*
Dedykacja dla Roseczka,
najmilszej dziewczyny z Aska,
z którą miałam styczność. ♥
*
to czas na rozdział 9.jaki kompleks ma Dominic?
z czym przyszedł do Daisy?
i co ona powie na jego podejrzenia?
***
-Widzę, że mnie nie pamiętasz. Byłaś bardziej zajęta Simonem, co? - zadrwił Dominic, schodząc ze schodów i podchodząc do mnie. Prychnęłam rozbawiona. Chłopak naprawdę miał wzrost Nikki i sięgał mi ledwo do ust, ale był zbyt zajęty lustrowaniem mojej twarzy, żeby to zauważyć. Chyba, że... Może on wcale nie chciał tego widzieć? Może tylko udawał, że go to nie obchodzi. Może to jest jego słaby punkt!
-Nie rób tego - szepnął Andy, kiedy otwierałam usta. Łypnęłam na niego wrogo po raz kolejny, nadymając policzki. Co on, kuźwa? Jasnowidz? Mimo, że nie chciałam, posłuchałam go i nawet nie wspomniałam o wzroście małego.
-Zaprosisz nas do środka? - spytał Dominic, stojąc metr ode mnie z założonymi ramionami. W sekundę przez mój umysł przeleciało setki wymówek.
Muszę się pouczyć.
Miałam zrobić obiad.
Siostra jest chora.
Mam nieposprzątany dom.
Moja mama nie lubi, kiedy sprowadzam do domu chłopaków.
Nie znam cię. Wynocha.
Mam uczulenie na nieznajomych, wybacz.
Mimo tak wielu wymówek, nie potrafiłam wybrać tej jednej, która zniechęciłaby Dominica do odwiedzenia mojego mieszkanie.
-Sorki, ale zadźgałam wczoraj listonosza. W całym mieszkaniu wali trupem. Wybacz - powiedziałam tylko. Wyobraziłam sobie Dominica w stroju listonosza leżącego w kałuży własnej krwi u mnie w salonie. To jest to. Mogłoby tak być.
-Ok. Mi to nie przeszkadza - wzruszył ramionami. Uderzyłam otwartą dłonią w czoło. Przegrałam. Przegrałam drugą rundę. Zapomniałam, że jego nie odpychają takie rzeczy. Westchnęłam zrezygnowana i wlazłam znów po schodach na górę. Obejrzałam się i skinęłam porozumiewawczo do chłopaków, którzy podążyli za mną. Otworzyłam drzwi, a od progu powitał mnie słodki aromat cukierni. Cholera. Tylko tego brakowało.
-Cześć, Shane! - zawołałam zdejmując szybko buty. - Przyprowadziłam kolegów!
-Cześć, Daisy - odpowiedziała z kuchni. Nie wybiegła z niej radośnie, nie zaczęła pytać czy podać ciasto, więc zrozumiałam, że znów siedzi nad jakimś przepisem. Poprowadziłam Dominica i Andy'ego do salonu.
-Herbaty? - spytałam kiedy usiedli na sofie. Wyglądało to na co najmniej zabawnie. Ponad dwumetrowy koleś, który mógłby jedną ręką złapać mnie za głowę i praktycznie ją zmiażdżyć, siedzi sobie spokojnie obok metra sześćdziesiąt czystego zła. Żyć, nie umierać, tylko tańczyć i przeklinać swoje szczęście.
-Ja nie, dziękuję - odparł Dominic, siedząc prosty jak struna. Francja elegancja i puszek okruszek normalnie. A gdzie się podziało to płynne zło?
-Hej, hej... Daiś, masz coś słodkiego? - spytał Andy zamulonym głosem naćpanego żula. Zaśmiałam się ze szczerości chłopaka i po chwili wróciłam z naręczem ciastek, chrupek i cukierków, które Shane przyniosła z pracy jako przeprosiny za swoje słowa dotyczące mojego ubioru. Oczywiście to co przytargałam do salonu, to tylko jedna czwarta wszystkiego co chowałam w łóżku - moim tajnym schowku. Andy, rozradowany, zabrał się za jedzenie, a ja wyszłam zrobić sobie herbatę. Gorzka, to gorzka, ale zielonej herbaty nic mi nie zastąpi.
-O czym chcesz pogadać? - spytałam, siadając w poprzek fotela, z ciepłym kubkiem w dłoniach.
-Kojarzysz Simona? Kojarzysz. Wiem to. Jestem Dominic. Byłem w tej samej drużynie co on - powiedział mały psychopata.
-Miło mi - kiwnęłam głową, upijając łyk ciepłego napoju. Dominic dał kuksańca Andy'emu w żebra na znak, by ten też się przedstawił. - Jego już znam - pospieszyłam z wyjaśnieniami. - Siostrzeniec policjanta. Tak w ogóle to ci wtedy pomagałam. Czemu nie odmachałeś? - spytałam burmusząc się momentalnie. Andy oblizał palce po zjedzeniu całej garści chipsów.
-Nie miałem jak. Dzwoniłem do swoich kolegów, żeby dać nauczkę niegrzecznemu panu, który skrzywdził Daisy - powiedział z lekkim uśmiechem zadowolenia.
-Moment. Czyli to przez ciebie ten gnój nie może teraz chodzić?! zawołałam zrywając się z fotela. Andy drgnął przestraszony i pokiwał głową. - Bosko! - zawołałam wyrzucając ramiona do góry i padając na fotel. Spojrzałam na zdziwionego chłopaka. - Dzięki. Uratowałeś mnie w pewnym sensie - powiedziałam uśmiechając się błogo. Paczka chrupek wypadła mu z rąk, a jej zawartość rozsypała się na podłodze.
-Przepraszam - powiedział Andy przykucając szybko i dokładnie zbierając każdy okruch, który wypadł z foliowej torebki. Podniosłam się poszłam po odkurzacz. Gdzie jak gdzie, ale w salonie musi być czysto, bo jeśli nie, to Sodoma i Gomora - tata wkurzony nie daje pieniążków na kebaby. Odkurzyłam miejsce przed kanapą, a maszynę zostawiłam w korytarzu.
-Miłe masz mieszkanko - stwierdził Dominic. Pieprzona mała gnida. po cholerę żeś tu przylazł? Po to, żeby zobaczyć jak mieszkam? No chyba nie.
-Dzięki - mruknęłam rozkładając się na fotelu. Andy zasłonił większą część twarzy włosami i znów skupił się na jedzeniu. Tym razem zajął się ciastkami.
- Tak się zastanawiam... - westchnął Dominic, pocierając dłonią brodę. Spięłam się, zaciskając dłonie na kubku. Oho. Zaraz zacznie się prawdziwa rozmowa. - Gdzie kupiliście te zasłony? - albo i nie. Siłą powstrzymałam się od ciężkiego wrzasku i rzutu kubkiem na odległość.
-Bez owijania w bawełnę, Dominic. Czego żeś tu przylazł? - spytałam, spuszczając nogi na podłogę i opierając łokcie o kolana. Kurdę. Przed tym nie zdołałam się powstrzymać. Zginę marnie. Wbiłam wzrok w ścianę przed sobą i czekałam na psychiczny ból spowodowanym zimnym, praktycznie stalowym spojrzeniem. W końcu odważyłam się zerknąć w stronę sofy.
Koniec świata i klękajcie narody! Dominic się uśmiechał! Szczerze! Bez cienia sadyzmu! Czy nawet podejrzanych drgań powiek!
- Wkurzasz mnie - powiedział nie przestając się uśmiechać. Mój tryumf legł w gruzach i poleciał zakopać się 100 metrów za domem i 2 pod ziemią.
-Mogę wiedzieć czemu? - spytałam. Odstawiłam kubek na stół i zmierzyłam Dominica wzrokiem. Wyglądał na szczęśliwego, a z oczu nie ciskał błyskawicami, więc o co chodzi?
-Nie wiem, kiedy kłamiesz, a kiedy mówisz prawdę. Nie wiem kiedy czujesz jakie emocje. Nie wiem czy się boisz, czy nie - powiedział spokojnie, miło, łagodnie. Mimo to i tak się wzdrygnęłam.
-Ok. Kontynuuj. Czemu przyszedłeś? - spytałam z ledwością kryjąc swój strach.
-Chciałem cię poznać osobiście, Rosy. Słyszałem o tobie jako o niezwykłym zawodniku, który zniknął zaraz po zawaleniu zawodów - uśmiech znikł. Aha. Więc po to przytargał tu swoją małą i nie miałam wątpliwości, że kościstą dupę? Chce pogadać o tym, czemu zniknęłam? - Nie, nie potrzebuję informacji. O całym zdarzeniu z twoim trenerem wiem od Andy'ego, Nicole i Miriam. Jestem tu, bo chciałem cię poznać.
...
Co.
Dominic, co.
Dominic, przestań.
Zaczynam się naprawdę bać.
-No, no. Słyszeć ciebie mówiącego takie rzeczy? A co ja? Bóg jakiś, że taki miły jesteś? - zaśmiałam się, ale nie zdołałam zamaskować lekkiego drżenia w głosie. Limit. To mój limit udawania przed Dominikiem. - Kłamałam. Wiem dokładnie kim jesteś. Wiem o was dużo więcej niż się spodziewacie - mruknęłam ledwo słyszalnie. A to pech. Tak dobrze szło mi udawanie normalnej.
-Nie wierzę ci - powiedział śmiało Dominic. Spuściłam głowę i uśmiechnęłam się lekko. - Możesz polemizować. Nie mam pewności czy mówisz prawdę, więc...
-Oczy - przerwałam mu. Spojrzał na mnie nagle.
-Co? - spytał zdziwiony.
-Oczy. Kiedy coś ukrywasz, drgają ci lekko powieki. Kiedy jesteś szczęśliwy, nie okazujesz tego, ale z oczu wylatują ci kwiatki. Kiedy jesteś zaniepokojony lub smutny, ukrywasz to pod złością. W twoim wypadku oczy to lustro twojej duszy - powiedziałam. Podniosłam głowę, ozdabiając swoją twarz szerokim uśmiechem. - Oh. Zapomniałabym. Boisz się pająków
Po tych słowach, Andy zachichotał lekko za co dostał od mniejszego chłopaka po głowie.
-Skąd ty to wiesz? - spytał Dominic, przeczesując dłonią włosy. Wzruszyłam ramionami.
-Zwykła obserwacja - westchnęłam, po czym zerknęłam na dwumetrowego gościa, który trząsł się od niemego śmiechu. - A ty się nie śmiej, skoro sam panicznie boisz się wron - powiedziałam łykając herbatkę. - Koniec mojego gadania. Czas na ciebie, Domi.
-Domi? - chłopak spojrzał na mnie zdziwiony, ale po paru sekundach skapitulował. Tę rundę wygrałam ja, ale nie dano mi się cieszyć wygraną, bo wielkimi krokami nadchodziła następna rozgrywka. - Przyszedłem się dowiedzieć czy dalej zamierzasz grać... I czy Simon wie kim jesteś.
-Co do grania w kosza, to nie wiem. Może będę, ale nie gwarantuję, że wrócę do bycia Rosy. Oprócz tej gry one-on-one z Matem, przez ponad pół roku nie miałam piłki w rękach - westchnęłam, a głowie zahuczał mi kolejny argument. Przecież straciłam coś przez co czerpię radość z gry, a to jest właśnie najważniejsze. Przy grze mamy się dobrze bawić, a nie udawać roboty zaprogramowane do bycia idealnym. - Simon o niczym nie wie - znów podjęłam temat. - Nadal naiwnie myśli, że jestem przyjaciółką Rosy, która nie dostała się do regularnego składu - skończyłam mówić, jednak Dominic czekał na coś jeszcze.
Czego ty chcesz, psychopato? I tak powiedziałam ci już za dużo zagrzmiało w mojej głowie. Po kilku minutach ciszy Andy skończył jeść ciastka i nerwowo rozglądał się po pokoju. Zmarszczyłam brwi. To do niego nie podobne. Z tego co wiem, powinien umierać z nudów pożerając następne słodycze, a nie nerwowo ugniatać koniec swojej koszulki. Spojrzałam znacząco na Dominica, który jednak nie zauważył tego. Mimo to westchnął przeciągle.
-Ok. Dzięki. Koniec wywiadu, ale powiedz mi jedną rzecz. Naprawdę podziwiasz Simona? - spytał niedowierzającym tonem. Westchnęłam głęboko i przeczesałam włosy dłonią.
-Tak, podziwiam go, tak samo jak ciebie - powiedziałam. Pokiwałam głową, by dodać swoim słowom wiarygodności. Musiałam coś dopowiedzieć, bo uwziąłby się na mnie i zaczął wypytywać za co tak bardzo ubóstwiam Simona, a wtedy to byłby koniec. Otworzyłam usta, żeby jeszcze coś powiedzieć, ale po sekundzie namysłu zamknęłam je powoli. Zrobiłam to tak, żeby wyglądało na ziewnięcie. To przecież Dominic. Nie mogę mu powiedzieć za dużo, bo wykorzysta to przeciwko mnie.
-No dobra. To my się zbieramy. Chodź Andy - powiedział mniejszy chłopak, wstając. Jego twarz promieniała. Zarechotałam pod nosem. Wiedziałam, że wzmianka o podziwianiu go pomoże mi uniknąć dalszych pytań. Pożegnałam się z chłopakami i zamknęłam za nimi drzwi. Przez chwilę stałam jeszcze bez ruchu słuchając miarowych kroków, ale kiedy te ucichły, odetchnęłam z niemałą ulgą. Pobiegłam do pokoju i podniosłam materac z łóżka. Wsadziłam rękę pod słodycze i wyciągnęłam spod nich niebieski zeszyt z ręcznie namazaną piłką do kosza. Opuściłam materac i rzuciłam się na łóżko z długopisem w zębach. Obejrzałam dokładnie okładkę z każdej strony. Dawno go nie widziałam, wspomnienia wróciły. Otworzyłam zeszyt na najczęściej stronie przeznaczonej leniwemu, ciemnoskóremu chłopakowi. O każdym z boskiej siódemki miałam informacje na co najmniej dwie, czasem trzy strony, ale to o Simonie zapisałam ich ponad trzynaście. To podchodzi pod prześladowanie, ale cóż... Nie. Jednak nie mam na to żadnego wytłumaczenia.
Przypomniałam sobie grę Simona, wspaniałą, nieokiełznaną i dziką. Przypomniałam sobie dudnienie jego kroków, kiedy wbiegał na boisko rozgrzany i gotowy do starcia. Położyłam się na plecach zamykając oczy. Moje serce boli. Czemu? Chcę znaleźć przyczynę, ale nie mogę.
-Cholera - szepnęłam, znów czując dziwny ucisk w piersi. Poleżałam jeszcze chwilę, póki się nie uspokoiłam, po czym przetoczyłam się na brzuch. Wzięłam do ręki długopis i zaczęłam pisać na stronach przeznaczonych dla Dominicka.
-Nie wierzę ci - powiedział śmiało Dominic. Spuściłam głowę i uśmiechnęłam się lekko. - Możesz polemizować. Nie mam pewności czy mówisz prawdę, więc...
-Oczy - przerwałam mu. Spojrzał na mnie nagle.
-Co? - spytał zdziwiony.
-Oczy. Kiedy coś ukrywasz, drgają ci lekko powieki. Kiedy jesteś szczęśliwy, nie okazujesz tego, ale z oczu wylatują ci kwiatki. Kiedy jesteś zaniepokojony lub smutny, ukrywasz to pod złością. W twoim wypadku oczy to lustro twojej duszy - powiedziałam. Podniosłam głowę, ozdabiając swoją twarz szerokim uśmiechem. - Oh. Zapomniałabym. Boisz się pająków
Po tych słowach, Andy zachichotał lekko za co dostał od mniejszego chłopaka po głowie.
-Skąd ty to wiesz? - spytał Dominic, przeczesując dłonią włosy. Wzruszyłam ramionami.
-Zwykła obserwacja - westchnęłam, po czym zerknęłam na dwumetrowego gościa, który trząsł się od niemego śmiechu. - A ty się nie śmiej, skoro sam panicznie boisz się wron - powiedziałam łykając herbatkę. - Koniec mojego gadania. Czas na ciebie, Domi.
-Domi? - chłopak spojrzał na mnie zdziwiony, ale po paru sekundach skapitulował. Tę rundę wygrałam ja, ale nie dano mi się cieszyć wygraną, bo wielkimi krokami nadchodziła następna rozgrywka. - Przyszedłem się dowiedzieć czy dalej zamierzasz grać... I czy Simon wie kim jesteś.
-Co do grania w kosza, to nie wiem. Może będę, ale nie gwarantuję, że wrócę do bycia Rosy. Oprócz tej gry one-on-one z Matem, przez ponad pół roku nie miałam piłki w rękach - westchnęłam, a głowie zahuczał mi kolejny argument. Przecież straciłam coś przez co czerpię radość z gry, a to jest właśnie najważniejsze. Przy grze mamy się dobrze bawić, a nie udawać roboty zaprogramowane do bycia idealnym. - Simon o niczym nie wie - znów podjęłam temat. - Nadal naiwnie myśli, że jestem przyjaciółką Rosy, która nie dostała się do regularnego składu - skończyłam mówić, jednak Dominic czekał na coś jeszcze.
Czego ty chcesz, psychopato? I tak powiedziałam ci już za dużo zagrzmiało w mojej głowie. Po kilku minutach ciszy Andy skończył jeść ciastka i nerwowo rozglądał się po pokoju. Zmarszczyłam brwi. To do niego nie podobne. Z tego co wiem, powinien umierać z nudów pożerając następne słodycze, a nie nerwowo ugniatać koniec swojej koszulki. Spojrzałam znacząco na Dominica, który jednak nie zauważył tego. Mimo to westchnął przeciągle.
-Ok. Dzięki. Koniec wywiadu, ale powiedz mi jedną rzecz. Naprawdę podziwiasz Simona? - spytał niedowierzającym tonem. Westchnęłam głęboko i przeczesałam włosy dłonią.
-Tak, podziwiam go, tak samo jak ciebie - powiedziałam. Pokiwałam głową, by dodać swoim słowom wiarygodności. Musiałam coś dopowiedzieć, bo uwziąłby się na mnie i zaczął wypytywać za co tak bardzo ubóstwiam Simona, a wtedy to byłby koniec. Otworzyłam usta, żeby jeszcze coś powiedzieć, ale po sekundzie namysłu zamknęłam je powoli. Zrobiłam to tak, żeby wyglądało na ziewnięcie. To przecież Dominic. Nie mogę mu powiedzieć za dużo, bo wykorzysta to przeciwko mnie.
-No dobra. To my się zbieramy. Chodź Andy - powiedział mniejszy chłopak, wstając. Jego twarz promieniała. Zarechotałam pod nosem. Wiedziałam, że wzmianka o podziwianiu go pomoże mi uniknąć dalszych pytań. Pożegnałam się z chłopakami i zamknęłam za nimi drzwi. Przez chwilę stałam jeszcze bez ruchu słuchając miarowych kroków, ale kiedy te ucichły, odetchnęłam z niemałą ulgą. Pobiegłam do pokoju i podniosłam materac z łóżka. Wsadziłam rękę pod słodycze i wyciągnęłam spod nich niebieski zeszyt z ręcznie namazaną piłką do kosza. Opuściłam materac i rzuciłam się na łóżko z długopisem w zębach. Obejrzałam dokładnie okładkę z każdej strony. Dawno go nie widziałam, wspomnienia wróciły. Otworzyłam zeszyt na najczęściej stronie przeznaczonej leniwemu, ciemnoskóremu chłopakowi. O każdym z boskiej siódemki miałam informacje na co najmniej dwie, czasem trzy strony, ale to o Simonie zapisałam ich ponad trzynaście. To podchodzi pod prześladowanie, ale cóż... Nie. Jednak nie mam na to żadnego wytłumaczenia.
Przypomniałam sobie grę Simona, wspaniałą, nieokiełznaną i dziką. Przypomniałam sobie dudnienie jego kroków, kiedy wbiegał na boisko rozgrzany i gotowy do starcia. Położyłam się na plecach zamykając oczy. Moje serce boli. Czemu? Chcę znaleźć przyczynę, ale nie mogę.
-Cholera - szepnęłam, znów czując dziwny ucisk w piersi. Poleżałam jeszcze chwilę, póki się nie uspokoiłam, po czym przetoczyłam się na brzuch. Wzięłam do ręki długopis i zaczęłam pisać na stronach przeznaczonych dla Dominicka.
Był dziś u mnie. Dominic był u mnie w domu, a dokładniej w salonie.
Siedział na kanapie razem z Andy'm. Uśmiechał się i mówił, że go wkurzam.
Wtedy powiedziałam mu, że znam ich na wylot. Blefowałam.
A on nie zauważył. Tak naprawdę, to nie wiedziałam.
Nie wiedziałam, że aż tak stara się ukryć swoje emocje.
Wiedziałam tylko o jego tiku nerwowym (drgające powieki), ale i tak trafiłam w sedno.
Za to on nie umiał mnie rozszyfrować.
Nie wiedział kiedy się bałam, kiedy kłamałam.
A teraz do rzeczy.
Dominic był u mnie w domu.
Nic nie zdemolował.
Co tu mówić o demolowaniu skoro on nawet nie był zły.
Wszystkie kończyny mam na swoim miejscu.
Jeszcze trochę żyję.
Chociaż nadal nie wiem jakim cudem.
Odłożyłam zeszyt na podłogę i zdmuchnęłam kosmyk czarnych włosów z oczu. Wsadziłam rękę do kieszeni i wyjęłam z niej gumkę. Związałam włosy w kucyk i znów opadłam na łóżko. Ucisk w sercu stawał się nie do zniesienia. Znałam to uczucie. Miałam to uczucie dawno temu, ale już zapomniałam czemu się tak wtedy czułam. Pomyślałam o Vivienne i jak zwykle przypomniała mi się jej zszokowana i trochę smutna mina. Musiała pocierpieć jakiś czas, ale teraz ma prościej. Nienawidzi mnie. I dobrze. Przynajmniej nie będzie miała znów kłopotów ze strony moich wrogów. Zapiekły mnie oczy. Wstałam i podeszłam do biurka. Otworzyłam trzecią szufladę od góry i wyjęłam stamtąd srebrne pudełeczko. Otworzyłam je i wyjęłam leżący w środku wisiorek. Zacisnęłam go w dłoni, a łzy popłynęły już same.
Nie. Nie jest dobrze. Nie chcę, żeby Vivienne mnie nienawidziła. Tęsknię za nią i nadal jej potrzebuję! Mimo tego, że mnie nienawidzi spróbuję ją przeprosić. Westchnęłam głęboko i zapięłam wisiorek na szyi. Wytarłam łzy i jeszcze raz odetchnęłam. Muszę się uspokoić. Już zdecydowałam. Wracam do grania w kosza. Tym sposobem zbliżę się do Vivienne i będzie musiała mnie wysłuchać. Musiałam zagonić ją w kozi róg, by mnie wysłuchała. Innego wyjścia nie ma. Ktoś kto skrzywdził ją raz, nie dostaje drugiej szansy.
Uścisk w sercu nasilił się. Zrozumiałam. Nareszcie. Zapomniane uczucie wróciło do mnie. Tęsknota. Tęsknię za graniem z Vivienne. Tęsknię na naszym 'tajnym' zbieraniem informacji o cudownej drużynie. Tęsknię za wzdychaniem do zdjęć Olivera i Simona, które robiłyśmy podczas ich meczów. Tęsknię za nocowaniem u niej i gadaniem o następnym meczu chłopaków lub którejś z nas. Tęsknię za naszym siedzeniem na krawężniku i wrzeszczeniem bezsensownych słów. Tęsknię za machaniem do przejeżdżających pod mostem tirów. Tęsknię za kilku godzinnym siedzeniem na moście. Tęsknię za jeżdżeniem na rowerze z Viv po dróżce w lesie, tak wyboistej, że nazwałyśmy ją 'schodami do piekła'. Tęsknię za naszym robieniem naleśników. Tęsknię za umawianiem się na grę one-on-one. Tęsknię za pisaniem z nią przez internet. Tęsknię za Vivienne. Tęsknię za grą w kosza.
Na nowo poczułam, że chcę grać.
-Póki noszę ten wisiorek, będę o tobie pamiętać. Nie będę płakać. To nie w naszym stylu. Gdziekolwiek będziesz mnie potrzebować, przyjadę. Obietnica - wymamrotałam słowa przysięgi wymyślone przez Vivienne w połowie II klasy gimnazjum. Już nie będę uciekać. Nie będę się kryć. Zacznę wszystko od nowa. Będę się starać tak mocno, jak dam radę.
Popatrzyłam hardo na boisko za oknem i przesunęłam wzrokiem po krajobrazie. Wnikliwie przyglądałam się wszystkiemu. Każdy szczegół wyryłam w swojej pamięci tak samo, jak tą chwilę. Muszę ją zapamiętać, bo to czas, w którym zacznę wszystko od nowa. Nie poddam się póki nie osiągnę celu... Tylko po co ja to robię?
Spójrzmy prawdzie w oczy. Ogarniam się dla trzech najważniejszych osób w moim życiu.
Dla Vivienne.
Dla Simona.
I dla siebie.
***
tańczmy i cieszmy się, gdyż zaczęłam pisać już czwarty zeszyt plb!
łącznie mam już napisanych 17 rozdziałów xDD
a tu (na blogu) buja bo lol 9 xD
żyjcie spokojnie i w nadziei xD
dobranoc xD
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz