ostatnie trzy rozdziały nie mają nawet 10 wejść.
***
-Daisy! Wstawaj! Idziemy do kościoła! - zawołał ojciec trzaskający drzwiami od łazienki. Zawarczałam niezadowolona i uniosłam się na rękach.
Moment.
Tata już jest? Jak to?
Wstałam i leniwym krokiem przeszłam przez pokój, otworzyłam drzwi i zrobiłam krok za próg. Poczułam nagłe, nieznośne pieczenie. Spojrzałam w dół. Zamiast kremowych kafelków, zobaczyłam krater wypełniony lawą. Stanęłam na jedynym normalnym skrawku podłogi i spojrzałam przed siebie. Tata i Shane zamiast głów mieli głazy z dziurami wypełnionymi płonącą lawą w miejscu oczu i ust. Stali na krótkich, grubych, kamiennych nogach podpierając się długimi, żelaznymi łapami.
-Daisy - wycharczała Shane metalicznym, skrzeczącym głosem. Zaczęłam krzyczeć. Wierzgałam nogami i biłam pięściami na oślep kogoś kto złapał mnie za ramiona.
-Daisy! - zawołała macocha tuląc mnie do siebie. Otworzyłam, do tej pory zaciśnięte, oczy i rozejrzałam się szybko po pomieszczeniu. Odetchnęłam z ulgą. Sen. To był tylko sen. Wtuliłam się w Shane, oddychając ciężko. Musiałam nieźle krzyczeć skoro jestem tak zdyszana.. Po kilku minutach odsunęłyśmy się od siebie.
-Aż tak źle? - spytałam, widząc wybałuszone oczy Shane, które zwróciła na moją twarz. Pokiwała głową z lekkim uśmiechem. Wstałam, umyłam się, ubrałam i zrobiłam kucyk z czarnego siana, nawet nie próbując go rozczesywać. Wychodząc z łazienki zobaczyłam, że macocha ubrana w odświętną niebieską sukienkę, układa włosy przed lustrem wiszącym w korytarzu. Nawiązałyśmy kontakt wzrokowy. - Idziemy? - jęknęłam, wiedząc że i tak odpowie twierdząco. Westchnęłam zrezygnowana i zmieniłam domowe ciuchy na purpurowe spodnie, czarną koszulkę, szarą bluzę i skórzaną kurtkę. Chwilę mocowałam się z glanami, po czym obie wyszłyśmy z mieszkania. Przez całą drogę Shane chciała mi coś powiedzieć, ale siłą się powstrzymywała.
-Muszą ci te spodnie zwisać z tyłka? - spytała w końcu. Zaśmiałam się kiwając głową. Po kilku następnych minutach dotarłyśmy do kościoła. Przed wejściem uprzedziłam Shane, że zostaję przy drzwiach, żeby sterczeć tam jak nienormalna. Kobieta odpowiedziała cichym chichotem i poszła na przód, zostawiając mnie samą. Już, już miałam dać stamtąd nogę, gdy przyuważyłam moją osiemdziesięcioletnią sąsiadkę przyglądającą mi się ciekawie. Zdusiłam w sobie ciche przekleństwo. Gdybym teraz zwiała, starucha naskarżyłaby ojcu, a ja pożegnałabym się na tydzień z wychodzeniem z domu. Grzecznie stanęłam na lewo od drzwi wejściowych splatając razem swoje dłonie i zwieszając luźno ramiona. Msza zaczęła się. Nie mając nic innego do roboty, przyglądałam się ludziom siedzącym w ławkach przede mną. Wbiłam wzrok w kark jakiegoś faceta wybranego na chybił trafił i wpatrywałam się w niego dobrych kilka minut.
-Chcesz go zabić czy jak? - usłyszałam szept obok ucha. Rozejrzałam się dyskretnie na boki. Stałam jako jedyna. O tej porze większość ławek była wolna, bo kto normalny chodzi na 8.00 do kościoła? Wszyscy ludzie, którzy jednak zdołali się tu przyczołgać, skumulowali się w pierwszych rzędach. Dzieliło nas prawie pół kościoła. Oceniłam sytuację. Mogłam spokojnie się obejrzeć, bez narażenia swojej wolności ze strony sąsiadki. Odwróciłam głowę nieznacznie i pierwsze co zauważyłam, to długie ręce schowane w rękawach szarej, obszernej bluzy. Potem ujrzałam szerokie barki, a na koniec rozbawioną twarz Simona. Powstrzymywał się od wybuchnięcia śmiechem, uparcie patrząc w stronę ołtarza. Spanikowałam lekko. Miałam związane włosy. Widać całą moją twarz. Może mnie rozpoznać. Cholera. Zadrżałam teatralnie i rozpuściłam włosy.
-Co jest? - usłyszałam kolejny szept.
-Zimno mi w kark - odparłam cicho i zdałam sobie sprawę, jak głupio to zabrzmiało. Zrobiłam krok w tył, zrównując się z Simonem. - A ty co taki religijny, zboczeńcu patrzący kelnerkom na cycki? - szepnęłam, dźgając chłopaka łokciem w bok.
-Rodzice - przewróciła teatralnie oczami. Prychnęłam rozbawiona. Spojrzałam ukradkiem na profil twarzy chłopaka. Kurde. TEN Simon, którego tak bardzo podziwiałam, stoi obok mnie. Gadam z nim, jak z kumplem mimo, że znamy się tak krótko. Nie mogąc przestać się szczerzyć, zwróciłam głowę z powrotem w stronę kapłana. Zamiast skupić się na tym co mówi kleryk, myślałam o wielu innych rzeczach. O koszykówce, o Vivenne, o wisiorku, o swoich włosach, o przeszłości... Jednak każda myśl sprowadzała się do jednej. Simon stojący obok. Zerknęłam na niego jeszcze raz. Wcześniej nie zauważyłam jak bardzo dorósł przez te osiem miesięcy, kiedy zniknęłam. Chciałabym zobaczyć go bez koszulki, w samych spodenkach od stroju. Chciałabym dotknąć jego mięśni. Chciałabym, żeby ze mną zagrał. Chciałabym, żeby mnie przytulił. Chciałabym, żeby zauważył, że jestem Rosy, której tak szuka. Chciałabym, żeby kochał mnie tak mocno, jak ja kocham jego.
Serce zabiło mi mocniej, kiedy przypomniałam sobie pierwszy wsad Simona. Byłam taka dumna, że widzę to jako pierwsza. Nie było na sali już nikogo. Siedziałam na ławce i czekałam na telefon od ojca, że już na mnie czeka. Nagle przez drzwi wbiegł Simon, kozłując piłką już od progu. Zanim się obejrzałam, już wisiał na koszu i cieszył się jak głupi. W tamtym czasie mogłam go oglądać tylko z trybun, a teraz stoi obok mnie jakby nigdy nic. Zaraz zemrę ze szczęścia.
-Mógłbym się spotkać z Rosy? - spytał nagle. Cały czar moich myśli, marzeń i wspomnień prysł w jednej chwili. Organista zaczął grać ostatnią pieść, podczas której wszyscy wyszli z ławek i skierowali się ku drzwiom.
-Stoję obok ciebie, baranie - warknęłam cicho, mocno akcentując 'r'.
- Co? - spytał trochę głośniej i nachylił się lekko chcąc usłyszeć coś przez muzykę i tupot nóg. Podniosłam głowę i z wymuszonym uśmiechem pokręciłam nią zdecydowanie. Wepchnęłam się między ludzi i wyszłam za drzwi, tym samym znikając chłopakowi z oczu. Poczekałam aż Shane wyszła z kościoła i razem ruszyłyśmy do domu, ona zadowolona, ja - dławiąc się łzami.
-Za pięć minut śniadanie - powiedziała Shane idąc do kuchni. Pokiwałam głową. Związałam włosy wątpliwej jakości gumką i uciekłam do pokoju. Odblokowałam telefon i drżącymi rękoma wybrałam numer Vivienne. Zasłoniłam okno i usiadłam na łóżku podkulając kolana pod brodę.
-Halo? - usłyszałam delikatny głos Viv. Wspomnienia przeleciały mi przez umysł, a oczy napełniły się łzami. Zaraz pewnie znowu usłyszę nieśmiertelne "czego chcesz, kochanie?" przesączone ironią i sarkazmem. - Jest tam kto? - spytała, kiedy nic nie mówiąc, zaczęłam bezgłośnie płakać. No tak. Zmieniłam numer.
- Dzień dobry - wyszeptałam przez łzy. - Przepraszam, że zajmuję czas, ale... Jest mi cholernie smutno i chciałam z kimś pogadać, a nie mam z kim - skłamałam drżącym głosem.
-A co się stało? - westchnęła. Usłyszałam ciężkie stąpanie po twardym podłożu, ale po chwili wszystko ucichło.
-Wszyscy naokoło są fałszywi. Mam już tego serdecznie dość. Chcę w końcu z kimś zagrać, ale nie mam z kim. Moja najlepsza przyjaciółka mnie nienawidzi, a chłopak, którego kocham, nawet nie wie kim jestem. - wzięłam głębszy wdech po wyrzuceniu z siebie wszystkiego. - Chciałabym być jak Rosy...
-Victoria, to ty? Jeśli tak, to odpuść. Nie bawią mnie twoje żarciki - warknęła niespodziewanie Viv. Wzdrygnęłam się. Więc ona nadal ma kłopoty?
-Nie jestem Victorią. Chciałam tylko z kimś pogadać, więc wybierałam przypadkowe numery i jesteś pierwszą osobą, do której się dodzwoniłam - pociągnęłam nosem.
-No dobra. Powiedzmy, że ci wierzę. Jak masz na imię? - spytała podejrzliwie. Przekopałam umysł w poszukiwaniu jakichś nazwisk.
-Ashley Brown - palnęłam wreszcie. Viv zaśmiała się.
-Muszę kończyć. Zapisz sobie ten numer. Oddzwonię później. Nazywam się Vivienne. Papa - powiedziała i rozłączyła się nagle.Z uśmiechem popatrzyłam na wyświetlacz. Zapomniałam już jak brzmi jej normalny głos, bez ironii czy sarkazmu. Odłożyłam telefon na bok i poklepałam się po policzkach. Koniec mazania się. Podeszłam do okna i odsłoniłam je, uśmiechając się szeroko. Spojrzałam na boisko. Mat rzucał do kosza stojąc do mnie tyłem. Rozejrzałam się po podwórku, a moje serce zabiło o wiele za szybko. Moje dłonie ześliznęły się z trzymanych przed chwilą zasłon. Zobaczyłam dziewczynę stojącą kilka metrów za ogrodzeniem boiska. Słyszałam w uszach tylko dudnienie własnego serca. Patrzyłam zdrętwiała na dziewczynę o długich, białych włosach, w czarnym swetrze, czarnych legginsach i krótkich glanach. Kiedy odrzuciła do tyłu grzywkę, wypatrzyłam u niej dwa małe kolczyki w dolnej wardze. dziewczyna ruszyła ku niespodziewającemu się niczego Matthiasowi. Zaczepiła go ot tak, jakby znała go od zawsze. Nie słyszałam o czym rozmawiali, ale widziałam, że nie jest zbyt dobrze. Bezmyślnie wybiegłam z pokoju, krzycząc do Shane, że zaraz wrócę. Włożyłam na nogi pierwsze lepsze adidasy i wybiegłam z domu. Pędziłam o mało nie wybijając sobie zębów na schodach.
Szybko.
Szybko.
Szybko.
Wypadłam na podwórko i pobiegłam na boisko. Białowłosa dziewczyna właśnie odchodziła w stronę, z której przyszła. Otworzyłam usta gotowa ją zawołać, ale wtedy stanęłam jak wryta, nie mogąc wydobyć z siebie głosu. Nie miałam prawa jej wołać. Nie po tym co wtedy powiedziałam...
Stałam i patrzyłam bezradnie jak dziewczyna odchodzi. jeszcze mogłam ją zawołać. Jeszcze miałam szansę.. Której nie wykorzystam. Zamknęłam usta, zaciskając mocno szczęki. Próbowałam opanować wyraz rozpaczy malujący się na mojej twarzy, ale nie dałam rady. Byłam przerażona. Mogłam coś zrobić, ale nie zrobiłam.
-Daisy! - zawołał Mat.
NIE!
Cofnęłam się kilka kroków. Viv stanęła jak słup i odwróciła głowę. W tym momencie gumka trzymająca moje włosy rozerwała się. Czarne siano opadło na moje ramiona i rozsypało się po moich plecach. Próbowałam wyczytać coś ze spojrzenia Viv. Mat taktownie nie wtrącał się, nie spuszczając z nas oczu.
Otworzyłam usta.
I je zamknęłam.
I to był błąd.
Vivienne zacisnęła wargi w cienką linię i cisnęła w moją stronę spojrzenie przesycone wściekłością. Wstrząsnęło mną to jak prąd. Znów zaczęłam płakać. I znów bezgłośnie, zaciskając pięści i zęby. Spuściłam wzrok i podniosłam dłoń. Wyciągnęłam swój wisiorek spod koszulki. Wisiorek - czarna połowa yin yanga z białą kropką. Złapałam do i zacisnęłam w pięści tak, by Viv to zauważyła.
-Przepraszam - wyszeptałam podnosząc głowę. W oczach Vivienne był teraz tylko smutek. Odwróciła się przodem do mnie i wyciągnęła spod swetra białą połówkę yin yanga. Zacisnęła na niej pięść i niespodziewanie szarpnęła za łańcuszek. Uśmiechnęła się ironicznie i upuściła wisiorek pod swoje stopy.
-Tak jak ty zdeptałaś naszą przyjaźń, szmato - syknęła rozcierając metal między glanem a chodnikiem. Z mojego gardła wyrwał się cichy szloch. Na ten dźwięk Viv otworzyła szerzej oczy, w których pojawiło się zdziwienie i odrobina szczęścia, jednak zaraz potem znów zagościła w nich zimna obojętność. Dziewczyna odwróciła się na pięcie i poszła żwawym krokiem w stronę, z której przyszła. Osunęłam się na ziemię, chlipiąc cicho. Matthias podniósł wisiorek leżący na chodniku i podszedł do mnie.
-Chodź. Usiądziemy na boisku, bo tu ktoś cię może rozdeptać - powiedział podnosząc mnie za ramię. Pozwoliłam mu przeprowadzić się przez bramkę i usadzić na ziemi, zaraz obok siebie. - O co chodziło? - spytał po kilku sekundach ciszy.
-To moja była przyjaciółka - wycharczałam przez zaciśnięte gardło. - Grałyśmy kiedyś w jednej drużynie, ale to było w podstawówce. Potem poszłyśmy do innych gimnazjów, jednak kontakt nam się nie urwał. Wręcz przeciwnie. Było pięknie. Przyjaciółki na zawsze i te sprawy. Wtedy, w gimnazjum, stworzyłam dość silną drużynę i wspinałam się na szczyt. Doszły mnie słuchy, że Vivienne jest prześladowana za to, że się ze mną przyjaźni. Na finały przyszła mi kibicować. Jak za każdym razem, czekała na mnie pod szatnią. Udałam zdziwioną i powiedziałam, że nie chcę jej więcej widzieć. Powiedziałam, że mi się znudziła. To było trudne. Wiedziałam, że będzie, ale musiałam to zrobić. Już wtedy byłyśmy pokłócone, ale i tak zrywanie przyjaźni nie jest łatwe - w tym momencie poczułam na nosie pierwszą kroplę. Spojrzałam w niebo, które przykrywały ciężkie, szare chmury. Zaczął padać deszcz. - Dwa lub trzy dni przed ostatecznymi rozgrywkami zostałam zgwałcona przez swojego trenera. Trzy miesiące przez finałami zmarła mi mama.. - westchnęłam ciężko.
-Kumulacja nieszczęść, co? - mruknął ktoś za moimi plecami. Odwróciłam się gwałtownie. Wiatr zwiał z mojej twarz resztkę włosów i odsłonił mi widok na trójkę ludzi. Deszcz rozpadał się na dobre.
-Dlatego przegrałyście? - spytał Oliver z szeroko otwartymi oczami. Pokiwałam głową. Włosy kleiły mi się do mokrych pleców.
-Odkąd wy tu...? - szepnęłam wstając. Nagle zachwiałam się niebezpiecznie. Oli podtrzymał mnie, ale po chwili pałeczkę przejął Mat.
-Odkąd powiedziałaś o prześladowaniu Vivienne - powiedział Dominic bezbarwnym głosem. Był zły. Widziałam to. Poznałam. Po oczach.
-To musiało być straszne - szepnęła Miriam, a po jej policzkach ściekły łzy mieszając się z deszczem. Podbiegła i przytuliła mnie z rozbiegu łkając w moją i tak już przemoczoną koszulkę. Musiałam zrobić krok w tył, żeby nie upaść. Zapanował grobowy nastrój przerywany szlochem Miriam tłumionym przez moje ciało. Deszcz padał i padał na moją twarz imitując łzy, które nie chciały płynąć. Jak na złość nie dałam rady teraz płakać.
Zaczęłam się opętańczo śmiać. Miriam puściła mnie przestraszona. Trzęsłam się ze śmiechu jak opętana. Wszyscy patrzyli na mnie współczująco.
-To moja była przyjaciółka - wycharczałam przez zaciśnięte gardło. - Grałyśmy kiedyś w jednej drużynie, ale to było w podstawówce. Potem poszłyśmy do innych gimnazjów, jednak kontakt nam się nie urwał. Wręcz przeciwnie. Było pięknie. Przyjaciółki na zawsze i te sprawy. Wtedy, w gimnazjum, stworzyłam dość silną drużynę i wspinałam się na szczyt. Doszły mnie słuchy, że Vivienne jest prześladowana za to, że się ze mną przyjaźni. Na finały przyszła mi kibicować. Jak za każdym razem, czekała na mnie pod szatnią. Udałam zdziwioną i powiedziałam, że nie chcę jej więcej widzieć. Powiedziałam, że mi się znudziła. To było trudne. Wiedziałam, że będzie, ale musiałam to zrobić. Już wtedy byłyśmy pokłócone, ale i tak zrywanie przyjaźni nie jest łatwe - w tym momencie poczułam na nosie pierwszą kroplę. Spojrzałam w niebo, które przykrywały ciężkie, szare chmury. Zaczął padać deszcz. - Dwa lub trzy dni przed ostatecznymi rozgrywkami zostałam zgwałcona przez swojego trenera. Trzy miesiące przez finałami zmarła mi mama.. - westchnęłam ciężko.
-Kumulacja nieszczęść, co? - mruknął ktoś za moimi plecami. Odwróciłam się gwałtownie. Wiatr zwiał z mojej twarz resztkę włosów i odsłonił mi widok na trójkę ludzi. Deszcz rozpadał się na dobre.
-Dlatego przegrałyście? - spytał Oliver z szeroko otwartymi oczami. Pokiwałam głową. Włosy kleiły mi się do mokrych pleców.
-Odkąd wy tu...? - szepnęłam wstając. Nagle zachwiałam się niebezpiecznie. Oli podtrzymał mnie, ale po chwili pałeczkę przejął Mat.
-Odkąd powiedziałaś o prześladowaniu Vivienne - powiedział Dominic bezbarwnym głosem. Był zły. Widziałam to. Poznałam. Po oczach.
-To musiało być straszne - szepnęła Miriam, a po jej policzkach ściekły łzy mieszając się z deszczem. Podbiegła i przytuliła mnie z rozbiegu łkając w moją i tak już przemoczoną koszulkę. Musiałam zrobić krok w tył, żeby nie upaść. Zapanował grobowy nastrój przerywany szlochem Miriam tłumionym przez moje ciało. Deszcz padał i padał na moją twarz imitując łzy, które nie chciały płynąć. Jak na złość nie dałam rady teraz płakać.
Zaczęłam się opętańczo śmiać. Miriam puściła mnie przestraszona. Trzęsłam się ze śmiechu jak opętana. Wszyscy patrzyli na mnie współczująco.
NIE CHCĘ TEGO, DO CHOLERY JASNEJ!
NIE WSPÓŁCZUJCIE MI!
Roześmiałam się jeszcze głośniej. Dominic podszedł ostrożnie i odsunął ode mnie Miriam. Skierował ją do chłopaków, by potem odwrócić się w moją stronę i podejść do mnie żwawym krokiem. Jego dłoń znalazła się zbyt blisko mojej twarzy. Złapałam jego nadgarstek, poważniejąc nagle.
-To nic nie da. Jestem sobą. Nie oszalałam. Po prostu mi siebie żal - powiedziałam uśmiechając się szeroko. Puściłam rękę Dominica, który i tak spoliczkował mnie drugą dłonią. Policzek piekł mnie żywym ogniem, więc spodziewałam się, że został ślad. Może mało humanitarne, ale jak pomocne. Dziwny humor mnie opuścił i została tylko ciemna, zimna pustka.
-Chodźcie do mojego mieszkania, bo się poprzeziębiacie. Dam wam suche ciuchy - powiedział Mat i poprowadził do siebie coś na wzór konwoju pogrzebowego.
***
lolz skończyłam.
a mi smutno, bo nikt tego nie czyta : )
dobranoc i miłego życia ♥
Jak nikt nie czyta?!
OdpowiedzUsuńJa czytam~!
Dlatego proszę wstaw następny rozdział. *.*
~Roseczek