ten normalniejszy rozdział xD
***
Otworzyłam gwałtownie oczy. Poderwałam się na równe nogi i zaczęłam się ubierać. Próba włożenia legginsów w tym samym momencie co spódnicę, skończyła się siniakiem na ramieniu, którym oparłam się o framugę. Kiedy już miałam wybiec z pokoju, przypomniałam sobie, że jest sobota. Brawo mózgu. Brawo. Jesteś taki ogarnięty..
Zsunęłam spódnicę z tyłka, zamieniłam koszulę na sweter, pozbyłam się legginsów i z powrotem padłam na łóżko. Zakopałam się pod koc i kołdrę, owinęłam ramiona wokół poduszki, przygniatając ją ciężarem swojej głowy. Ciepło. Miło. Ciemno. Rozluźniłam się, ale nie dane mi było za długo odpoczywać. Komórka leżąca obok łóżka (dałabym sobie rękę uciąć, że zanim zasnęłam była pod poduszką), zaczęła wibrować. Jęknęłam przesuwając rękę ku krawędzi łóżka. Ramię chwilę powisiało bezwładnie, po czym zaczęło przemierzać podłogę w poszukiwaniu telefonu. Chwyciłam komórkę i przewróciłam się na plecy, odbierając połączenie.
-Daisy?
-Nie, święty Mikołaj. Czego chcesz Nikki? - spytałam rozdrażniona. Znowu to samo. Dzwoni na moją komórkę, a kiedy odbiorę pyta czy to rzeczywiście ja. Przecież dobrze wie, że nigdy nie daję do cudzych rąk mojej komórki.
-Otwórz te pieprzone drzwi - warknęła dziewczyna, a ja poderwałam głowę do góry. Nikki nie raz mnie jeszcze zadziwi. Zwlokłam dupę z łóżka i wyszłam z pokoju. Drżałam przy każdym kroku. Zimno. Cholera, za zimno.
Otworzyłam drzwi ziewając szeroko. Zrobiłam zapraszający gest ręką. Nikki zamknęła za sobą drzwi, a ja poczłapałam z powrotem do pokoju.
-Ty leniu. Jeszcze chce ci się spać? - zaśmiała się, kiedy wgramoliłam się pod kołdrę. Nikki zatrzymała się w progu i rozdziawiła buzię. - To ty masz podłogę? - zawołała widząc na panelach tylko rzeczy, które zdjęłam z siebie parę minut wcześniej.
-Zabawne, nie? Też się zdziwiłam - mruknęłam, wtulając nos w poduszkę. Chwilę posiedziałyśmy w ciszy, a ja zasnęłabym, gdyby nie przejmujący chłód jaki panował w mieszkaniu. Poderwałam dupę z łóżka i wkurzona podeszłam do kaloryfera. - Wiedziałam! Po prostu wiedziałam! - zawołałam wyrzucając ręce do góry.
-Co jest? - spytała Nikki, zakopując się pod kołdrą.
-Pozakręcała wszystkie grzejniki! To nic, że jest wrzesień. Pogoda ma to gdzieś! Jest zimno! - mówiłam wkurzona. Przeszłam po wszystkich pomieszczeniach, podkręcając temperaturę na maksa. Stanęłam przed swoim łóżkiem, opierając dłonie o biodra. -Wstawaj! - zawołałam, ściągając Nikki z materaca razem z kocem i prześcieradłem. Zaśmiałam się głośno, kiedy zleciała na podłogę z głuchym krzykiem. - Idziemy spreparować mi śniadanko. Do kuchni marsz.
Wyjęłam miskę z szafki, a Nikki podała mi mąkę, cukier, jajka, proszek do pieczenia i kakao. Popatrzyłam na nią. 'Kakao?' Wzruszyła ramionami, więc pomieszałam ze sobą wszystkie składniki i postawiłam patelnię na gazie.
-Po co przyszłaś? - spytałam przewracając pierwszego naleśnika.
-Miła jesteś - mruknęła Nikki. Spojrzałam na nią wymownie. - No dobra. Powiem ci, ale obiecaj, że nie będziesz na mnie krzyczeć, dobrze? - spojrzała na mnie z miną zbitego psa.
-Luz. Nie będę - powiedziałam, stawiając czekoladowego naleśnika przed Nikki. Nalałam ciasto na patelnię i czekałam aż dziewczyna wydusi z siebie choćby słowo.
-Podałam chłopakowi twój adres - powiedziała zaciskając oczy.
-I co w tym strasznego? Przecież skoro ty mu podałaś, to pewnie nie jest pedofilem, nie? - westchnęłam.
-Ten chłopak to Dominik - wyszeptała w końcu. Zastygłam. Łopatka do przewracania placków wypadła mi z ręki i w zwolnionym tempie spadła z trzaskiem na blat obok kuchenki. Nieznośna cisza zaległa między nami. Słychać było tylko skwierczenie oleju na patelni. Moje serce nagle zwolniło. Co ona powiedziała? Dominic? TEN Dominic? Ma mój adres?!
-Co? - wyszeptałam odwracając się powoli. Wyłączyłam kuchenkę i usiadłam naprzeciwko Nikki. - Po co mu mój adres? Kiedy mu go dałaś? Co on chce zrobić? Czego on ode mnie chce? - nachyliłam się w stronę dziewczyny.
-Spokojnie... - powiedziała Nikki widząc mój wybuch. Powstrzymała ręką mój kolejny potok słów i sama zaczęła mi tłumaczyć. - Spokojnie, proszę cię. To dlatego jestem tu tak wcześnie. Przyszedł wczoraj w czasie treningu z tym swoim przydupasem, Ronem. Zapytał starszych dziewczyn z drużyny czy wiedzą gdzie jesteś, ale one nawet nie kojarzyły o kogo chodzi, więc poszli pytać u chłopaków. Simon coś tam chwilę z nimi pogadał, ale prawdopodobnie nic mu im nie powiedział. Kiedy chciałam wyjść jakoś tak, żeby mnie nie zauważyli, zawołała mnie ta niska, Caroline. Wiesz o którą chodzi? Jedna z bliźniaczek-laleczek. No. I ona mnie zawołała i powiedziała, że dobrze mi dziś poszło i odbiegła, a ja stałam jak ten kołek. Zupełnie zapomniałam o tym, że mam stamtąd spieprzać. Wiesz. Nagle moja technika niewidzialności zniknęła. Poczułam się wtedy jak odkryty ninja-zdrajca...
-Zbaczasz z tematu - warknęłam ostrzegawczo.
-Ok, ok. I oni wtedy podeszli do mnie. To było straszne. Gdybyś go wtedy widziała.. Matko.. To było okropne. Musiałam patrzeć mu się w oczy, bo jest mojego wzrostu, czaisz? On był na granicy wytrzymałości, bo nikt nic nie wiedział i patrzył na mnie i to było straszne. Zapytał mnie... Nie. On kazał mi powiedzieć gdzie mieszkasz. Udawałam, że nic nie wiem, że cię nie znam, ale wtedy wtrącił się Ron. Powiedział, że widział nas jak wychodziłyśmy razem ze szkoły.. No wiesz, jak szłyśmy wtedy na komisariat.
-No. I co dalej? - spytałam widząc, że Nikki się zawiesiła.
-Dominic powiedział, że lepiej będzie jeśli dam mu twój adres. Mruknął jeszcze, że jeśli będzie zmuszony cię jeszcze trochę szukać, to się wkurzy i nie ręczy za siebie - wyszeptała ostatecznie. Pokręciłam głową zrezygnowana.
-Dominic to psychol i sadysta jakich mało. Przecież ja zginę - jęknęłam, opierając czoło o dłonie.
-Przepraszam, naprawdę przepraszam. Gorzej byłoby jakby musiał cię sam szukać. Przepraszam, Daisy - wyszeptała ze łzami w oczach.
-Nie kopiuj Mike'a, bo ci to nie wychodzi - mruknęłam. Po chwili ciszy podniosłam głowę. - Spoko. Co się stało, to się nie odstanie. Teraz trzeba pomyśleć czego on ode mnie chce - powiedziałam, drapiąc się po brodzie. - Moment. Czemu poprosił o mój adres? - spytałam retorycznie i wstałam przeszukując nerwowo kuchnię. Wreszcie znalazłam brulion taty i długopis. Usiadłam do stołu i kazałam Nikki nachylić się. Położyłam zeszyt w poziomie i po lewej stronie kartki napisałam swoje imię. Po prawej stronie - imię małego psychopaty. Postukałam długopisem w notes. - Chce mojego adresu, żeby do mnie przyjść.. Pozostaje tylko pytanie 'Po co?' Co ja i on mamy wspólnego?
-Graliście w kosza - podrzuciła Nikki. Pokiwałam głową, zapisałam to z obu stron i zakreśliłam kółkiem. Poprowadziłam kreski bliżej środka kartki.
-A co wiąże się z koszykówką? - podrapałam się po głowie. Nagle mnie olśniło. Nachyliłam się gwałtownie i zaczęłam pisać to, o czym myślałam. Kiedy skończyłam, Nikki patrzyła na mnie jak na kosmitę, więc zaczęłam jej objaśniać. - To co łączy mnie i Dominica to tylko i wyłącznie koszykówka, ale to wierzchołek góry lodowej. Przypomnij sobie moją grę. Agresywna, bez skrupułów rozwalałam przeciwnika. On tak samo. Dalej. Byłam kapitanem. Powtarzam - kapitanem. Jak on. Może chciał ze mną pogadać, może co innego, ale nagle zrobiło się głośno wokół naszej drużyny. Nie chciał się w to mieszać. Przeczekał burzę, a kiedy wszystko ucichło znów spróbował mnie znaleźć, ale mnie już nie było. Zniknęłam. Nie mógł już mnie znaleźć, a nasze znajome z drużyny przecież nie wiedziały o mnie prawie nic. Rzucił szukanie mnie i zajął się Simonem, który jest w szkole z tobą, a ty nie zniknęłaś przecież. Zaczął śledzić afery naokoło ciebie, za pomocą Miriam wyciągał informacje z każdego.. Dzięki temu wszystkie zdarzenia powiązał z Daisy. Powiązał wszystkie fakty. Koszykówka, gimnazjum, gwałt, nagły spadek formy, przegrane zawody, zniknięcie. Zrozumiał, że jestem tym kogo szukał i teraz chce się tylko upewnić - powiedziałam, dumna ze swojego geniuszu. Nikki spojrzała na mnie zdziwiona.
-Czemu nie zostaniesz w przyszłości detektywem? - spytała. Prychnęłam cicho, a zaraz potem wybuchnęłyśmy głośnym śmiechem.
-Ty to potrafisz rozładować napięcie - westchnęłam, ocierając łzę rozbawienia. Wstałam, włączyłam kuchenkę i na nowo zaczęłam smażyć naleśniki. Nikki jadła, a ja poszłam do pokoju, wciągnęłam na tyłek dresy i związałam włosy w luźny kok. Spadającą mi na oczy grzywkę spięłam wsuwkami. Wlałam ciasto na patelnię i już po chwili ciasto zaczęło się ścinać. Mimo, że gadałyśmy o wszystkim i o niczym , ale niewidzialne napięcie zaczęło niebezpiecznie przypominać konsystencją naleśnika na patelni. Gołym okiem można było zobaczyć, że obie udajemy naszą wesołość. Mimo to skończyłyśmy jeść i przeszłyśmy do salonu. Znalazłyśmy kanał, na którym leciał zabawny film. Śmiałyśmy się na każdej możliwej scenie, żeby tylko zapomnieć o Dominicu - psychopacie i sadyście jakich mało, który w każdym momencie mógł wbić mi z buta do mieszkania.
-Chyba już dziś nie przyjdzie - westchnęłam o czternastej, rozciągając nogi. Wybuchłyśmy szczerym śmiechem. Czułam wyraźną ulgę. Jęknęłam przeciągając się po raz kolejny.
-Chyba tak - powiedziała Nikki, drapiąc się po łokciu. Poderwałyśmy się do góry.
-Myślisz o tym samym co ja? - spytałam, a Nikki pokiwała głową. Umyłam się i przebrałam w za dużą, szarą bluzę i czerwone dżinsy. Napisałam do Shane karteczkę i zamknęłam drzwi na klucz. Nikki w tym samym czasie pobiegła do domu. Po około 15 minutach była z powrotem. Wsiałyśmy na rowery i pojechałyśmy za miasto. Wiatr we włosach kiedy zjeżdżałyśmy z górek. Drzewa śmigające obok nas. Mini zawały serca, kiedy jadąc przez las spotykałyśmy nagle jakiegoś zająca. Ostatnie promienie słońca w tym roku. To było to, czego było mi teraz potrzeba. Po trzech godzinach panicznego śmiechu i plątania włosów wiatrem, wróciłyśmy do miasta. Szare, nijakie zmieniło się w pięknie oświetlone ostatnimi promieniami słońca chowającego się na zachodzie.
-Do zobaczenia w poniedziałek - powiedziała Nikki, kiedy stałyśmy już pod moim domem. Popatrzyłam na nią zdziwiona.
-W poniedziałek?
-Nom, jutro jedziemy z rodzinką na urodziny babci - przewróciła oczami i wywaliła język robiąc minę, którą nazwałyśmy 'zdechłym kotem'. Przytuliłam Nikki na pożegnanie i weszłam do swojej klatki. Otworzyłam zamkniętą na klucz piwnicę i popatrzyłam w dół na piekielnie śliskie trzynaście schodków. Podniosłam rower i zaczęłam po nich schodzić. Każdy kolejny krok mógł skończyć się bolesnym upadkiem. W połowie drogi ręce zaczęły mi drżeć. Nie no, nie wierzę! Zbyt nisko upadłam! Jak mogą mi ręce drżeć z nadmiernego wysiłku, skoro tylko podnoszę rower?!
W końcu pokonałam schody i otworzyłam pomieszczenie przeznaczone na schowek dla jednośladów całego bloku. Co najśmieszniejsze stał tam tylko mój i jakiś nowy, którego nie kojarzyłam. Postawiłam rower po przeciwległej stronie pomieszczenia i wyszłam z piwnicy. Spojrzałam w górę schodów, słysząc powolne kroki dwóch osób. Wzruszyłam ramionami i ruszyłam na czwarte piętro, do swojego mieszkania. Wlokłam się noga za nogą. Po pokonaniu wszystkich sześćdziesięciu schodów skręciłam w prawo i zatrzymałam się natychmiast. Oczy mi się rozszerzyły, oddech zwolnił, tak jak serce. Myśli gnały, próbując znaleźć odpowiedź na jedno, tłukące się po głowie pytanie. Co oni tu robią? Odwrócili się w moją stronę. Cofnęłam się krok do tyłu i zachwiałam się. Nie miałam już podłogi pod stopami. Zaczęłam lecieć na plecy. Wyciągnęłam ręce przed siebie chcąc złapać się czegokolwiek, ale jedynym co miałam w garści było powietrze. Spadłam na półpiętro, obijając się boleśnie o schody. Zajęczałam pocierając bolący kark.
-Wszystko w porządku? - spytał melancholijnym głosem Andy, zjawiając się obok. Łypnęłam na niego wrogo i podniosłam się chwiejnie. Dominic stał na szczycie schodów i patrzył na mnie rozbawiony. Zacisnęłam pięści. Po chwili zacisnęłam też zęby.
-Witaj, Daisy... A może raczej Rosy? - powiedział z ironicznym uśmiechem, stąpając powoli w dół.
TUP
TUP
TUP
TUP
TUP
Powolne, mozolne kroki wywoływały dreszcze na całym ciele, ale nadal hardo patrzyłam chłopakowi w oczy.
Co robić?
Co robić?
Czemu on tu przylazł?
Czy aby na pewno tylko po potwierdzenie?
Czy na pewno po nic innego?
Ile powiedział Simonowi?
Ile Simon powiedział jemu?
Co powiedziała mu Miriam?
Ona też zauważyła?
Ona też wie?
.
.
.
Spokojnie.
Tylko spokojnie.
Popatrzyłam uważniej na Dominica. Tylko kilka słów przychodziło mi na myśl.
Sadysta.
Psychopata.
Skrajny geniusz.
Kapitan demonów.
Wieczny zwycięzca.
Mały jasnowidz.
Król świata.
Bóg.
Tak.
Był jakby bogiem.
Widzi wszystko.
Wie wszystko.
Robi co mu się żywnie podoba.
Aż mam ochotę pokrzyżować mu plany.
Nie mogę dać mu wygrać.
Nie teraz, jeszcze nie.
Może kiedyś.
Może za kilka minut.
Ale jeszcze nie teraz.
-Kim jesteś? Znamy się? - spytałam udając, że nie czuję na sobie przeszywającego, zimnego, ostrego wzroku. Dominik drgnął zaskoczony, zatrzymując się w połowie schodów. Dając się zaskoczyć, przegrał pierwszą rundę. Nie wiedział co zrobić. Chyba pierwszy raz w życiu widziałam go takiego niepewnego.
Nie wiedział co ma zrobić z rękoma, więc wsadził je do kieszeni. Uniósł lekko głowę, patrząc na mnie. Wiedziałam, że myśli. Intensywnie próbował prześwietlić mi mózg swoim wykrywającym kłamstwa wzrokiem. Uśmiechnęłam się w duchu.
Może i wygrałam tą bitwę, ale wojnę jak zwykle wygra ON.
***
omnomonomonommonomnon.
obiecałam normalniejszy rozdział?
i jest.
chyba. xD
i tak to kocham lolz.
nie ma to jak psychopata, sadysta i w dodatku z kompleksem...
nie. nie będę spoilerować.
nie powiem jaki Dominic na kompleks xDD
a nawet dwa xD
miłego życia niezakompleksione ludzie xD
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz