czemu rozdziału 6 nikt nie czyta ;______;
przecież tam jest już o koszykówce nareszcie coś napisane no ;______;
***
Różnica punktów - 14
Czasu do końca - 19 minut 30 sekund
Stosowanie się do moich rad - maksymalne.
Teraz piłka należała do Nikki, która biegła sama na kosz. Dopadła do niej Elizabeth. Długie podanie id Nicole do Risky przeleciało przez pół boiska. Widziałam wyraźnie, że się boi i nadal nie była gotowa. Każdy mięsień miała napięty. Źle! dziewczyno! Rozluźnij się! Chciała podać do Amy, ale przed nią stała Nataly. Jeśli Risky teraz nic nie zrobi, wygwiżdżą przetrzymanie.
-Risky! Idź sama! - wrzasnęłam z całych sił. Dziewczyna jakby obudziła się z transu. Spojrzała przeciwniczce w oczy i zaczęła kozłować prawą ręką. Crossover do lewej, znów do prawej, z prawej do lewej pod nogami, kozłowanie lewą. Cofnęła się lekko i pobiegła do przodu. Sama! Dała radę! Biegła pod kosz. Wszystko szło dobrze, póki nie została zatrzymana przed linią rzutów za trzy. Rzuciła na chybił trafił. Została wytrącona z równowagi. Była skupiona, ale nagłe pojawienie się przeciwniczki zachwiało jej pewnością siebie. Piłka odbiła się od obręczy. Nagle zobaczyłam rękę, która złapała piłkę i wsadziła ją w siatkę. Otworzyłam szeroko usta. Tego się nie spodziewałam. Amy, czemu wcześniej o tobie nie słyszałam? Pytam, czemu?
Akcje były coraz bardziej zaciekłe. Punktów przybywało, czasu ubywało, a ja czułam jakbym oglądała mecz amatorów z dolnej półki. Miało być pięknie, a wyszło jak zwykle. Przyznaję, dziewczyny robiły co mogły, zbierały punkty, ale nie czułam żądnej więzi czy nawet nici zrozumienia między nimi. Płynności ruchów też ze świecą szukać.
Zostało 5 sekund meczu. Westchnęłam głęboko. Zdobędą najwyżej jeden kosz, to wszystko. Koniec. Miałam dość. Poza pierwszą akcją nie było żadnych wyskoków czy czegoś ponad normę. Pokazałam palcem na drzwi. Nikki skinęła głową. Zabrałam plecak i wyszłam. Przynajmniej miałam satysfakcję z tego, że pokierowałam trochę dziewczynami. Mimo, że moje myśli były daleko od miejsca, w którym byłam, czułam na sobie wzrok Simona. Ignorując wszystko, poszłam do domu, w którym czekało na mnie różowo-białe piekło.
Otworzyłam drzwi i zostałam od progu zaatakowana przez słodki aromat cukierni. Zsunęłam buty ze stóp i poszłam do swojego pokoju. Rzuciłam plecak na łóżko i odpaliłam komputer. Wyszłam z pokoju już w dresowej bluzie i za dużych, białych dresach w czerwoną kratę.
-Daisy? To ty? - zawołała Shane z kuchni. Zamiast jej odpowiedzieć, weszłam do pomieszczenia i otworzyłam lodówkę. - Czas posprzątać pokój, nie sądzisz? - powiedziała stając za mną z czarnymi, foliowymi workami. Zjadłam szybko kanapkę, popijając ją wodą i poszłam szybkim krokiem do swojego pokoju. Shane podążała za mną, szeleszcząc workami. Otworzyłam drzwi i weszłam do środka potykając się o zagubione przed tygodniem dżinsy. Złapałam równowagę i obejrzałam się na Shane, ale ona nadal stała w progu. Wpatrywała się w podłogę, której nie było widać zza porozrzucanych ubrań, brudnych talerzy i śmieci.
-Co to jest? - wyjąkała, wskazując stertę ciuchów za łóżkiem. Wzruszyłam ramionami.
-Mój pokój - odpowiedziałam. Po chwili wahania, kobieta podeszła do mnie, wręczyła mi worki i powiedziała, że do jednego mam wrzucić śmieci, do drugiego - ubrania do wyrzuceni, a do trzeciego - za małe ciuchy. Zatrzasnęła za sobą drzwi życząc mi powodzenia. Westchnęłam głęboko. To będzie długie popołudnie.
Włączyłam muzykę na całą dostępną głośność i zaczęłam rozbrajać powoli bombę, którą była skorupa okrywająca moją podłogę.
-O. Szukałam go - powiedziałam, podnosząc dwoma palcami stanik, w którym była czerwona galaretka. Wrzuciłam bieliznę do jednego z worków i przekopywałam się dalej. Oprócz swojego ulubionego, brązowego kubka z ryjkiem renifera, znalazłam jeszcze dwie pary spodni, trzy koszulki, dwanaście talerzy i swojego pluszaka, który uważany był za zaginionego. Wyniosłam worki na korytarz i wróciłam do swojego pokoju. - Wow. Ja mam podłogę! - zawołałam widząc jasnobrązowe panele. Skrzywiłam się widząc na nich różnokolorowe plamy. Umyłam podłogę i z braku ciekawszego zajęcia, wyrzuciłam ciuchy z szafy. Posegregowałam je, zdziwiona widokiem niektórych ubrań. Czyste włożyłam z powrotem, brudne zaniosłam do łazienki, a za małe wrzuciłam do nowego worka. Rozejrzałam się zadowolona. Biernie czysto. Byłam z siebie dumna. Ostatni raz sprzątałam tu jakieś... pół roku temu? No, coś koło tego.
Wytarłam zakurzone półki i ustawiłam na nich książki, podręczniki, pamiątki z wycieczek i własnoręcznie robione, dziwne, a miejscami nawet straszne rzeczy. Bo jak inaczej określić długie patyki do szaszłyków pomalowane bordowym lakierem i wbite w plastelinę znajdującą się w czarnym słoiku?
Przejechałam palcem po zakurzonej okładce ulubionej książki. Dostałam ją od Vivienne na czternaste urodziny. Jej tytuł to 'Ostre narzędzia'. Pisana dziwnym i miejscami niezrozumiałym językiem, odzwierciedlała mój ówczesny nastrój. Przejechałam ręką po bliznach na lewym przedramieniu. Były już ledwo widoczne, ale nadal pamiętałam ten strach, zdezorientowanie i wewnętrzny ból, który mną kierował. Trwało to koło czterech lub pięciu miesięcy, ale wyniszczyło mnie bardziej, niż cokolwiek innego. Byłam wrakiem jeszcze przez długi czas. Odechciało mi się nawet gry w koszykówkę. Dopiero kiedy nie chciałam iść na jeden z meczy, tata zorientował się, że coś jest nie tak. Skrzywiłam się lekko, pocierając kciukiem zaróżowioną bliznę. Mimo, że nie chcę nawet wracać myślami do tamtego czasu, jestem z siebie dumna. Wyszłam z tego, wygrywając z własną słabością. Gdyby nie tamten czas, nie byłabym tym kim jestem teraz.
Odłożyłam książkę na miejsce i rzuciłam się na łóżko. Zamknęłam oczy i wsłuchując się w muzykę, powoli przypominałam sobie całe swoje życie. Od najmłodszych lat było pasmem wielkich i mniejszych porażek z nielicznymi wygranymi. A co jeśli skończyłabym to wszystko teraz? Nie lepiej odrodzić się na nowo, gdzieś indziej i zacząć wszystko od początku? Może...
-Daisy! Skończyłaś? - zawołała Shane wchodząc do pokoju. Przytaknęłam wstając i wyłączając muzykę. - W takim razie musimy pogadać - powiedziała z poważnym wyrazem twarzy. Gdyby nie to, że codziennie nakłada na nią tonę wodoodpornej gładzi szpachlowej zwanej potocznie podkładem, byłaby naprawdę ładną kobietą.
Przeszłyśmy do salonu. Ja wybrałam fotel kładąc się w poprzek niego, a Shane usiadła na sofie. Patrzyłyśmy na siebie długo. Wyczekiwałam zniecierpliwiona, co dziewczyna taty chce mi powiedzieć. Przecież przerwała mi mój jakże piękny monolog o swojej żałosnej przeszłości. W końcu, kiedy otworzyła usta, padło z nich tylko długie, przeciągłe westchnięcie.
-O czym chciałaś pogadać? - spytałam. Wiedziałam, że jeśli ja nie zacznę tej rozmowy, to będziemy tak siedzieć do końca świata i kilka dni dłużej.
-Jak tu zacząć.. Chyba wiesz, że kocham twojego ojca, a dla ciebie chcę jak najlepiej, ale czuję, że... Nie. Źle. Moment. Daj pozbierać mi myśli - powiedziała z wahaniem, patrząc na mnie przepraszającym wzrokiem. Pomasowała nasadę nosa, a ja grzecznie siedziałam, czekając na ciąg dalszy tej zajmującej opowieści. Nie licząc naszych niemogących się zgrać oddechów, było zupełnie cicho. Do czasu. Nagle na klatce dało się słyszeć huk i ciche stękanie rannego człowieka. Poderwałyśmy się do góry i wypadłyśmy na schody.
-Mat! - zawołałam widząc jak chłopak pociera czerwoną czuprynę. - Co się stało?
-Zmęczony jestem. Szedłem sobie i przystanąłem, żeby zawiązać buta. Przysnęło mi się i zleciałem ze schodów. Nie pytaj czemu - burknął zażenowany. Wstał i chwiejnie zaczął się wspinać na górę.Podbiegłam do niego i zarzuciłam sobie jego ramię na kark. Z wdzięcznością oparł się o mnie, więc poprowadziłam go do jego mieszkania i wyszłam, zamykając za sobą drzwi. Wróciłam do Shane, która wciąż nie kojarzyła co się właśnie stało.
-Kto to? - spytała słabym głosem. Przez chwilę miałam wrażenie, że był zabarwiony matczyną troską.
-Matthias. Nasz sąsiad i mój nowy kolega.
-On powiedział, że jest zmęczony? I zasnął? Na schodach?! A jeśli jest jakimś pijakiem? Albo należy do gangu i jest zmęczony po jakimś napadzie na sklep?! Widziałaś te jego czerwone włosy?! I miał kolczyk w ustach! Duży, umięśniony! Pewno jakiś zabijaka! - zaczęła trajkotać przejęta, kiedy usiadłam w kuchni czekając na herbatę. Shane krzątała się po pomieszczeniu przygotowując mój napój.
-Wydaje mi się, że nie jest kryminalistą. Spokojnie. Znam go. Miał dziś ciężki mecz. Byłam, widziałam i buty z masła zgubiłam. On gra w kosza, a jeśli lubi swój wygląd, to co nam do tego? - wytłumaczyłam spokojnie. Shane postawiła czajnik na kuchenkę i usiadła naprzeciwko mnie. Oparła przedramiona o stół i złączyła dłonie w piramidkę, po czym wzięła głęboki wdech.
-Powiem wprost. Mam wrażenie, że nie akceptujesz mnie jako partnerki swojego ojca. Wiem o twojej mamie i bardzo mi przykro z tego powodu, ale twój tata też ma prawo do szczęścia - wyrzuciła z siebie. Heh, tak jak myślałam. Martwiło ją moje zachowanie. Byłam w stosunku do niej dość oziębła i zachowywałam ostrożny dystans, jak do każdego nieznajomego. Tylko czekałam aż to zauważy.
-Spokojnie. Jestem na drodze rozumienia tego, że tata może nie chcieć być teraz sam. Oczywiście, znajdę dość dużo argumentów na to, że nie powinien znajdywać sobie dziewczyny tak szybko, ale to nie o to mi chodzi, kiedy zachowuję się w taki sposób w stosunku do ciebie - siadając na krześle po turecku. Oparłam łokcie na kolanach, splatając dłonie pod brodą. Pytające spojrzenie Shane odnalazło mój wzrok.
-Więc czemu mnie nie chcesz zaakceptować? - spytała po kilku sekundach ciszy. Westchnęłam głęboko. Głupia jest, czy chce to usłyszeć prosto ode mnie? Naprawdę nie zauważyła, co próbuje zrobić? Czas jej to uświadomić, bo coś mi się wydaje, że niedługo z dziewczyny taty może zamienić się w moją macochę.
-Nie dość, że próbujesz mi zastąpić mamę, to chcesz mnie zmienić w swoją kopię. Ciągle mówisz, że jestem mało dziewczęca, że powinnam się inaczej ubierać, że mam jeść co innego niż zawsze - wzięłam głęboki oddech, uspokajając emocje, które lada chwila wyrwałyby się spod kontroli. Kiedy udało mi się trochę uspokoić, znów zaczęłam mówić. - Teraz wyobraź sobie, że jesteś na moim miejscu i ja z ciebie próbuję zrobić swojego totalnie niedziewczęcego klona. Niezbyt miła wizja, prawda? - powiedziałam spokojnie. Shane zamyśliła się, zamykając oczy. Po kilku sekundach jej twarz wykrzywiła się nieznacznie.
-Ok. Rozumiem już co masz na myśli. Przepraszam za to - mruknęła zawstydzona. - Spróbujmy od nowa, dobrze? To nie tak, że chcę ci zastąpić matkę, bo wiem, że nikt ci jej nie zastąpi. Nie będę ci też zwracać uwagi na ubrania i dietę, dobrze? Pod jednym warunkiem. jeśli tak zrobię, zmienisz swoje nastawienie do mnie.
-Oczywiście. To działa w obie strony. Ty się zmienisz, ja się zmienię - uśmiechnęłam się lekko. Po chwili ziewnęłam szeroko. - Sorka, ale zmęczyłam się sprzątaniem, a jeszcze muszę odrobić lekcje. Ja spadam do siebie.
-Dobrze. Zrobić ci coś do jedzenia? - spytała ugodowo. Świat się kończy. Wezwijcie jakąś organizację rządową, bo kosmici mi podmienili macochę na jednego ze swoich.
-jakbyś mogła, to zrób te swoje naleśniki z serem i dżemem... Dzięki - uśmiechnęłam się miło, uciekając z kuchni. Z o wiele mniejszym szczęściem i zaangażowaniem wyciągnęłam podręczniki na poniedziałek. Rzuciłam je na łóżko i odblokowałam komórkę. Zaśmiałam się cicho. Nikki już wysłała mi wszystkie numery ćwiczeń zadanych do domu. Spojrzałam na czas dostarczenia wiadomości. Niegrzeczna dziewczynka. Wysyłała je w trakcie każdej lekcji. Spojrzałam na zegarek. Dochodziła szósta. Westchnęłam głęboko i usiadłam na łóżku. Wzięłam do rąk książki i patrząc pobieżnie na smsy od Nikki, szybko odrobiłam lekcje. Nie mając już nic do roboty, zajrzałam do kuchni. Shane krzątała się po niej rozrabiając ciasto na naleśniki i przygotowując twaróg, więc ja skierowałam się do łazienki. Zamknęłam się w niej na klucz. Zdjęłam koszulkę, spodnie i skarpetki stając boso na zimnych kafelkach. Wzdrygnęłam się czując przeszywający chłód. Przestąpiłam z nogi na nogę, wciąż lekko drgając. Rozpuściłam włosy, potrząsając delikatnie głową. Zdjęłam bieliznę i nago weszłam do wanny. Skuliłam się w niej oplatając ramionami kolana. Oparłam głowę o przedramiona i zamknęłam oczy. Zimno mi. Cholernie zimno. Nieprzyjemny chłód otulał moją skórę. Podniosłam głowę i wzięłam do ręki korek. Zatkałam otwór wanny i nalałam ciepłej włosy po brzegi. O tak. To było to, czego teraz potrzebowałam. Chwyciłam gąbkę i umyłam się, jak zwykle zużywając za dużo płynu. Wyszorowałam głowę i włosy swoim ulubionym szamponem, spłukałam je dokładnie i wstałam. Zmniejszyłam strumień wody lecący ze słuchawki prysznica i wzięłam głęboki oddech. Opłukałam ciało zimną wodą, wyskoczyłam z wanny i szybko się wytarłam. Sięgając do suszarki po czyste majtki, zerknęłam w lustro, po czym zamarłam. Powoli się wyprostowałam i stanęłam przed zwierciadłem.
Gruba.
Brzydka.
Nic nie warta.
Poczułam, że żołądek podchodzi mi do gardła, ale siłą powstrzymałam mdłości. Ubrałam się w piżamę, rozczesałam włosy i poszłam zjeść pyszne naleśniki Shane.
Do końca dnia nie dałam rady patrzeć w lustro.
***
witać żegnać ten rozdział być zbyt dziwny
no może nie dziwny, ale taki trochę zbyt...
użalający się jak na mnie.
obiecuję, że następny będzie normalniejszy xD
brechtam, bo właśnie go czytam xDD
polecam tą piosenkę pis joł
jest trochę schiza xD
miłego słuchania i w ogóle xD
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz