę potem dostałam z liścia od Miriam. Bolało.
  -Za co? - jęknęłam, rozcierając bolący policzek.
  -Za to, że grałaś z tak poważnymi kontuzjami - powiedziała z wyrzutem.
  -No. To nie było zbyt mądre - potwierdził Oliver, kręcąc głową.
  -Wiem. Bolało jak cholera, ale i tak przegrałyśmy. Patrząc z perspektywy czasu, to moja gra nie miała sensu - wzruszyłam ramionami. Posiedzieliśmy chwilę w ciszy. Klasnęłam w dłonie, przypominając sobie obietnicę. Podniosłam się gwałtownie.
  -Miałeś mi powiedzieć co Viv ci nagadała! - zawołałam wskazując na Mata. Podrapał się po karku, zagłębiając się w zakamarki swojej pamięci.
  -Powiedziała, że nie jesteś tym, za kogo się podajesz, po czym stwierdziła, że słabo mi idą rzuty z daleka. Potem sobie poszła - wzruszył ramionami. Westchnęłam głęboko. - Ja myślałem, że ty mafiozo jakiś czy co, ale nie spodziewałem się, że po prostu grałaś w kosza - zaśmiał się, a razem z nim zaśmialiśmy się wszyscy.
  -Ty to wiesz jak rozładować napięcie - wstałam i klepnęłam Mata w ramię. Uśmiechnęłam się do wszystkich. - Ja już będę szła. Mam dużo zadane, a dodatkowo dwa sprawdziany się szykują, więc bywajcie!
  -Cześć! - zawołali chórem. Zamykając za sobą drzwi miałam banana na twarzy, ale po zniknięciu w swoim mieszkaniu uśmiech znikł, plecy zgarbiły się, sprężysty krok ustąpił miejsca szurającym po podłożu nogom, a z oczu zniknęła cała udawana radość i ciepło. Została tylko zimna obojętność, która wyzierała spod na wpół przymkniętych powiek.
  Przebrałam się w purpurowe dżinsy, czarny T-shirt i skórzaną kurtkę ojca. Zawiązałam glany i poszłam do swojego pokoju po słuchawki. Shane znowu się na mnie wkurzy, że wlazłam do domu w butach, ale to nic. Po cichu wyszłam na klatkę schodową. Zza drzwi naprzeciwko dobiegały wesołe śmiechy, które utwierdzały mnie w przekonaniu, że wszyscy są w komplecie. Włączyłam muzykę wsadzając do uszu słuchawki, po czym puściłam się pędem po schodach. Wypadłam na podwórko o mało nie wybijając sobie zębów i pognałam dalej jakby biegł za mną koleś z maczetą. Zwolniłam dopiero, kiedy minęłam boisko i wpadłam między inne bloki. Dalej poszłam już wolnym, leniwym, ociągającym się krokiem.
  Nie wiedziałam gdzie szłam, nie wiedziałam po co ani nawet ile minęło już czasu. Zbliżałam się powoli do obrzeży miasta. Związałam włosy, zdjęłam kurtkę i przewiązałam się nią w pasie. Podniosłam wzrok na bezchmurne już niebo i westchnęłam głęboko. Bolało mnie serce. Znałam to nieznośne uczucie samotności, smutku i bezsilności. Chciałam się rozpłakać, ale nie dałam rady. Nie umiem płakać, nawet kiedy jest mi smutno. Najczęściej poleci jedna, może dwie łzy, ale nic więcej.
  Wspięłam się na najwyższą górkę, z której widać było panoramę miasta. Wyłączyłam muzykę, zawieszając słuchawki na karku, po czym odetchnęłam zimnym powietrzem. Nagle zawiał porywisty wiatr, łopocząc moją kurtką. Zamknęłam oczy i wsłuchałam się w odgłosy otoczenia. Nagle usłyszałam znajomy głos. Rozpoznałam go pomimo dużej odległości. Nie pomyliłabym go z żadnym innym głosem. On był jedyny.
  -Simon - szepnęłam widząc chłopaka idącego u podnóża górki, na której stałam. Śmiał się. Coś ukłuło mnie w sercu. Jego ramię spoczywało na barkach blondynki z dużym biustem. Simon nachylił się i pocałował tą dziewczynę. W tym momencie nasze spojrzenia się spotkały. Szok, który wylewał się z jego szeroko otwartych oczu, uderzył we mnie jak fala na oceanie. Zacisnęłam pięści, patrząc na tą dwójkę z pokerową miną. Otrząsnęłam się z dziwnego odrętwienia, kiedy Simon odsunął się od blondyny. Podniosłam dłoń do góry witając go, a on kiwnął mi głową. Jego towarzyszka spojrzała w moją stronę i wykrzywiła się z odrazą. No tak. Dla takich dziuń ubranych w ciuszki odkrywające dupę i cycki, jestem tylko kolejnym robakiem niewartym nawet zadeptania.
  Simon machnął ręką, zapraszając mnie do nich na dół. Potrząsnęłam głową bez cienia uśmiechu, nałożyłam słuchawki na uszy, włączyłam muzykę i zbiegłam po zboczu góry, mając Simona cały czas po prawej stronie. Nie zwolniłam ani kiedy wypadłam na chodnik, ani kiedy chłopak mnie zawołał. Muzyki nie słyszałam, ściszyłam ją prawie do zera, więc dotarł do mnie silny, donośny głos Simona, wołającego mnie. Wrzasnęłam przerażona, kiedy poczułam, że tracę równowagę. Przeklęte, krzywo ułożone płyty chodnikowe. Zaryłabym twarzą o beton, gdybym nie wyciągnęła przed siebie rąk. Moje ramiona przeszył prąd, podobny do tego jaki czuje się przy spotkaniu pierwszego stopnia łokcia z jakimś kantem. Wreszcie uderzyłam o ziemię. Przewróciłam się na plecy i usiadłam, ledwo dając sobie z tym radę. Spojrzałam na swoje rozorane dłonie. Na chodniku pojawiła się pierwsza kropla krwi. Zagryzłam wargę, żeby nie wywrzeszczeć sobie jeszcze większego pecha. Odwróciłam głowę w stronę, z której przybiegłam i przeklęłam siarczyście w myślach. Szybko nałożyłam na siebie kurtkę, żeby zakryć otarte łokcie. Wstałam, otrzepałam się z kurzu i odwróciłam się na pięcie, stając twarzą w twarz z Simonem.
  -Nic ci nie jest? - spytał. Pokręciłam głową, chowając ręce do kieszeni. Tak ogólnie rzecz biorąc to z tej całej tajemnicy o mnie jako Rosy, chyba nic nie wyjdzie. Wiedziało o tym za dużo osób. Poza tym... Widziałam to w jego oczach. Simon już kojarzył fakty i powiązał je z moją osobą, z moją twarzą. - Ty... Ty naprawdę jesteś... - powiedział, ale przerwałam mu gestem ręki.
  -Pogadamy jutro po szkole, jeśli przyjdziesz na trening - powiedziałam, stawiając mu warunek.
  -Okej. Sprawdzisz osobiście czy się stawiłem? - spytał, a ja zaprzeczyłam.
  -Nikki mi powie - odparłam obojętnie.
  -Nie zgadzam się. Jeśli ja mam przyjść na trening, to ty też. Przyjdę jeśli ty też - powiedział stanowczo. Zgodziłam się na to, zaskoczona jego prośbą. Umówiliśmy się na dachu szkoły zaraz po treningu. Po ostatnich wypowiedzianych słowach, odwróciłam się i bez pożegnania poszłam w swoją stronę. Kiedy znikłam z pola widzenia Simona, zdjęłam kurtkę wzdychając głęboko. Znów zawiązałam okrycie wokół brzucha i pogłośniłam muzykę, która teraz dudniła mi w uszach. Spojrzałam w niebo, po czym skierowałam wzrok na wyświetlacz telefonu. Dokładnie o godzinie 17.59, wsiadając do autobusu mruknęłam swoje słynne słowa:
  -No to witamy w dupie, Daisy, mały popieprzeńcu - i zaśmiałam się cicho. - Jutro będzie naprawdę zabawny dzień.
  -Shane! - zawołałam od progu. Kobieta wypadła z kuchni upaćkana czekoladą i lukrem.
  -Matko, co się stało? - spytała, wzdychając niespokojnie, kiedy opatrywała mi ręce. Spojrzałam na nią krytycznym wzrokiem.
  -Robisz ciasto. Czekoladowe. Z lukrem. Tata wraca? - spytałam unikając odpowiedzi na pytanie kobiety. Shane pokiwała głową. Po przyklejeniu ostatniego plastra spojrzała na mnie wyczekująco. - Dziękuję za opatrzenie moich ran wojennych. Mogłabyś przynieść mi z kuchni tą dużą, białą solniczkę? - poprosiłam. Macocha spełniła moją prośbę. Podważyłam paznokciem ledwo widoczne wieczko i wyjęłam ze środka potrzebne pieniądze. Zamknęłam solniczkę i oddałam ją Shane. - Dzięki. Ja lecę do sklepu - powiedziałam wybiegając na schody. Od razu skierowałam swoje kroki ku sklepowi chemicznemu.
  -Dzień dobry. Poproszę olejek rycynowy, szampon do włosów suchych i dekoloryzator - wymieniłam jak z kartki. Zaprzyjaźniona sprzedawczyni podała mi produkty, o które poprosiłam. Zapłaciłam za nie i z reklamówką dyndającą na przedramieniu, pognałam do domu. Mat trenował na boisku, ale przebiegłam obok tak szybko, że nawet nie zdążył mnie zawołać.
  -Shane! Pomożesz mi?! - zawołałam od wejścia. Kobieta wychyliła się z salonu z herbatą w ręku. Poszłyśmy do łazienki. Usiadłam koło wanny i czekałam.
  -Zadziwiająco miła jesteś dla mnie - powiedziała kobieta, podwijając rękawy.
  -Bo wiem, że teraz nie chcesz mnie przywiązać do kaloryfera i ubrać w różowe ciuszki - burknęłam. Potem Shane pracowała w ciszy. Zamknęłam oczy. Fajnie tak siedzieć na tyłku i nic nie robić, a ktoś mizia po głowie. Polecam.
  -Już. Skończone - powiedziała Shane po bliżej nieokreślonym czasie.Wstałam i przejrzałam się w lustrze. Włosy miałam już suche, więc musiałam przysnąć na co najmniej godzinę, co potwierdzały bolące od opierania się o wannę plecy. Mój naturalny kolor włosów jednak był tego warty. Parząc w lustro przypomniały mi się czasy gimnazjum i to co wtedy wyprawiałyśmy z Vivienne. Rozjaśniacze, szamponetki, tonery, bibuła, woda utleniona, a nawet kolorowe mazaki i tusze z żelopisów. To wszystko było kiedyś na naszych włosach. A teraz znów mam swój naturalny kolor. Brązowo-rude. Mocno brązowo-rude. Z przebłyskami czerwieni i blondu.
  -Witaj z powrotem, Rose - wzdrygnęłam się na dźwięk swojego starego przezwiska, które padło z moich ust. Wyprostowałam się i patrząc pewnie w swoje odbicie w lustrze, otworzyłam usta. - Jestem Rose Andrews. A przynajmniej byłam. Od kilku lat jednak nazywam się Daisy. Zabawne. Zawsze mam na imię jak kwiatek - prychnęłam do lustra, kiedy Shane wyszła z łazienki. Koło pięciu lat temu nazywałam się Rose, ale to dlaczego teraz jest inaczej pozostaje na razie ścisłą tajemnicą.

***

mam nadzieję, że się podobało.
od taki rozdzialik napisany specjalnie na zakończenie roku szkolnego.
miłych wakacji ludzie.
i nie zamulać mi tutaj!
bawić się!
wakacje od tego są! xD

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz