z racji tego, że dwie (2!!!!!) osoby czekają na 11 rozdział, Kill Them All musi poczekać xd
a tak w ogóle, to nie chce mi się tu nic pisać.
miałam to napisać na wtorek, ale byłam chora.
no co zrobisz?
nic nie zrobisz.
ważne, że dziś to jest, nie? xD
***
-Pójdziemy na chwilę do mnie - mruknęłam do chłopaków, kiedy byliśmy już pod drzwiami Mata. Odwróciłam się na pięcie i pociągnęłam za sobą Miriam. - Shane! Przyprowadziłam koleżankę! - zawołałam wesołym głosem. Poprowadziłam Miriam do łazienki i dałam jej jakieś swoje suche ciuchy. - Tam jest kuchnia. Jak się przebierzesz, to tam przyjdź - poinstruowałam, wskazując przeciwległą stronę korytarza. Dziewczyna pokiwała głową i zamknęła się na klucz w łazience. Poszłam do pokoju z zamiarem szybkiego przebrania się w suche ciuchy, ale zdjąwszy bluzę i koszulkę zawiesiłam wzrok na krajobrazie za oknem. Na horyzoncie już się przejaśniało, ale nad moim blokiem nadal było szaro. Ze zdjętym T-shirtem zmiętym w rękach, patrzyłam tęsknie na kawałeczek niebieskiego nieba. Potrząsnęłam głową, by odgonić od siebie wspomnienie oczy Viv patrzących na mnie z odrazą. Wyjęłam z szafy granatowy sweter i czarne dresy. Nałożyłam je na siebie, rozwiesiłam mokre ciuchy na kaloryferze i poszłam do kuchni. Na stole stała jajecznica, a obok talerza - kartonik soku pomarańczowego. Zjadłam, a raczej pochłonęłam to co zostawiła mi Shane. Intensywnie myślałam co mogę, a czego nie powinna zdradzać chłopakom i Miriam. No bo jak to tak? Wyjaśnić im wszystko, co miało jakiś związek z moim życiem, chociaż gadaliśmy co najwyżej sześć razy?
-Daisy? Możemy już iść? - nagle w drzwiach pojawiła się miedzianowłosa dziewczyna ubrana w moje workowate ciuchy. Kiwnęłam głową, pociągając ostatnie łyki soku. Poczłapałam do swojego pokoju i podniosłam materac, a spod niego wygrzebałam garść lizaków. Jednego dałam Miriam, a resztę upchnęłam w kieszeniach dresów i z cytrynowym lizakiem w ustach ruszyłam w stronę drzwi. Wilgotne włosy machały się rytmicznie w takt moich kroków. Ramię w ramię z Miri, przeszłam przez klatkę schodową i zamiast zapukać do drzwi, czy chociaż zadzwonić, wbiłam do środka bez zapowiedzi. Pierwszym co rzuciło mi się w oczy, był bałagan. Drugą rzeczą było trzech półnagich chłopaków.
-Ni mogę znaleźć żadnych czystych koszulek - wytłumaczył Matthias, drapiąc się po karku z zakłopotaniem. Zrobił zażenowaną minę, a ja westchnęłam ciężko. Jeśli mamy gadać na poważnie, to trzeba coś poradzić na ich goliznę. Wpadłam do swojego mieszkania, ściągnęłam z suszarki swoje trzy największe koszulki i popędziłam z powrotem. Rzuciłam zmięte T-shirty Oliemu i Dominicowi, którzy złapali je w locie. Mat był tak zdezorientowany, że dostał kulką materiału prosto w nos. Chłopcy wciągnęli na siebie ciuchy, a gospodarz zaprowadził nas do salonu. Usiadłam na fotelu, oplatając przyciągnięte do klatki piersiowej kolana. Reszta ludzi usiadła na sofie, przyglądając mi się ciekawie.
-To co? Zaczynamy? - spytał Oliver jak zwykle przesadnie wesoło. Dominic zganił go wzrokiem, a model skurczył się w sobie.
-A od czego mam zacząć? mam wam opowiedzieć swoje całe życie? - prychnęłam wyjmując lizaka z ust. Usiadłam po turecku i oparłam łokcie na kolanach.
-Zróbmy tak. Będziemy ci zadawać pytania. Niezależnie od tego o czym będą, musisz odpowiedzieć. Zgoda? - spytała Miriam miłym głosem. Pokiwałam głową zrezygnowana. Włosy, których na morko nie dałam rady ułożyć, zasłaniały mi widok. Może to i nawet lepiej. Może w ten sposób nie będą wiedzieli kiedy kłamię.
-Kim ty tak w ogóle jesteś? - spytał Oliver ze szczerą niewiedzą w głosie. Przez chwilę siedzieliśmy w ciszy. Przez moment patrzyłam na modela jak na wariata, a potem wybuchłam śmiechem. - Coś w tym zabawnego jest? - burknął nadymając policzki. Pokręciłam głową, uspokajając się powoli.
-Przepraszam, przepraszam, ale... - zachichotałam znów. - Nie jest to trochę dziwne, że nie wiesz kim jestem, a chcesz poznać moje życie? W dodatku chcesz mi pomóc! - wytarłam oczy, kiedy popłynęły z nich łzy rozbawienia.
-To nie jest dziwne. Nie ważne kim jesteś, Oli i tak zechce ci pomóc - powiedziała Miriam z ulgą, widząc, że się rozweseliłam.
-Poza tym Dominic cię zna, a nawet chce ci pomóc, więc chcę poznać osobę, dla której jest miłym gościem - uśmiechnął się Oliver. Zaraz zginie. Jeśli czegoś nie zrobię, model zginie w męczarniach. Dominic ruszył się gwałtownie, ale ja już byłam przy nim i złapałam jego pięść wymierzoną w Olivera.
-Zostaw go. Z martwego człowieka nie ma pożytku - warknęłam, patrząc na Dominica z góry. Rozluźnił mięśnie i opuścił pięść, po chwili zaciskając ją jeszcze mocniej.
-Oberwie ci się za tego "miłego gościa". Ja zawsze jestem miły - warknął do Olivera, a zaraz potem popatrzył na mnie wyczekująco. No tak. Musiałam odpowiedzieć na pytanie blondyna. Opadłam na fotel, kładąc się w poprzek niego.
-Kim jestem, co? - mruknęłam oglądając lizaka w świetle żarówki, by zaraz potem wsadzić go sobie do buzi. - Szkoda, że Simona tu nie ma... - szepnęłam, wyjmując lizaka z ust, tym samym powstrzymując pytanie Olivera. - Tak, znam go. Nie pytaj - zaśmiałam się gorzko.
-Nie przeciągaj. Gadaj wreszcie - powiedział Mat wyraźnie zniecierpliwiony.
-Dobra, ale potem powiesz mi co powiedziała ci ta dziewczyna na boisku - Mat przystał na mój warunek, więc odetchnęłam głęboko zanim zaczęłam mówić. - Jestem Daisy Rosy Andrews, lat 16, w gimnazjum byłam kimś innym, ale Rosy już nie istnieje, więc jestem Daisy - powiedziałam na jednym wdechu. Przejechałam wzrokiem po twarzach osób zgromadzonych. Dwójka przybrała pokerowe twarze, a dwójka była zaskoczona.
-Rosy? - szepnął Oliver z szeroko otwartymi oczami. Miriam siedziała jak sparaliżowana, nie mogąc nawet otworzyć ust. Zszokowało ją moje bezpośrednie potwierdzenie jej podejrzeń. Dominic wpatrywał się w swoje paznokcie z tak obojętną miną, że aż zachciało mi się śmiać. Był spokojny jak jeszcze nigdy.
-Rany, ludzie. O co chodzi z tą całą Rosy? - jęknął Mat zrezygnowany, opierając się plecami o oparcie kanapy. Dominic cisnął w niego pogardliwym wzrokiem.
-Przyjechał niedawno z Europy, nic nie wie, odpuść mu - wysepleniłam z lizakiem w ustach. Pogrzebałam w kieszeni dresów i wyjęłam stamtąd gumkę do włosów, którą związałam niesforne kłaki, które już zaczęły się przeistaczać w pseudo loczki. Nie mając już nic na twarzy (oprócz ryja), spojrzałam na dwójkę oszołomionych ludzi.
-Rosy może i nie była najlepszym kapitanem, ale nadrabiała to wysiłkiem, ciężką pracą i wolą walki - powiedział Dominic, a ja zaniemówiłam. Świat się kończy! Zagłada! Zaczęto robić mega szybkie pranie mózgu albo klonują ludzi! Najbardziej skryty i chamski człowiek jakiego znam, otwarcie mówi o mnie dobre rzeczy! Świętujmy! A tak serio to nie wiadomo, czy to nie jest podstęp. Ja mogę zaraz zginąć. Nigdy nie wiadomo co on knuje.
-Rosy była najbardziej spontaniczną i zaciętą osobą jaką w życiu widziałam - wytłumaczyła Miriam, która częściowo już otrząsnęła się z szoku. Oliver potrząsnął gwałtownie głową, zaprzeczając słowom dziewczyny.
-Dla mnie w pamięci utkwiła jako Taran. Agresywna, bezwzględna, impulsywna, chamska i tak skomplikowana, że kiedy próbowałem ją rozgryźć, to głowa mnie bolała - powiedział blondyn szybko, mierząc mnie wzrokiem jakby chciał ocenić czy pasuję mu do tego opisu.
-Nie dziwię się, skoro dla ciebie najprostsze zadania z matmy brzmią dla ciebie jak "pustynią szły dwa wielbłądy, jeden żółty, drugi czarny. Oba miały turbany i kapcie twojej babci. Ile stopni Celsjusza miał piasek?" - zaśmiałam się. Oliver spiekł buraka. - Spoko, rozumiem. Każdy jest dobry z czegoś innego. Ja nie trawię historii. czarna magia i inne sztuczki - zaśmiałam się szczerze, odpakowując kolejnego lizaka, tym razem o smaku truskawkowego jogurtu.
-Dobra. To teraz po kolei. Wspomniałaś, że byłaś pokłócona z przyjaciółką. O co poszło? - spytała Miriam. Westchnęłam ciężko. Kiedyś musiało to wyjść na wierzch.
-Pod koniec drugiej klasy, na mistrzostwach, byłam faulowana. Półfinały, wszystkim puszczały już nerwy, rozumiecie, nie? Faul był jedynym sposobem, żeby mnie zatrzymać. Przeciwne drużyny popychały mnie, szturchały przed meczem, ale ja nie widziałam w tym nic niebezpiecznego. W pierwszej kwarcie, dokładnie w połowie, dostałam piłkę. Musiałam iść sama do przodu, ale zepchnięto mnie do lewej linii bocznej. Cofnęłam się powoli, a potem szybko ruszyłam do przodu. Dziewczyna, którą kryłam... Co ja mówię. To był olbrzym. Co najmniej 185 cm i 5 kg nadwagi. No. I ona podstawiła mi nogę. Upadłam, żebrami uderzając o piłkę, a żeby było śmieszniej, olbrzymka upadła na mnie. Na początku nie mogłam złapać oddechu. Bardzo bolało, ale grałam dalej. Nikt nie zauważył specjalnie wystawionej nogi, sędzia i trenerzy myśleli, że to wypadek. - zrobiłam pauzę i przełknęłam nerwowo ślinę, przypominając sobie ten ból. - Faulowały mnie wiele razy. Wiele razy leżałam na ziemi. Doznałam kontuzji prawego barku, obu łokci i kolan, prawego kciuka i głowy.
-Ale co to ma wspólnego z kłótnią między tobą a Vivienne? - spytał Dominic, wstrząśnięty moim wyznaniem.
-A to, że Viv zabroniła mi grać w finale, który odbywał się tydzień po tym. I to właśnie przed tym finałem powiedziałam jej, że mi się znudziła - powiedziałam odpakowując kolejnego lizaka o smaku coli. - Zajęłyśmy drugie miejsce i przeszłyśmy do finału.
-Czemu zabroniła ci grać? - spytał Mat z poważnym wyrazem twarzy, nagle włączając się do rozmowy. On nie słuchał czy co? No cóż. Złożyłam 'przysięgę' odpowiadania na wszystkie pytania. Specjalnie dla czerwonowłosego chłopaka odtworzyłam wspomnienie z tamtego dnia. Jak kasetę wideo. Dzzzzt i znów przeniosłam się do swojego pokoju sprzed prawie roku.
-Nie możesz grać! - wrzasnęła Viv ignorując obecność mojego ojca, który znajdował się za ścianą. Leżałam w łóżku, a w pokoju było już trochę ciemno. Vivienne wpadła do mojego pokoju i zaczęła wypytywać o to jak się czuję. Wyszeptałam wtedy diagnozę lekarza, a ona zabroniła mi grać. To ojciec ją nasłał. Gdyby nie on, Viv nie dowiedziałaby się o kontuzjach do zakończenia mistrzostw. Tata wiedział, że zagram, nawet jeśli mi zabroni. Zauważyłam na obojczyku mojej przyjaciółki nowego siniaka wyzierającego spod jej czarnego swetra. Chwilę potem zasłoniła go ciemnymi blond włosami.
-Miałam mocno zbite żebro i wybity bark - powiedziałam rozgryzając lizaka. W pokoju wszystko zamarło. Nawet powietrze. Chwilę potem dostałam z liścia od Miriam. Bolało.
-Za co? - jęknęłam, rozcierając bolący policzek.
-Za to, że grałaś z tak poważnymi kontuzjami - powiedziała z wyrzutem.
-No. To nie było zbyt mądre - potwierdził Oliver, kręcąc głową.
-Wiem. Bolało jak cholera, ale i tak przegrałyśmy. Patrząc z perspektywy czasu, to moja gra nie miała sensu - wzruszyłam ramionami. Posiedzieliśmy chwilę w ciszy. Klasnęłam w dłonie, przypominając sobie obietnicę. Podniosłam się gwałtownie.
-Miałeś mi powiedzieć co Viv ci nagadała! - zawołałam wskazując na Mata. Podrapał się po karku, zagłębiając się w zakamarki swojej pamięci.
-Powiedziała, że nie jesteś tym, za kogo się podajesz, po czym stwierdziła, że słabo mi idą rzuty z daleka. Potem sobie poszła - wzruszył ramionami. Westchnęłam głęboko. - Ja myślałem, że ty mafiozo jakiś czy co, ale nie spodziewałem się, że po prostu grałaś w kosza - zaśmiał się, a razem z nim zaśmialiśmy się wszyscy.
-Ty to wiesz jak rozładować napięcie - wstałam i klepnęłam Mata w ramię. Uśmiechnęłam się do wszystkich. - Ja już będę szła. Mam dużo zadane, a dodatkowo dwa sprawdziany się szykują, więc bywajcie!
-Cześć! - zawołali chórem. Zamykając za sobą drzwi miałam banana na twarzy, ale po zniknięciu w swoim mieszkaniu uśmiech znikł, plecy zgarbiły się, sprężysty krok ustąpił miejsca szurającym po podłożu nogom, a z oczu zniknęła cała udawana radość i ciepło. Została tylko zimna obojętność, która wyzierała spod na wpół przymkniętych powiek.
Przebrałam się w purpurowe dżinsy, czarny T-shirt i skórzaną kurtkę ojca. Zawiązałam glany i poszłam do swojego pokoju po słuchawki. Shane znowu się na mnie wkurzy, że wlazłam do domu w butach, ale to nic. Po cichu wyszłam na klatkę schodową. Zza drzwi naprzeciwko dobiegały wesołe śmiechy, które utwierdzały mnie w przekonaniu, że wszyscy są w komplecie. Włączyłam muzykę wsadzając do uszu słuchawki, po czym puściłam się pędem po schodach. Wypadłam na podwórko o mało nie wybijając sobie zębów i pognałam dalej jakby biegł za mną koleś z maczetą. Zwolniłam dopiero, kiedy minęłam boisko i wpadłam między inne bloki. Dalej poszłam już wolnym, leniwym, ociągającym się krokiem.
Nie wiedziałam gdzie szłam, nie wiedziałam po co ani nawet ile minęło już czasu. Zbliżałam się powoli do obrzeży miasta. Związałam włosy, zdjęłam kurtkę i przewiązałam się nią w pasie. Podniosłam wzrok na bezchmurne już niebo i westchnęłam głęboko. Bolało mnie serce. Znałam to nieznośne uczucie samotności, smutku i bezsilności. Chciałam się rozpłakać, ale nie dałam rady. Nie umiem płakać, nawet kiedy jest mi smutno. Najczęściej poleci jedna, może dwie łzy, ale nic więcej.
Wspięłam się na najwyższą górkę, z której widać było panoramę miasta. Wyłączyłam muzykę, zawieszając słuchawki na karku, po czym odetchnęłam zimnym powietrzem. Nagle zawiał porywisty wiatr, łopocząc moją kurtką. Zamknęłam oczy i wsłuchałam się w odgłosy otoczenia. Nagle usłyszałam znajomy głos. Rozpoznałam go pomimo dużej odległości. Nie pomyliłabym go z żadnym innym głosem. On był jedyny.
-Simon - szepnęłam widząc chłopaka idącego u podnóża górki, na której stałam. Śmiał się. Coś ukłuło mnie w sercu. Jego ramię spoczywało na barkach blondynki z dużym biustem. Simon nachylił się i pocałował tą dziewczynę. W tym momencie nasze spojrzenia się spotkały. Szok, który wylewał się z jego szeroko otwartych oczu, uderzył we mnie jak fala na oceanie. Zacisnęłam pięści, patrząc na tą dwójkę z pokerową miną. Otrząsnęłam się z dziwnego odrętwienia, kiedy Simon odsunął się od blondyny. Podniosłam dłoń do góry witając go, a on kiwnął mi głową. Jego towarzyszka spojrzała w moją stronę i wykrzywiła się z odrazą. No tak. Dla takich dziuń ubranych w ciuszki odkrywające dupę i cycki, jestem tylko kolejnym robakiem niewartym nawet zadeptania.
Simon machnął ręką, zapraszając mnie do nich na dół. Potrząsnęłam głową bez cienia uśmiechu, nałożyłam słuchawki na uszy, włączyłam muzykę i zbiegłam po zboczu góry, mając Simona cały czas po prawej stronie. Nie zwolniłam ani kiedy wypadłam na chodnik, ani kiedy chłopak mnie zawołał. Muzyki nie słyszałam, ściszyłam ją prawie do zera, więc dotarł do mnie silny, donośny głos Simona, wołającego mnie. Wrzasnęłam przerażona, kiedy poczułam, że tracę równowagę. Przeklęte, krzywo ułożone płyty chodnikowe. Zaryłabym twarzą o beton, gdybym nie wyciągnęła przed siebie rąk. Moje ramiona przeszył prąd, podobny do tego jaki czuje się przy spotkaniu pierwszego stopnia łokcia z jakimś kantem. Wreszcie uderzyłam o ziemię. Przewróciłam się na plecy i usiadłam, ledwo dając sobie z tym radę. Spojrzałam na swoje rozorane dłonie. Na chodniku pojawiła się pierwsza kropla krwi. Zagryzłam wargę, żeby nie wywrzeszczeć sobie jeszcze większego pecha. Odwróciłam głowę w stronę, z której przybiegłam i przeklęłam siarczyście w myślach. Szybko nałożyłam na siebie kurtkę, żeby zakryć otarte łokcie. Wstałam, otrzepałam się z kurzu i odwróciłam się na pięcie, stając twarzą w twarz z Simonem.
-Nic ci nie jest? - spytał. Pokręciłam głową, chowając ręce do kieszeni. Tak ogólnie rzecz biorąc to z tej całej tajemnicy o mnie jako Rosy, chyba nic nie wyjdzie. Wiedziało o tym za dużo osób. Poza tym... Widziałam to w jego oczach. Simon już kojarzył fakty i powiązał je z moją osobą, z moją twarzą. - Ty... Ty naprawdę jesteś... - powiedział, ale przerwałam mu gestem ręki.
-Pogadamy jutro po szkole, jeśli przyjdziesz na trening - powiedziałam, stawiając mu warunek.
-Okej. Sprawdzisz osobiście czy się stawiłem? - spytał, a ja zaprzeczyłam.
-Nikki mi powie - odparłam obojętnie.
-Nie zgadzam się. Jeśli ja mam przyjść na trening, to ty też. Przyjdę jeśli ty też - powiedział stanowczo. Zgodziłam się na to, zaskoczona jego prośbą. Umówiliśmy się na dachu szkoły zaraz po treningu. Po ostatnich wypowiedzianych słowach, odwróciłam się i bez pożegnania poszłam w swoją stronę. Kiedy znikłam z pola widzenia Simona, zdjęłam kurtkę wzdychając głęboko. Znów zawiązałam okrycie wokół brzucha i pogłośniłam muzykę, która teraz dudniła mi w uszach. Spojrzałam w niebo, po czym skierowałam wzrok na wyświetlacz telefonu. Dokładnie o godzinie 17.59, wsiadając do autobusu mruknęłam swoje słynne słowa:
-No to witamy w dupie, Daisy, mały popieprzeńcu - i zaśmiałam się cicho. - Jutro będzie naprawdę zabawny dzień.
-Shane! - zawołałam od progu. Kobieta wypadła z kuchni upaćkana czekoladą i lukrem.
-Matko, co się stało? - spytała, wzdychając niespokojnie, kiedy opatrywała mi ręce. Spojrzałam na nią krytycznym wzrokiem.
-Robisz ciasto. Czekoladowe. Z lukrem. Tata wraca? - spytałam unikając odpowiedzi na pytanie kobiety. Shane pokiwała głową. Po przyklejeniu ostatniego plastra spojrzała na mnie wyczekująco. - Dziękuję za opatrzenie moich ran wojennych. Mogłabyś przynieść mi z kuchni tą dużą, białą solniczkę? - poprosiłam. Macocha spełniła moją prośbę. Podważyłam paznokciem ledwo widoczne wieczko i wyjęłam ze środka potrzebne pieniądze. Zamknęłam solniczkę i oddałam ją Shane. - Dzięki. Ja lecę do sklepu - powiedziałam wybiegając na schody. Od razu skierowałam swoje kroki ku sklepowi chemicznemu.
-Dzień dobry. Poproszę olejek rycynowy, szampon do włosów suchych i dekoloryzator - wymieniłam jak z kartki. Zaprzyjaźniona sprzedawczyni podała mi produkty, o które poprosiłam. Zapłaciłam za nie i z reklamówką dyndającą na przedramieniu, pognałam do domu. Mat trenował na boisku, ale przebiegłam obok tak szybko, że nawet nie zdążył mnie zawołać.
-Shane! Pomożesz mi?! - zawołałam od wejścia. Kobieta wychyliła się z salonu z herbatą w ręku. Poszłyśmy do łazienki. Usiadłam koło wanny i czekałam.
-Zadziwiająco miła jesteś dla mnie - powiedziała kobieta, podwijając rękawy.
-Bo wiem, że teraz nie chcesz mnie przywiązać do kaloryfera i ubrać w różowe ciuszki - burknęłam. Potem Shane pracowała w ciszy. Zamknęłam oczy. Fajnie tak siedzieć na tyłku i nic nie robić, a ktoś mizia po głowie. Polecam.
-Już. Skończone - powiedziała Shane po bliżej nieokreślonym czasie.Wstałam i przejrzałam się w lustrze. Włosy miałam już suche, więc musiałam przysnąć na co najmniej godzinę, co potwierdzały bolące od opierania się o wannę plecy. Mój naturalny kolor włosów jednak był tego warty. Parząc w lustro przypomniały mi się czasy gimnazjum i to co wtedy wyprawiałyśmy z Vivienne. Rozjaśniacze, szamponetki, tonery, bibuła, woda utleniona, a nawet kolorowe mazaki i tusze z żelopisów. To wszystko było kiedyś na naszych włosach. A teraz znów mam swój naturalny kolor. Brązowo-rude. Mocno brązowo-rude. Z przebłyskami czerwieni i blondu.
-Witaj z powrotem, Rose - wzdrygnęłam się na dźwięk swojego starego przezwiska, które padło z moich ust. Wyprostowałam się i patrząc pewnie w swoje odbicie w lustrze, otworzyłam usta. - Jestem Rose Andrews. A przynajmniej byłam. Od kilku lat jednak nazywam się Daisy. Zabawne. Zawsze mam na imię jak kwiatek - prychnęłam do lustra, kiedy Shane wyszła z łazienki. Koło pięciu lat temu nazywałam się Rose, ale to dlaczego teraz jest inaczej pozostaje na razie ścisłą tajemnicą.
***
mam nadzieję, że się podobało.
od taki rozdzialik napisany specjalnie na zakończenie roku szkolnego.
miłych wakacji ludzie.
i nie zamulać mi tutaj!
bawić się!
wakacje od tego są! xD
O koszykówce, problemach, miłości i o tym, jak ważne jest, żeby być sobą ;3
czwartek, 26 czerwca 2014
piątek, 13 czerwca 2014
Roz. 10
coś mi się serio wydaje, że nikt tu nie wchodzi.
ostatnie trzy rozdziały nie mają nawet 10 wejść.
***
-Daisy! Wstawaj! Idziemy do kościoła! - zawołał ojciec trzaskający drzwiami od łazienki. Zawarczałam niezadowolona i uniosłam się na rękach.
Moment.
Tata już jest? Jak to?
Wstałam i leniwym krokiem przeszłam przez pokój, otworzyłam drzwi i zrobiłam krok za próg. Poczułam nagłe, nieznośne pieczenie. Spojrzałam w dół. Zamiast kremowych kafelków, zobaczyłam krater wypełniony lawą. Stanęłam na jedynym normalnym skrawku podłogi i spojrzałam przed siebie. Tata i Shane zamiast głów mieli głazy z dziurami wypełnionymi płonącą lawą w miejscu oczu i ust. Stali na krótkich, grubych, kamiennych nogach podpierając się długimi, żelaznymi łapami.
-Daisy - wycharczała Shane metalicznym, skrzeczącym głosem. Zaczęłam krzyczeć. Wierzgałam nogami i biłam pięściami na oślep kogoś kto złapał mnie za ramiona.
-Daisy! - zawołała macocha tuląc mnie do siebie. Otworzyłam, do tej pory zaciśnięte, oczy i rozejrzałam się szybko po pomieszczeniu. Odetchnęłam z ulgą. Sen. To był tylko sen. Wtuliłam się w Shane, oddychając ciężko. Musiałam nieźle krzyczeć skoro jestem tak zdyszana.. Po kilku minutach odsunęłyśmy się od siebie.
-Aż tak źle? - spytałam, widząc wybałuszone oczy Shane, które zwróciła na moją twarz. Pokiwała głową z lekkim uśmiechem. Wstałam, umyłam się, ubrałam i zrobiłam kucyk z czarnego siana, nawet nie próbując go rozczesywać. Wychodząc z łazienki zobaczyłam, że macocha ubrana w odświętną niebieską sukienkę, układa włosy przed lustrem wiszącym w korytarzu. Nawiązałyśmy kontakt wzrokowy. - Idziemy? - jęknęłam, wiedząc że i tak odpowie twierdząco. Westchnęłam zrezygnowana i zmieniłam domowe ciuchy na purpurowe spodnie, czarną koszulkę, szarą bluzę i skórzaną kurtkę. Chwilę mocowałam się z glanami, po czym obie wyszłyśmy z mieszkania. Przez całą drogę Shane chciała mi coś powiedzieć, ale siłą się powstrzymywała.
-Muszą ci te spodnie zwisać z tyłka? - spytała w końcu. Zaśmiałam się kiwając głową. Po kilku następnych minutach dotarłyśmy do kościoła. Przed wejściem uprzedziłam Shane, że zostaję przy drzwiach, żeby sterczeć tam jak nienormalna. Kobieta odpowiedziała cichym chichotem i poszła na przód, zostawiając mnie samą. Już, już miałam dać stamtąd nogę, gdy przyuważyłam moją osiemdziesięcioletnią sąsiadkę przyglądającą mi się ciekawie. Zdusiłam w sobie ciche przekleństwo. Gdybym teraz zwiała, starucha naskarżyłaby ojcu, a ja pożegnałabym się na tydzień z wychodzeniem z domu. Grzecznie stanęłam na lewo od drzwi wejściowych splatając razem swoje dłonie i zwieszając luźno ramiona. Msza zaczęła się. Nie mając nic innego do roboty, przyglądałam się ludziom siedzącym w ławkach przede mną. Wbiłam wzrok w kark jakiegoś faceta wybranego na chybił trafił i wpatrywałam się w niego dobrych kilka minut.
-Chcesz go zabić czy jak? - usłyszałam szept obok ucha. Rozejrzałam się dyskretnie na boki. Stałam jako jedyna. O tej porze większość ławek była wolna, bo kto normalny chodzi na 8.00 do kościoła? Wszyscy ludzie, którzy jednak zdołali się tu przyczołgać, skumulowali się w pierwszych rzędach. Dzieliło nas prawie pół kościoła. Oceniłam sytuację. Mogłam spokojnie się obejrzeć, bez narażenia swojej wolności ze strony sąsiadki. Odwróciłam głowę nieznacznie i pierwsze co zauważyłam, to długie ręce schowane w rękawach szarej, obszernej bluzy. Potem ujrzałam szerokie barki, a na koniec rozbawioną twarz Simona. Powstrzymywał się od wybuchnięcia śmiechem, uparcie patrząc w stronę ołtarza. Spanikowałam lekko. Miałam związane włosy. Widać całą moją twarz. Może mnie rozpoznać. Cholera. Zadrżałam teatralnie i rozpuściłam włosy.
-Co jest? - usłyszałam kolejny szept.
-Zimno mi w kark - odparłam cicho i zdałam sobie sprawę, jak głupio to zabrzmiało. Zrobiłam krok w tył, zrównując się z Simonem. - A ty co taki religijny, zboczeńcu patrzący kelnerkom na cycki? - szepnęłam, dźgając chłopaka łokciem w bok.
-Rodzice - przewróciła teatralnie oczami. Prychnęłam rozbawiona. Spojrzałam ukradkiem na profil twarzy chłopaka. Kurde. TEN Simon, którego tak bardzo podziwiałam, stoi obok mnie. Gadam z nim, jak z kumplem mimo, że znamy się tak krótko. Nie mogąc przestać się szczerzyć, zwróciłam głowę z powrotem w stronę kapłana. Zamiast skupić się na tym co mówi kleryk, myślałam o wielu innych rzeczach. O koszykówce, o Vivenne, o wisiorku, o swoich włosach, o przeszłości... Jednak każda myśl sprowadzała się do jednej. Simon stojący obok. Zerknęłam na niego jeszcze raz. Wcześniej nie zauważyłam jak bardzo dorósł przez te osiem miesięcy, kiedy zniknęłam. Chciałabym zobaczyć go bez koszulki, w samych spodenkach od stroju. Chciałabym dotknąć jego mięśni. Chciałabym, żeby ze mną zagrał. Chciałabym, żeby mnie przytulił. Chciałabym, żeby zauważył, że jestem Rosy, której tak szuka. Chciałabym, żeby kochał mnie tak mocno, jak ja kocham jego.
Serce zabiło mi mocniej, kiedy przypomniałam sobie pierwszy wsad Simona. Byłam taka dumna, że widzę to jako pierwsza. Nie było na sali już nikogo. Siedziałam na ławce i czekałam na telefon od ojca, że już na mnie czeka. Nagle przez drzwi wbiegł Simon, kozłując piłką już od progu. Zanim się obejrzałam, już wisiał na koszu i cieszył się jak głupi. W tamtym czasie mogłam go oglądać tylko z trybun, a teraz stoi obok mnie jakby nigdy nic. Zaraz zemrę ze szczęścia.
-Mógłbym się spotkać z Rosy? - spytał nagle. Cały czar moich myśli, marzeń i wspomnień prysł w jednej chwili. Organista zaczął grać ostatnią pieść, podczas której wszyscy wyszli z ławek i skierowali się ku drzwiom.
-Stoję obok ciebie, baranie - warknęłam cicho, mocno akcentując 'r'.
- Co? - spytał trochę głośniej i nachylił się lekko chcąc usłyszeć coś przez muzykę i tupot nóg. Podniosłam głowę i z wymuszonym uśmiechem pokręciłam nią zdecydowanie. Wepchnęłam się między ludzi i wyszłam za drzwi, tym samym znikając chłopakowi z oczu. Poczekałam aż Shane wyszła z kościoła i razem ruszyłyśmy do domu, ona zadowolona, ja - dławiąc się łzami.
-Za pięć minut śniadanie - powiedziała Shane idąc do kuchni. Pokiwałam głową. Związałam włosy wątpliwej jakości gumką i uciekłam do pokoju. Odblokowałam telefon i drżącymi rękoma wybrałam numer Vivienne. Zasłoniłam okno i usiadłam na łóżku podkulając kolana pod brodę.
-Halo? - usłyszałam delikatny głos Viv. Wspomnienia przeleciały mi przez umysł, a oczy napełniły się łzami. Zaraz pewnie znowu usłyszę nieśmiertelne "czego chcesz, kochanie?" przesączone ironią i sarkazmem. - Jest tam kto? - spytała, kiedy nic nie mówiąc, zaczęłam bezgłośnie płakać. No tak. Zmieniłam numer.
- Dzień dobry - wyszeptałam przez łzy. - Przepraszam, że zajmuję czas, ale... Jest mi cholernie smutno i chciałam z kimś pogadać, a nie mam z kim - skłamałam drżącym głosem.
-A co się stało? - westchnęła. Usłyszałam ciężkie stąpanie po twardym podłożu, ale po chwili wszystko ucichło.
-Wszyscy naokoło są fałszywi. Mam już tego serdecznie dość. Chcę w końcu z kimś zagrać, ale nie mam z kim. Moja najlepsza przyjaciółka mnie nienawidzi, a chłopak, którego kocham, nawet nie wie kim jestem. - wzięłam głębszy wdech po wyrzuceniu z siebie wszystkiego. - Chciałabym być jak Rosy...
-Victoria, to ty? Jeśli tak, to odpuść. Nie bawią mnie twoje żarciki - warknęła niespodziewanie Viv. Wzdrygnęłam się. Więc ona nadal ma kłopoty?
-Nie jestem Victorią. Chciałam tylko z kimś pogadać, więc wybierałam przypadkowe numery i jesteś pierwszą osobą, do której się dodzwoniłam - pociągnęłam nosem.
-No dobra. Powiedzmy, że ci wierzę. Jak masz na imię? - spytała podejrzliwie. Przekopałam umysł w poszukiwaniu jakichś nazwisk.
-Ashley Brown - palnęłam wreszcie. Viv zaśmiała się.
-Muszę kończyć. Zapisz sobie ten numer. Oddzwonię później. Nazywam się Vivienne. Papa - powiedziała i rozłączyła się nagle.Z uśmiechem popatrzyłam na wyświetlacz. Zapomniałam już jak brzmi jej normalny głos, bez ironii czy sarkazmu. Odłożyłam telefon na bok i poklepałam się po policzkach. Koniec mazania się. Podeszłam do okna i odsłoniłam je, uśmiechając się szeroko. Spojrzałam na boisko. Mat rzucał do kosza stojąc do mnie tyłem. Rozejrzałam się po podwórku, a moje serce zabiło o wiele za szybko. Moje dłonie ześliznęły się z trzymanych przed chwilą zasłon. Zobaczyłam dziewczynę stojącą kilka metrów za ogrodzeniem boiska. Słyszałam w uszach tylko dudnienie własnego serca. Patrzyłam zdrętwiała na dziewczynę o długich, białych włosach, w czarnym swetrze, czarnych legginsach i krótkich glanach. Kiedy odrzuciła do tyłu grzywkę, wypatrzyłam u niej dwa małe kolczyki w dolnej wardze. dziewczyna ruszyła ku niespodziewającemu się niczego Matthiasowi. Zaczepiła go ot tak, jakby znała go od zawsze. Nie słyszałam o czym rozmawiali, ale widziałam, że nie jest zbyt dobrze. Bezmyślnie wybiegłam z pokoju, krzycząc do Shane, że zaraz wrócę. Włożyłam na nogi pierwsze lepsze adidasy i wybiegłam z domu. Pędziłam o mało nie wybijając sobie zębów na schodach.
ostatnie trzy rozdziały nie mają nawet 10 wejść.
***
-Daisy! Wstawaj! Idziemy do kościoła! - zawołał ojciec trzaskający drzwiami od łazienki. Zawarczałam niezadowolona i uniosłam się na rękach.
Moment.
Tata już jest? Jak to?
Wstałam i leniwym krokiem przeszłam przez pokój, otworzyłam drzwi i zrobiłam krok za próg. Poczułam nagłe, nieznośne pieczenie. Spojrzałam w dół. Zamiast kremowych kafelków, zobaczyłam krater wypełniony lawą. Stanęłam na jedynym normalnym skrawku podłogi i spojrzałam przed siebie. Tata i Shane zamiast głów mieli głazy z dziurami wypełnionymi płonącą lawą w miejscu oczu i ust. Stali na krótkich, grubych, kamiennych nogach podpierając się długimi, żelaznymi łapami.
-Daisy - wycharczała Shane metalicznym, skrzeczącym głosem. Zaczęłam krzyczeć. Wierzgałam nogami i biłam pięściami na oślep kogoś kto złapał mnie za ramiona.
-Daisy! - zawołała macocha tuląc mnie do siebie. Otworzyłam, do tej pory zaciśnięte, oczy i rozejrzałam się szybko po pomieszczeniu. Odetchnęłam z ulgą. Sen. To był tylko sen. Wtuliłam się w Shane, oddychając ciężko. Musiałam nieźle krzyczeć skoro jestem tak zdyszana.. Po kilku minutach odsunęłyśmy się od siebie.
-Aż tak źle? - spytałam, widząc wybałuszone oczy Shane, które zwróciła na moją twarz. Pokiwała głową z lekkim uśmiechem. Wstałam, umyłam się, ubrałam i zrobiłam kucyk z czarnego siana, nawet nie próbując go rozczesywać. Wychodząc z łazienki zobaczyłam, że macocha ubrana w odświętną niebieską sukienkę, układa włosy przed lustrem wiszącym w korytarzu. Nawiązałyśmy kontakt wzrokowy. - Idziemy? - jęknęłam, wiedząc że i tak odpowie twierdząco. Westchnęłam zrezygnowana i zmieniłam domowe ciuchy na purpurowe spodnie, czarną koszulkę, szarą bluzę i skórzaną kurtkę. Chwilę mocowałam się z glanami, po czym obie wyszłyśmy z mieszkania. Przez całą drogę Shane chciała mi coś powiedzieć, ale siłą się powstrzymywała.
-Muszą ci te spodnie zwisać z tyłka? - spytała w końcu. Zaśmiałam się kiwając głową. Po kilku następnych minutach dotarłyśmy do kościoła. Przed wejściem uprzedziłam Shane, że zostaję przy drzwiach, żeby sterczeć tam jak nienormalna. Kobieta odpowiedziała cichym chichotem i poszła na przód, zostawiając mnie samą. Już, już miałam dać stamtąd nogę, gdy przyuważyłam moją osiemdziesięcioletnią sąsiadkę przyglądającą mi się ciekawie. Zdusiłam w sobie ciche przekleństwo. Gdybym teraz zwiała, starucha naskarżyłaby ojcu, a ja pożegnałabym się na tydzień z wychodzeniem z domu. Grzecznie stanęłam na lewo od drzwi wejściowych splatając razem swoje dłonie i zwieszając luźno ramiona. Msza zaczęła się. Nie mając nic innego do roboty, przyglądałam się ludziom siedzącym w ławkach przede mną. Wbiłam wzrok w kark jakiegoś faceta wybranego na chybił trafił i wpatrywałam się w niego dobrych kilka minut.
-Chcesz go zabić czy jak? - usłyszałam szept obok ucha. Rozejrzałam się dyskretnie na boki. Stałam jako jedyna. O tej porze większość ławek była wolna, bo kto normalny chodzi na 8.00 do kościoła? Wszyscy ludzie, którzy jednak zdołali się tu przyczołgać, skumulowali się w pierwszych rzędach. Dzieliło nas prawie pół kościoła. Oceniłam sytuację. Mogłam spokojnie się obejrzeć, bez narażenia swojej wolności ze strony sąsiadki. Odwróciłam głowę nieznacznie i pierwsze co zauważyłam, to długie ręce schowane w rękawach szarej, obszernej bluzy. Potem ujrzałam szerokie barki, a na koniec rozbawioną twarz Simona. Powstrzymywał się od wybuchnięcia śmiechem, uparcie patrząc w stronę ołtarza. Spanikowałam lekko. Miałam związane włosy. Widać całą moją twarz. Może mnie rozpoznać. Cholera. Zadrżałam teatralnie i rozpuściłam włosy.
-Co jest? - usłyszałam kolejny szept.
-Zimno mi w kark - odparłam cicho i zdałam sobie sprawę, jak głupio to zabrzmiało. Zrobiłam krok w tył, zrównując się z Simonem. - A ty co taki religijny, zboczeńcu patrzący kelnerkom na cycki? - szepnęłam, dźgając chłopaka łokciem w bok.
-Rodzice - przewróciła teatralnie oczami. Prychnęłam rozbawiona. Spojrzałam ukradkiem na profil twarzy chłopaka. Kurde. TEN Simon, którego tak bardzo podziwiałam, stoi obok mnie. Gadam z nim, jak z kumplem mimo, że znamy się tak krótko. Nie mogąc przestać się szczerzyć, zwróciłam głowę z powrotem w stronę kapłana. Zamiast skupić się na tym co mówi kleryk, myślałam o wielu innych rzeczach. O koszykówce, o Vivenne, o wisiorku, o swoich włosach, o przeszłości... Jednak każda myśl sprowadzała się do jednej. Simon stojący obok. Zerknęłam na niego jeszcze raz. Wcześniej nie zauważyłam jak bardzo dorósł przez te osiem miesięcy, kiedy zniknęłam. Chciałabym zobaczyć go bez koszulki, w samych spodenkach od stroju. Chciałabym dotknąć jego mięśni. Chciałabym, żeby ze mną zagrał. Chciałabym, żeby mnie przytulił. Chciałabym, żeby zauważył, że jestem Rosy, której tak szuka. Chciałabym, żeby kochał mnie tak mocno, jak ja kocham jego.
Serce zabiło mi mocniej, kiedy przypomniałam sobie pierwszy wsad Simona. Byłam taka dumna, że widzę to jako pierwsza. Nie było na sali już nikogo. Siedziałam na ławce i czekałam na telefon od ojca, że już na mnie czeka. Nagle przez drzwi wbiegł Simon, kozłując piłką już od progu. Zanim się obejrzałam, już wisiał na koszu i cieszył się jak głupi. W tamtym czasie mogłam go oglądać tylko z trybun, a teraz stoi obok mnie jakby nigdy nic. Zaraz zemrę ze szczęścia.
-Mógłbym się spotkać z Rosy? - spytał nagle. Cały czar moich myśli, marzeń i wspomnień prysł w jednej chwili. Organista zaczął grać ostatnią pieść, podczas której wszyscy wyszli z ławek i skierowali się ku drzwiom.
-Stoję obok ciebie, baranie - warknęłam cicho, mocno akcentując 'r'.
- Co? - spytał trochę głośniej i nachylił się lekko chcąc usłyszeć coś przez muzykę i tupot nóg. Podniosłam głowę i z wymuszonym uśmiechem pokręciłam nią zdecydowanie. Wepchnęłam się między ludzi i wyszłam za drzwi, tym samym znikając chłopakowi z oczu. Poczekałam aż Shane wyszła z kościoła i razem ruszyłyśmy do domu, ona zadowolona, ja - dławiąc się łzami.
-Za pięć minut śniadanie - powiedziała Shane idąc do kuchni. Pokiwałam głową. Związałam włosy wątpliwej jakości gumką i uciekłam do pokoju. Odblokowałam telefon i drżącymi rękoma wybrałam numer Vivienne. Zasłoniłam okno i usiadłam na łóżku podkulając kolana pod brodę.
-Halo? - usłyszałam delikatny głos Viv. Wspomnienia przeleciały mi przez umysł, a oczy napełniły się łzami. Zaraz pewnie znowu usłyszę nieśmiertelne "czego chcesz, kochanie?" przesączone ironią i sarkazmem. - Jest tam kto? - spytała, kiedy nic nie mówiąc, zaczęłam bezgłośnie płakać. No tak. Zmieniłam numer.
- Dzień dobry - wyszeptałam przez łzy. - Przepraszam, że zajmuję czas, ale... Jest mi cholernie smutno i chciałam z kimś pogadać, a nie mam z kim - skłamałam drżącym głosem.
-A co się stało? - westchnęła. Usłyszałam ciężkie stąpanie po twardym podłożu, ale po chwili wszystko ucichło.
-Wszyscy naokoło są fałszywi. Mam już tego serdecznie dość. Chcę w końcu z kimś zagrać, ale nie mam z kim. Moja najlepsza przyjaciółka mnie nienawidzi, a chłopak, którego kocham, nawet nie wie kim jestem. - wzięłam głębszy wdech po wyrzuceniu z siebie wszystkiego. - Chciałabym być jak Rosy...
-Victoria, to ty? Jeśli tak, to odpuść. Nie bawią mnie twoje żarciki - warknęła niespodziewanie Viv. Wzdrygnęłam się. Więc ona nadal ma kłopoty?
-Nie jestem Victorią. Chciałam tylko z kimś pogadać, więc wybierałam przypadkowe numery i jesteś pierwszą osobą, do której się dodzwoniłam - pociągnęłam nosem.
-No dobra. Powiedzmy, że ci wierzę. Jak masz na imię? - spytała podejrzliwie. Przekopałam umysł w poszukiwaniu jakichś nazwisk.
-Ashley Brown - palnęłam wreszcie. Viv zaśmiała się.
-Muszę kończyć. Zapisz sobie ten numer. Oddzwonię później. Nazywam się Vivienne. Papa - powiedziała i rozłączyła się nagle.Z uśmiechem popatrzyłam na wyświetlacz. Zapomniałam już jak brzmi jej normalny głos, bez ironii czy sarkazmu. Odłożyłam telefon na bok i poklepałam się po policzkach. Koniec mazania się. Podeszłam do okna i odsłoniłam je, uśmiechając się szeroko. Spojrzałam na boisko. Mat rzucał do kosza stojąc do mnie tyłem. Rozejrzałam się po podwórku, a moje serce zabiło o wiele za szybko. Moje dłonie ześliznęły się z trzymanych przed chwilą zasłon. Zobaczyłam dziewczynę stojącą kilka metrów za ogrodzeniem boiska. Słyszałam w uszach tylko dudnienie własnego serca. Patrzyłam zdrętwiała na dziewczynę o długich, białych włosach, w czarnym swetrze, czarnych legginsach i krótkich glanach. Kiedy odrzuciła do tyłu grzywkę, wypatrzyłam u niej dwa małe kolczyki w dolnej wardze. dziewczyna ruszyła ku niespodziewającemu się niczego Matthiasowi. Zaczepiła go ot tak, jakby znała go od zawsze. Nie słyszałam o czym rozmawiali, ale widziałam, że nie jest zbyt dobrze. Bezmyślnie wybiegłam z pokoju, krzycząc do Shane, że zaraz wrócę. Włożyłam na nogi pierwsze lepsze adidasy i wybiegłam z domu. Pędziłam o mało nie wybijając sobie zębów na schodach.
Szybko.
Szybko.
Szybko.
Wypadłam na podwórko i pobiegłam na boisko. Białowłosa dziewczyna właśnie odchodziła w stronę, z której przyszła. Otworzyłam usta gotowa ją zawołać, ale wtedy stanęłam jak wryta, nie mogąc wydobyć z siebie głosu. Nie miałam prawa jej wołać. Nie po tym co wtedy powiedziałam...
Stałam i patrzyłam bezradnie jak dziewczyna odchodzi. jeszcze mogłam ją zawołać. Jeszcze miałam szansę.. Której nie wykorzystam. Zamknęłam usta, zaciskając mocno szczęki. Próbowałam opanować wyraz rozpaczy malujący się na mojej twarzy, ale nie dałam rady. Byłam przerażona. Mogłam coś zrobić, ale nie zrobiłam.
-Daisy! - zawołał Mat.
NIE!
Cofnęłam się kilka kroków. Viv stanęła jak słup i odwróciła głowę. W tym momencie gumka trzymająca moje włosy rozerwała się. Czarne siano opadło na moje ramiona i rozsypało się po moich plecach. Próbowałam wyczytać coś ze spojrzenia Viv. Mat taktownie nie wtrącał się, nie spuszczając z nas oczu.
Otworzyłam usta.
I je zamknęłam.
I to był błąd.
Vivienne zacisnęła wargi w cienką linię i cisnęła w moją stronę spojrzenie przesycone wściekłością. Wstrząsnęło mną to jak prąd. Znów zaczęłam płakać. I znów bezgłośnie, zaciskając pięści i zęby. Spuściłam wzrok i podniosłam dłoń. Wyciągnęłam swój wisiorek spod koszulki. Wisiorek - czarna połowa yin yanga z białą kropką. Złapałam do i zacisnęłam w pięści tak, by Viv to zauważyła.
-Przepraszam - wyszeptałam podnosząc głowę. W oczach Vivienne był teraz tylko smutek. Odwróciła się przodem do mnie i wyciągnęła spod swetra białą połówkę yin yanga. Zacisnęła na niej pięść i niespodziewanie szarpnęła za łańcuszek. Uśmiechnęła się ironicznie i upuściła wisiorek pod swoje stopy.
-Tak jak ty zdeptałaś naszą przyjaźń, szmato - syknęła rozcierając metal między glanem a chodnikiem. Z mojego gardła wyrwał się cichy szloch. Na ten dźwięk Viv otworzyła szerzej oczy, w których pojawiło się zdziwienie i odrobina szczęścia, jednak zaraz potem znów zagościła w nich zimna obojętność. Dziewczyna odwróciła się na pięcie i poszła żwawym krokiem w stronę, z której przyszła. Osunęłam się na ziemię, chlipiąc cicho. Matthias podniósł wisiorek leżący na chodniku i podszedł do mnie.
-Chodź. Usiądziemy na boisku, bo tu ktoś cię może rozdeptać - powiedział podnosząc mnie za ramię. Pozwoliłam mu przeprowadzić się przez bramkę i usadzić na ziemi, zaraz obok siebie. - O co chodziło? - spytał po kilku sekundach ciszy.
-To moja była przyjaciółka - wycharczałam przez zaciśnięte gardło. - Grałyśmy kiedyś w jednej drużynie, ale to było w podstawówce. Potem poszłyśmy do innych gimnazjów, jednak kontakt nam się nie urwał. Wręcz przeciwnie. Było pięknie. Przyjaciółki na zawsze i te sprawy. Wtedy, w gimnazjum, stworzyłam dość silną drużynę i wspinałam się na szczyt. Doszły mnie słuchy, że Vivienne jest prześladowana za to, że się ze mną przyjaźni. Na finały przyszła mi kibicować. Jak za każdym razem, czekała na mnie pod szatnią. Udałam zdziwioną i powiedziałam, że nie chcę jej więcej widzieć. Powiedziałam, że mi się znudziła. To było trudne. Wiedziałam, że będzie, ale musiałam to zrobić. Już wtedy byłyśmy pokłócone, ale i tak zrywanie przyjaźni nie jest łatwe - w tym momencie poczułam na nosie pierwszą kroplę. Spojrzałam w niebo, które przykrywały ciężkie, szare chmury. Zaczął padać deszcz. - Dwa lub trzy dni przed ostatecznymi rozgrywkami zostałam zgwałcona przez swojego trenera. Trzy miesiące przez finałami zmarła mi mama.. - westchnęłam ciężko.
-Kumulacja nieszczęść, co? - mruknął ktoś za moimi plecami. Odwróciłam się gwałtownie. Wiatr zwiał z mojej twarz resztkę włosów i odsłonił mi widok na trójkę ludzi. Deszcz rozpadał się na dobre.
-Dlatego przegrałyście? - spytał Oliver z szeroko otwartymi oczami. Pokiwałam głową. Włosy kleiły mi się do mokrych pleców.
-Odkąd wy tu...? - szepnęłam wstając. Nagle zachwiałam się niebezpiecznie. Oli podtrzymał mnie, ale po chwili pałeczkę przejął Mat.
-Odkąd powiedziałaś o prześladowaniu Vivienne - powiedział Dominic bezbarwnym głosem. Był zły. Widziałam to. Poznałam. Po oczach.
-To musiało być straszne - szepnęła Miriam, a po jej policzkach ściekły łzy mieszając się z deszczem. Podbiegła i przytuliła mnie z rozbiegu łkając w moją i tak już przemoczoną koszulkę. Musiałam zrobić krok w tył, żeby nie upaść. Zapanował grobowy nastrój przerywany szlochem Miriam tłumionym przez moje ciało. Deszcz padał i padał na moją twarz imitując łzy, które nie chciały płynąć. Jak na złość nie dałam rady teraz płakać.
Zaczęłam się opętańczo śmiać. Miriam puściła mnie przestraszona. Trzęsłam się ze śmiechu jak opętana. Wszyscy patrzyli na mnie współczująco.
-To moja była przyjaciółka - wycharczałam przez zaciśnięte gardło. - Grałyśmy kiedyś w jednej drużynie, ale to było w podstawówce. Potem poszłyśmy do innych gimnazjów, jednak kontakt nam się nie urwał. Wręcz przeciwnie. Było pięknie. Przyjaciółki na zawsze i te sprawy. Wtedy, w gimnazjum, stworzyłam dość silną drużynę i wspinałam się na szczyt. Doszły mnie słuchy, że Vivienne jest prześladowana za to, że się ze mną przyjaźni. Na finały przyszła mi kibicować. Jak za każdym razem, czekała na mnie pod szatnią. Udałam zdziwioną i powiedziałam, że nie chcę jej więcej widzieć. Powiedziałam, że mi się znudziła. To było trudne. Wiedziałam, że będzie, ale musiałam to zrobić. Już wtedy byłyśmy pokłócone, ale i tak zrywanie przyjaźni nie jest łatwe - w tym momencie poczułam na nosie pierwszą kroplę. Spojrzałam w niebo, które przykrywały ciężkie, szare chmury. Zaczął padać deszcz. - Dwa lub trzy dni przed ostatecznymi rozgrywkami zostałam zgwałcona przez swojego trenera. Trzy miesiące przez finałami zmarła mi mama.. - westchnęłam ciężko.
-Kumulacja nieszczęść, co? - mruknął ktoś za moimi plecami. Odwróciłam się gwałtownie. Wiatr zwiał z mojej twarz resztkę włosów i odsłonił mi widok na trójkę ludzi. Deszcz rozpadał się na dobre.
-Dlatego przegrałyście? - spytał Oliver z szeroko otwartymi oczami. Pokiwałam głową. Włosy kleiły mi się do mokrych pleców.
-Odkąd wy tu...? - szepnęłam wstając. Nagle zachwiałam się niebezpiecznie. Oli podtrzymał mnie, ale po chwili pałeczkę przejął Mat.
-Odkąd powiedziałaś o prześladowaniu Vivienne - powiedział Dominic bezbarwnym głosem. Był zły. Widziałam to. Poznałam. Po oczach.
-To musiało być straszne - szepnęła Miriam, a po jej policzkach ściekły łzy mieszając się z deszczem. Podbiegła i przytuliła mnie z rozbiegu łkając w moją i tak już przemoczoną koszulkę. Musiałam zrobić krok w tył, żeby nie upaść. Zapanował grobowy nastrój przerywany szlochem Miriam tłumionym przez moje ciało. Deszcz padał i padał na moją twarz imitując łzy, które nie chciały płynąć. Jak na złość nie dałam rady teraz płakać.
Zaczęłam się opętańczo śmiać. Miriam puściła mnie przestraszona. Trzęsłam się ze śmiechu jak opętana. Wszyscy patrzyli na mnie współczująco.
NIE CHCĘ TEGO, DO CHOLERY JASNEJ!
NIE WSPÓŁCZUJCIE MI!
Roześmiałam się jeszcze głośniej. Dominic podszedł ostrożnie i odsunął ode mnie Miriam. Skierował ją do chłopaków, by potem odwrócić się w moją stronę i podejść do mnie żwawym krokiem. Jego dłoń znalazła się zbyt blisko mojej twarzy. Złapałam jego nadgarstek, poważniejąc nagle.
-To nic nie da. Jestem sobą. Nie oszalałam. Po prostu mi siebie żal - powiedziałam uśmiechając się szeroko. Puściłam rękę Dominica, który i tak spoliczkował mnie drugą dłonią. Policzek piekł mnie żywym ogniem, więc spodziewałam się, że został ślad. Może mało humanitarne, ale jak pomocne. Dziwny humor mnie opuścił i została tylko ciemna, zimna pustka.
-Chodźcie do mojego mieszkania, bo się poprzeziębiacie. Dam wam suche ciuchy - powiedział Mat i poprowadził do siebie coś na wzór konwoju pogrzebowego.
***
lolz skończyłam.
a mi smutno, bo nikt tego nie czyta : )
dobranoc i miłego życia ♥
poniedziałek, 9 czerwca 2014
Roz. 9
*
Dedykacja dla Roseczka,
najmilszej dziewczyny z Aska,
z którą miałam styczność. ♥
*
to czas na rozdział 9.jaki kompleks ma Dominic?
z czym przyszedł do Daisy?
i co ona powie na jego podejrzenia?
***
-Widzę, że mnie nie pamiętasz. Byłaś bardziej zajęta Simonem, co? - zadrwił Dominic, schodząc ze schodów i podchodząc do mnie. Prychnęłam rozbawiona. Chłopak naprawdę miał wzrost Nikki i sięgał mi ledwo do ust, ale był zbyt zajęty lustrowaniem mojej twarzy, żeby to zauważyć. Chyba, że... Może on wcale nie chciał tego widzieć? Może tylko udawał, że go to nie obchodzi. Może to jest jego słaby punkt!
-Nie rób tego - szepnął Andy, kiedy otwierałam usta. Łypnęłam na niego wrogo po raz kolejny, nadymając policzki. Co on, kuźwa? Jasnowidz? Mimo, że nie chciałam, posłuchałam go i nawet nie wspomniałam o wzroście małego.
-Zaprosisz nas do środka? - spytał Dominic, stojąc metr ode mnie z założonymi ramionami. W sekundę przez mój umysł przeleciało setki wymówek.
Muszę się pouczyć.
Miałam zrobić obiad.
Siostra jest chora.
Mam nieposprzątany dom.
Moja mama nie lubi, kiedy sprowadzam do domu chłopaków.
Nie znam cię. Wynocha.
Mam uczulenie na nieznajomych, wybacz.
Mimo tak wielu wymówek, nie potrafiłam wybrać tej jednej, która zniechęciłaby Dominica do odwiedzenia mojego mieszkanie.
-Sorki, ale zadźgałam wczoraj listonosza. W całym mieszkaniu wali trupem. Wybacz - powiedziałam tylko. Wyobraziłam sobie Dominica w stroju listonosza leżącego w kałuży własnej krwi u mnie w salonie. To jest to. Mogłoby tak być.
-Ok. Mi to nie przeszkadza - wzruszył ramionami. Uderzyłam otwartą dłonią w czoło. Przegrałam. Przegrałam drugą rundę. Zapomniałam, że jego nie odpychają takie rzeczy. Westchnęłam zrezygnowana i wlazłam znów po schodach na górę. Obejrzałam się i skinęłam porozumiewawczo do chłopaków, którzy podążyli za mną. Otworzyłam drzwi, a od progu powitał mnie słodki aromat cukierni. Cholera. Tylko tego brakowało.
-Cześć, Shane! - zawołałam zdejmując szybko buty. - Przyprowadziłam kolegów!
-Cześć, Daisy - odpowiedziała z kuchni. Nie wybiegła z niej radośnie, nie zaczęła pytać czy podać ciasto, więc zrozumiałam, że znów siedzi nad jakimś przepisem. Poprowadziłam Dominica i Andy'ego do salonu.
-Herbaty? - spytałam kiedy usiedli na sofie. Wyglądało to na co najmniej zabawnie. Ponad dwumetrowy koleś, który mógłby jedną ręką złapać mnie za głowę i praktycznie ją zmiażdżyć, siedzi sobie spokojnie obok metra sześćdziesiąt czystego zła. Żyć, nie umierać, tylko tańczyć i przeklinać swoje szczęście.
-Ja nie, dziękuję - odparł Dominic, siedząc prosty jak struna. Francja elegancja i puszek okruszek normalnie. A gdzie się podziało to płynne zło?
-Hej, hej... Daiś, masz coś słodkiego? - spytał Andy zamulonym głosem naćpanego żula. Zaśmiałam się ze szczerości chłopaka i po chwili wróciłam z naręczem ciastek, chrupek i cukierków, które Shane przyniosła z pracy jako przeprosiny za swoje słowa dotyczące mojego ubioru. Oczywiście to co przytargałam do salonu, to tylko jedna czwarta wszystkiego co chowałam w łóżku - moim tajnym schowku. Andy, rozradowany, zabrał się za jedzenie, a ja wyszłam zrobić sobie herbatę. Gorzka, to gorzka, ale zielonej herbaty nic mi nie zastąpi.
-O czym chcesz pogadać? - spytałam, siadając w poprzek fotela, z ciepłym kubkiem w dłoniach.
-Kojarzysz Simona? Kojarzysz. Wiem to. Jestem Dominic. Byłem w tej samej drużynie co on - powiedział mały psychopata.
-Miło mi - kiwnęłam głową, upijając łyk ciepłego napoju. Dominic dał kuksańca Andy'emu w żebra na znak, by ten też się przedstawił. - Jego już znam - pospieszyłam z wyjaśnieniami. - Siostrzeniec policjanta. Tak w ogóle to ci wtedy pomagałam. Czemu nie odmachałeś? - spytałam burmusząc się momentalnie. Andy oblizał palce po zjedzeniu całej garści chipsów.
-Nie miałem jak. Dzwoniłem do swoich kolegów, żeby dać nauczkę niegrzecznemu panu, który skrzywdził Daisy - powiedział z lekkim uśmiechem zadowolenia.
-Moment. Czyli to przez ciebie ten gnój nie może teraz chodzić?! zawołałam zrywając się z fotela. Andy drgnął przestraszony i pokiwał głową. - Bosko! - zawołałam wyrzucając ramiona do góry i padając na fotel. Spojrzałam na zdziwionego chłopaka. - Dzięki. Uratowałeś mnie w pewnym sensie - powiedziałam uśmiechając się błogo. Paczka chrupek wypadła mu z rąk, a jej zawartość rozsypała się na podłodze.
-Przepraszam - powiedział Andy przykucając szybko i dokładnie zbierając każdy okruch, który wypadł z foliowej torebki. Podniosłam się poszłam po odkurzacz. Gdzie jak gdzie, ale w salonie musi być czysto, bo jeśli nie, to Sodoma i Gomora - tata wkurzony nie daje pieniążków na kebaby. Odkurzyłam miejsce przed kanapą, a maszynę zostawiłam w korytarzu.
-Miłe masz mieszkanko - stwierdził Dominic. Pieprzona mała gnida. po cholerę żeś tu przylazł? Po to, żeby zobaczyć jak mieszkam? No chyba nie.
-Dzięki - mruknęłam rozkładając się na fotelu. Andy zasłonił większą część twarzy włosami i znów skupił się na jedzeniu. Tym razem zajął się ciastkami.
- Tak się zastanawiam... - westchnął Dominic, pocierając dłonią brodę. Spięłam się, zaciskając dłonie na kubku. Oho. Zaraz zacznie się prawdziwa rozmowa. - Gdzie kupiliście te zasłony? - albo i nie. Siłą powstrzymałam się od ciężkiego wrzasku i rzutu kubkiem na odległość.
-Bez owijania w bawełnę, Dominic. Czego żeś tu przylazł? - spytałam, spuszczając nogi na podłogę i opierając łokcie o kolana. Kurdę. Przed tym nie zdołałam się powstrzymać. Zginę marnie. Wbiłam wzrok w ścianę przed sobą i czekałam na psychiczny ból spowodowanym zimnym, praktycznie stalowym spojrzeniem. W końcu odważyłam się zerknąć w stronę sofy.
Koniec świata i klękajcie narody! Dominic się uśmiechał! Szczerze! Bez cienia sadyzmu! Czy nawet podejrzanych drgań powiek!
- Wkurzasz mnie - powiedział nie przestając się uśmiechać. Mój tryumf legł w gruzach i poleciał zakopać się 100 metrów za domem i 2 pod ziemią.
-Mogę wiedzieć czemu? - spytałam. Odstawiłam kubek na stół i zmierzyłam Dominica wzrokiem. Wyglądał na szczęśliwego, a z oczu nie ciskał błyskawicami, więc o co chodzi?
-Nie wiem, kiedy kłamiesz, a kiedy mówisz prawdę. Nie wiem kiedy czujesz jakie emocje. Nie wiem czy się boisz, czy nie - powiedział spokojnie, miło, łagodnie. Mimo to i tak się wzdrygnęłam.
-Ok. Kontynuuj. Czemu przyszedłeś? - spytałam z ledwością kryjąc swój strach.
-Chciałem cię poznać osobiście, Rosy. Słyszałem o tobie jako o niezwykłym zawodniku, który zniknął zaraz po zawaleniu zawodów - uśmiech znikł. Aha. Więc po to przytargał tu swoją małą i nie miałam wątpliwości, że kościstą dupę? Chce pogadać o tym, czemu zniknęłam? - Nie, nie potrzebuję informacji. O całym zdarzeniu z twoim trenerem wiem od Andy'ego, Nicole i Miriam. Jestem tu, bo chciałem cię poznać.
...
Co.
Dominic, co.
Dominic, przestań.
Zaczynam się naprawdę bać.
-No, no. Słyszeć ciebie mówiącego takie rzeczy? A co ja? Bóg jakiś, że taki miły jesteś? - zaśmiałam się, ale nie zdołałam zamaskować lekkiego drżenia w głosie. Limit. To mój limit udawania przed Dominikiem. - Kłamałam. Wiem dokładnie kim jesteś. Wiem o was dużo więcej niż się spodziewacie - mruknęłam ledwo słyszalnie. A to pech. Tak dobrze szło mi udawanie normalnej.
-Nie wierzę ci - powiedział śmiało Dominic. Spuściłam głowę i uśmiechnęłam się lekko. - Możesz polemizować. Nie mam pewności czy mówisz prawdę, więc...
-Oczy - przerwałam mu. Spojrzał na mnie nagle.
-Co? - spytał zdziwiony.
-Oczy. Kiedy coś ukrywasz, drgają ci lekko powieki. Kiedy jesteś szczęśliwy, nie okazujesz tego, ale z oczu wylatują ci kwiatki. Kiedy jesteś zaniepokojony lub smutny, ukrywasz to pod złością. W twoim wypadku oczy to lustro twojej duszy - powiedziałam. Podniosłam głowę, ozdabiając swoją twarz szerokim uśmiechem. - Oh. Zapomniałabym. Boisz się pająków
Po tych słowach, Andy zachichotał lekko za co dostał od mniejszego chłopaka po głowie.
-Skąd ty to wiesz? - spytał Dominic, przeczesując dłonią włosy. Wzruszyłam ramionami.
-Zwykła obserwacja - westchnęłam, po czym zerknęłam na dwumetrowego gościa, który trząsł się od niemego śmiechu. - A ty się nie śmiej, skoro sam panicznie boisz się wron - powiedziałam łykając herbatkę. - Koniec mojego gadania. Czas na ciebie, Domi.
-Domi? - chłopak spojrzał na mnie zdziwiony, ale po paru sekundach skapitulował. Tę rundę wygrałam ja, ale nie dano mi się cieszyć wygraną, bo wielkimi krokami nadchodziła następna rozgrywka. - Przyszedłem się dowiedzieć czy dalej zamierzasz grać... I czy Simon wie kim jesteś.
-Co do grania w kosza, to nie wiem. Może będę, ale nie gwarantuję, że wrócę do bycia Rosy. Oprócz tej gry one-on-one z Matem, przez ponad pół roku nie miałam piłki w rękach - westchnęłam, a głowie zahuczał mi kolejny argument. Przecież straciłam coś przez co czerpię radość z gry, a to jest właśnie najważniejsze. Przy grze mamy się dobrze bawić, a nie udawać roboty zaprogramowane do bycia idealnym. - Simon o niczym nie wie - znów podjęłam temat. - Nadal naiwnie myśli, że jestem przyjaciółką Rosy, która nie dostała się do regularnego składu - skończyłam mówić, jednak Dominic czekał na coś jeszcze.
Czego ty chcesz, psychopato? I tak powiedziałam ci już za dużo zagrzmiało w mojej głowie. Po kilku minutach ciszy Andy skończył jeść ciastka i nerwowo rozglądał się po pokoju. Zmarszczyłam brwi. To do niego nie podobne. Z tego co wiem, powinien umierać z nudów pożerając następne słodycze, a nie nerwowo ugniatać koniec swojej koszulki. Spojrzałam znacząco na Dominica, który jednak nie zauważył tego. Mimo to westchnął przeciągle.
-Ok. Dzięki. Koniec wywiadu, ale powiedz mi jedną rzecz. Naprawdę podziwiasz Simona? - spytał niedowierzającym tonem. Westchnęłam głęboko i przeczesałam włosy dłonią.
-Tak, podziwiam go, tak samo jak ciebie - powiedziałam. Pokiwałam głową, by dodać swoim słowom wiarygodności. Musiałam coś dopowiedzieć, bo uwziąłby się na mnie i zaczął wypytywać za co tak bardzo ubóstwiam Simona, a wtedy to byłby koniec. Otworzyłam usta, żeby jeszcze coś powiedzieć, ale po sekundzie namysłu zamknęłam je powoli. Zrobiłam to tak, żeby wyglądało na ziewnięcie. To przecież Dominic. Nie mogę mu powiedzieć za dużo, bo wykorzysta to przeciwko mnie.
-No dobra. To my się zbieramy. Chodź Andy - powiedział mniejszy chłopak, wstając. Jego twarz promieniała. Zarechotałam pod nosem. Wiedziałam, że wzmianka o podziwianiu go pomoże mi uniknąć dalszych pytań. Pożegnałam się z chłopakami i zamknęłam za nimi drzwi. Przez chwilę stałam jeszcze bez ruchu słuchając miarowych kroków, ale kiedy te ucichły, odetchnęłam z niemałą ulgą. Pobiegłam do pokoju i podniosłam materac z łóżka. Wsadziłam rękę pod słodycze i wyciągnęłam spod nich niebieski zeszyt z ręcznie namazaną piłką do kosza. Opuściłam materac i rzuciłam się na łóżko z długopisem w zębach. Obejrzałam dokładnie okładkę z każdej strony. Dawno go nie widziałam, wspomnienia wróciły. Otworzyłam zeszyt na najczęściej stronie przeznaczonej leniwemu, ciemnoskóremu chłopakowi. O każdym z boskiej siódemki miałam informacje na co najmniej dwie, czasem trzy strony, ale to o Simonie zapisałam ich ponad trzynaście. To podchodzi pod prześladowanie, ale cóż... Nie. Jednak nie mam na to żadnego wytłumaczenia.
Przypomniałam sobie grę Simona, wspaniałą, nieokiełznaną i dziką. Przypomniałam sobie dudnienie jego kroków, kiedy wbiegał na boisko rozgrzany i gotowy do starcia. Położyłam się na plecach zamykając oczy. Moje serce boli. Czemu? Chcę znaleźć przyczynę, ale nie mogę.
-Cholera - szepnęłam, znów czując dziwny ucisk w piersi. Poleżałam jeszcze chwilę, póki się nie uspokoiłam, po czym przetoczyłam się na brzuch. Wzięłam do ręki długopis i zaczęłam pisać na stronach przeznaczonych dla Dominicka.
-Nie wierzę ci - powiedział śmiało Dominic. Spuściłam głowę i uśmiechnęłam się lekko. - Możesz polemizować. Nie mam pewności czy mówisz prawdę, więc...
-Oczy - przerwałam mu. Spojrzał na mnie nagle.
-Co? - spytał zdziwiony.
-Oczy. Kiedy coś ukrywasz, drgają ci lekko powieki. Kiedy jesteś szczęśliwy, nie okazujesz tego, ale z oczu wylatują ci kwiatki. Kiedy jesteś zaniepokojony lub smutny, ukrywasz to pod złością. W twoim wypadku oczy to lustro twojej duszy - powiedziałam. Podniosłam głowę, ozdabiając swoją twarz szerokim uśmiechem. - Oh. Zapomniałabym. Boisz się pająków
Po tych słowach, Andy zachichotał lekko za co dostał od mniejszego chłopaka po głowie.
-Skąd ty to wiesz? - spytał Dominic, przeczesując dłonią włosy. Wzruszyłam ramionami.
-Zwykła obserwacja - westchnęłam, po czym zerknęłam na dwumetrowego gościa, który trząsł się od niemego śmiechu. - A ty się nie śmiej, skoro sam panicznie boisz się wron - powiedziałam łykając herbatkę. - Koniec mojego gadania. Czas na ciebie, Domi.
-Domi? - chłopak spojrzał na mnie zdziwiony, ale po paru sekundach skapitulował. Tę rundę wygrałam ja, ale nie dano mi się cieszyć wygraną, bo wielkimi krokami nadchodziła następna rozgrywka. - Przyszedłem się dowiedzieć czy dalej zamierzasz grać... I czy Simon wie kim jesteś.
-Co do grania w kosza, to nie wiem. Może będę, ale nie gwarantuję, że wrócę do bycia Rosy. Oprócz tej gry one-on-one z Matem, przez ponad pół roku nie miałam piłki w rękach - westchnęłam, a głowie zahuczał mi kolejny argument. Przecież straciłam coś przez co czerpię radość z gry, a to jest właśnie najważniejsze. Przy grze mamy się dobrze bawić, a nie udawać roboty zaprogramowane do bycia idealnym. - Simon o niczym nie wie - znów podjęłam temat. - Nadal naiwnie myśli, że jestem przyjaciółką Rosy, która nie dostała się do regularnego składu - skończyłam mówić, jednak Dominic czekał na coś jeszcze.
Czego ty chcesz, psychopato? I tak powiedziałam ci już za dużo zagrzmiało w mojej głowie. Po kilku minutach ciszy Andy skończył jeść ciastka i nerwowo rozglądał się po pokoju. Zmarszczyłam brwi. To do niego nie podobne. Z tego co wiem, powinien umierać z nudów pożerając następne słodycze, a nie nerwowo ugniatać koniec swojej koszulki. Spojrzałam znacząco na Dominica, który jednak nie zauważył tego. Mimo to westchnął przeciągle.
-Ok. Dzięki. Koniec wywiadu, ale powiedz mi jedną rzecz. Naprawdę podziwiasz Simona? - spytał niedowierzającym tonem. Westchnęłam głęboko i przeczesałam włosy dłonią.
-Tak, podziwiam go, tak samo jak ciebie - powiedziałam. Pokiwałam głową, by dodać swoim słowom wiarygodności. Musiałam coś dopowiedzieć, bo uwziąłby się na mnie i zaczął wypytywać za co tak bardzo ubóstwiam Simona, a wtedy to byłby koniec. Otworzyłam usta, żeby jeszcze coś powiedzieć, ale po sekundzie namysłu zamknęłam je powoli. Zrobiłam to tak, żeby wyglądało na ziewnięcie. To przecież Dominic. Nie mogę mu powiedzieć za dużo, bo wykorzysta to przeciwko mnie.
-No dobra. To my się zbieramy. Chodź Andy - powiedział mniejszy chłopak, wstając. Jego twarz promieniała. Zarechotałam pod nosem. Wiedziałam, że wzmianka o podziwianiu go pomoże mi uniknąć dalszych pytań. Pożegnałam się z chłopakami i zamknęłam za nimi drzwi. Przez chwilę stałam jeszcze bez ruchu słuchając miarowych kroków, ale kiedy te ucichły, odetchnęłam z niemałą ulgą. Pobiegłam do pokoju i podniosłam materac z łóżka. Wsadziłam rękę pod słodycze i wyciągnęłam spod nich niebieski zeszyt z ręcznie namazaną piłką do kosza. Opuściłam materac i rzuciłam się na łóżko z długopisem w zębach. Obejrzałam dokładnie okładkę z każdej strony. Dawno go nie widziałam, wspomnienia wróciły. Otworzyłam zeszyt na najczęściej stronie przeznaczonej leniwemu, ciemnoskóremu chłopakowi. O każdym z boskiej siódemki miałam informacje na co najmniej dwie, czasem trzy strony, ale to o Simonie zapisałam ich ponad trzynaście. To podchodzi pod prześladowanie, ale cóż... Nie. Jednak nie mam na to żadnego wytłumaczenia.
Przypomniałam sobie grę Simona, wspaniałą, nieokiełznaną i dziką. Przypomniałam sobie dudnienie jego kroków, kiedy wbiegał na boisko rozgrzany i gotowy do starcia. Położyłam się na plecach zamykając oczy. Moje serce boli. Czemu? Chcę znaleźć przyczynę, ale nie mogę.
-Cholera - szepnęłam, znów czując dziwny ucisk w piersi. Poleżałam jeszcze chwilę, póki się nie uspokoiłam, po czym przetoczyłam się na brzuch. Wzięłam do ręki długopis i zaczęłam pisać na stronach przeznaczonych dla Dominicka.
Był dziś u mnie. Dominic był u mnie w domu, a dokładniej w salonie.
Siedział na kanapie razem z Andy'm. Uśmiechał się i mówił, że go wkurzam.
Wtedy powiedziałam mu, że znam ich na wylot. Blefowałam.
A on nie zauważył. Tak naprawdę, to nie wiedziałam.
Nie wiedziałam, że aż tak stara się ukryć swoje emocje.
Wiedziałam tylko o jego tiku nerwowym (drgające powieki), ale i tak trafiłam w sedno.
Za to on nie umiał mnie rozszyfrować.
Nie wiedział kiedy się bałam, kiedy kłamałam.
A teraz do rzeczy.
Dominic był u mnie w domu.
Nic nie zdemolował.
Co tu mówić o demolowaniu skoro on nawet nie był zły.
Wszystkie kończyny mam na swoim miejscu.
Jeszcze trochę żyję.
Chociaż nadal nie wiem jakim cudem.
Odłożyłam zeszyt na podłogę i zdmuchnęłam kosmyk czarnych włosów z oczu. Wsadziłam rękę do kieszeni i wyjęłam z niej gumkę. Związałam włosy w kucyk i znów opadłam na łóżko. Ucisk w sercu stawał się nie do zniesienia. Znałam to uczucie. Miałam to uczucie dawno temu, ale już zapomniałam czemu się tak wtedy czułam. Pomyślałam o Vivienne i jak zwykle przypomniała mi się jej zszokowana i trochę smutna mina. Musiała pocierpieć jakiś czas, ale teraz ma prościej. Nienawidzi mnie. I dobrze. Przynajmniej nie będzie miała znów kłopotów ze strony moich wrogów. Zapiekły mnie oczy. Wstałam i podeszłam do biurka. Otworzyłam trzecią szufladę od góry i wyjęłam stamtąd srebrne pudełeczko. Otworzyłam je i wyjęłam leżący w środku wisiorek. Zacisnęłam go w dłoni, a łzy popłynęły już same.
Nie. Nie jest dobrze. Nie chcę, żeby Vivienne mnie nienawidziła. Tęsknię za nią i nadal jej potrzebuję! Mimo tego, że mnie nienawidzi spróbuję ją przeprosić. Westchnęłam głęboko i zapięłam wisiorek na szyi. Wytarłam łzy i jeszcze raz odetchnęłam. Muszę się uspokoić. Już zdecydowałam. Wracam do grania w kosza. Tym sposobem zbliżę się do Vivienne i będzie musiała mnie wysłuchać. Musiałam zagonić ją w kozi róg, by mnie wysłuchała. Innego wyjścia nie ma. Ktoś kto skrzywdził ją raz, nie dostaje drugiej szansy.
Uścisk w sercu nasilił się. Zrozumiałam. Nareszcie. Zapomniane uczucie wróciło do mnie. Tęsknota. Tęsknię za graniem z Vivienne. Tęsknię na naszym 'tajnym' zbieraniem informacji o cudownej drużynie. Tęsknię za wzdychaniem do zdjęć Olivera i Simona, które robiłyśmy podczas ich meczów. Tęsknię za nocowaniem u niej i gadaniem o następnym meczu chłopaków lub którejś z nas. Tęsknię za naszym siedzeniem na krawężniku i wrzeszczeniem bezsensownych słów. Tęsknię za machaniem do przejeżdżających pod mostem tirów. Tęsknię za kilku godzinnym siedzeniem na moście. Tęsknię za jeżdżeniem na rowerze z Viv po dróżce w lesie, tak wyboistej, że nazwałyśmy ją 'schodami do piekła'. Tęsknię za naszym robieniem naleśników. Tęsknię za umawianiem się na grę one-on-one. Tęsknię za pisaniem z nią przez internet. Tęsknię za Vivienne. Tęsknię za grą w kosza.
Na nowo poczułam, że chcę grać.
-Póki noszę ten wisiorek, będę o tobie pamiętać. Nie będę płakać. To nie w naszym stylu. Gdziekolwiek będziesz mnie potrzebować, przyjadę. Obietnica - wymamrotałam słowa przysięgi wymyślone przez Vivienne w połowie II klasy gimnazjum. Już nie będę uciekać. Nie będę się kryć. Zacznę wszystko od nowa. Będę się starać tak mocno, jak dam radę.
Popatrzyłam hardo na boisko za oknem i przesunęłam wzrokiem po krajobrazie. Wnikliwie przyglądałam się wszystkiemu. Każdy szczegół wyryłam w swojej pamięci tak samo, jak tą chwilę. Muszę ją zapamiętać, bo to czas, w którym zacznę wszystko od nowa. Nie poddam się póki nie osiągnę celu... Tylko po co ja to robię?
Spójrzmy prawdzie w oczy. Ogarniam się dla trzech najważniejszych osób w moim życiu.
Dla Vivienne.
Dla Simona.
I dla siebie.
***
tańczmy i cieszmy się, gdyż zaczęłam pisać już czwarty zeszyt plb!
łącznie mam już napisanych 17 rozdziałów xDD
a tu (na blogu) buja bo lol 9 xD
żyjcie spokojnie i w nadziei xD
dobranoc xD
środa, 4 czerwca 2014
Roz. 8
no i jest.
ten normalniejszy rozdział xD
***
Otworzyłam gwałtownie oczy. Poderwałam się na równe nogi i zaczęłam się ubierać. Próba włożenia legginsów w tym samym momencie co spódnicę, skończyła się siniakiem na ramieniu, którym oparłam się o framugę. Kiedy już miałam wybiec z pokoju, przypomniałam sobie, że jest sobota. Brawo mózgu. Brawo. Jesteś taki ogarnięty..
Zsunęłam spódnicę z tyłka, zamieniłam koszulę na sweter, pozbyłam się legginsów i z powrotem padłam na łóżko. Zakopałam się pod koc i kołdrę, owinęłam ramiona wokół poduszki, przygniatając ją ciężarem swojej głowy. Ciepło. Miło. Ciemno. Rozluźniłam się, ale nie dane mi było za długo odpoczywać. Komórka leżąca obok łóżka (dałabym sobie rękę uciąć, że zanim zasnęłam była pod poduszką), zaczęła wibrować. Jęknęłam przesuwając rękę ku krawędzi łóżka. Ramię chwilę powisiało bezwładnie, po czym zaczęło przemierzać podłogę w poszukiwaniu telefonu. Chwyciłam komórkę i przewróciłam się na plecy, odbierając połączenie.
-Daisy?
-Nie, święty Mikołaj. Czego chcesz Nikki? - spytałam rozdrażniona. Znowu to samo. Dzwoni na moją komórkę, a kiedy odbiorę pyta czy to rzeczywiście ja. Przecież dobrze wie, że nigdy nie daję do cudzych rąk mojej komórki.
-Otwórz te pieprzone drzwi - warknęła dziewczyna, a ja poderwałam głowę do góry. Nikki nie raz mnie jeszcze zadziwi. Zwlokłam dupę z łóżka i wyszłam z pokoju. Drżałam przy każdym kroku. Zimno. Cholera, za zimno.
Otworzyłam drzwi ziewając szeroko. Zrobiłam zapraszający gest ręką. Nikki zamknęła za sobą drzwi, a ja poczłapałam z powrotem do pokoju.
-Ty leniu. Jeszcze chce ci się spać? - zaśmiała się, kiedy wgramoliłam się pod kołdrę. Nikki zatrzymała się w progu i rozdziawiła buzię. - To ty masz podłogę? - zawołała widząc na panelach tylko rzeczy, które zdjęłam z siebie parę minut wcześniej.
-Zabawne, nie? Też się zdziwiłam - mruknęłam, wtulając nos w poduszkę. Chwilę posiedziałyśmy w ciszy, a ja zasnęłabym, gdyby nie przejmujący chłód jaki panował w mieszkaniu. Poderwałam dupę z łóżka i wkurzona podeszłam do kaloryfera. - Wiedziałam! Po prostu wiedziałam! - zawołałam wyrzucając ręce do góry.
-Co jest? - spytała Nikki, zakopując się pod kołdrą.
-Pozakręcała wszystkie grzejniki! To nic, że jest wrzesień. Pogoda ma to gdzieś! Jest zimno! - mówiłam wkurzona. Przeszłam po wszystkich pomieszczeniach, podkręcając temperaturę na maksa. Stanęłam przed swoim łóżkiem, opierając dłonie o biodra. -Wstawaj! - zawołałam, ściągając Nikki z materaca razem z kocem i prześcieradłem. Zaśmiałam się głośno, kiedy zleciała na podłogę z głuchym krzykiem. - Idziemy spreparować mi śniadanko. Do kuchni marsz.
Wyjęłam miskę z szafki, a Nikki podała mi mąkę, cukier, jajka, proszek do pieczenia i kakao. Popatrzyłam na nią. 'Kakao?' Wzruszyła ramionami, więc pomieszałam ze sobą wszystkie składniki i postawiłam patelnię na gazie.
-Po co przyszłaś? - spytałam przewracając pierwszego naleśnika.
-Miła jesteś - mruknęła Nikki. Spojrzałam na nią wymownie. - No dobra. Powiem ci, ale obiecaj, że nie będziesz na mnie krzyczeć, dobrze? - spojrzała na mnie z miną zbitego psa.
-Luz. Nie będę - powiedziałam, stawiając czekoladowego naleśnika przed Nikki. Nalałam ciasto na patelnię i czekałam aż dziewczyna wydusi z siebie choćby słowo.
-Podałam chłopakowi twój adres - powiedziała zaciskając oczy.
-I co w tym strasznego? Przecież skoro ty mu podałaś, to pewnie nie jest pedofilem, nie? - westchnęłam.
-Ten chłopak to Dominik - wyszeptała w końcu. Zastygłam. Łopatka do przewracania placków wypadła mi z ręki i w zwolnionym tempie spadła z trzaskiem na blat obok kuchenki. Nieznośna cisza zaległa między nami. Słychać było tylko skwierczenie oleju na patelni. Moje serce nagle zwolniło. Co ona powiedziała? Dominic? TEN Dominic? Ma mój adres?!
-Co? - wyszeptałam odwracając się powoli. Wyłączyłam kuchenkę i usiadłam naprzeciwko Nikki. - Po co mu mój adres? Kiedy mu go dałaś? Co on chce zrobić? Czego on ode mnie chce? - nachyliłam się w stronę dziewczyny.
-Spokojnie... - powiedziała Nikki widząc mój wybuch. Powstrzymała ręką mój kolejny potok słów i sama zaczęła mi tłumaczyć. - Spokojnie, proszę cię. To dlatego jestem tu tak wcześnie. Przyszedł wczoraj w czasie treningu z tym swoim przydupasem, Ronem. Zapytał starszych dziewczyn z drużyny czy wiedzą gdzie jesteś, ale one nawet nie kojarzyły o kogo chodzi, więc poszli pytać u chłopaków. Simon coś tam chwilę z nimi pogadał, ale prawdopodobnie nic mu im nie powiedział. Kiedy chciałam wyjść jakoś tak, żeby mnie nie zauważyli, zawołała mnie ta niska, Caroline. Wiesz o którą chodzi? Jedna z bliźniaczek-laleczek. No. I ona mnie zawołała i powiedziała, że dobrze mi dziś poszło i odbiegła, a ja stałam jak ten kołek. Zupełnie zapomniałam o tym, że mam stamtąd spieprzać. Wiesz. Nagle moja technika niewidzialności zniknęła. Poczułam się wtedy jak odkryty ninja-zdrajca...
-Zbaczasz z tematu - warknęłam ostrzegawczo.
-Ok, ok. I oni wtedy podeszli do mnie. To było straszne. Gdybyś go wtedy widziała.. Matko.. To było okropne. Musiałam patrzeć mu się w oczy, bo jest mojego wzrostu, czaisz? On był na granicy wytrzymałości, bo nikt nic nie wiedział i patrzył na mnie i to było straszne. Zapytał mnie... Nie. On kazał mi powiedzieć gdzie mieszkasz. Udawałam, że nic nie wiem, że cię nie znam, ale wtedy wtrącił się Ron. Powiedział, że widział nas jak wychodziłyśmy razem ze szkoły.. No wiesz, jak szłyśmy wtedy na komisariat.
-No. I co dalej? - spytałam widząc, że Nikki się zawiesiła.
-Dominic powiedział, że lepiej będzie jeśli dam mu twój adres. Mruknął jeszcze, że jeśli będzie zmuszony cię jeszcze trochę szukać, to się wkurzy i nie ręczy za siebie - wyszeptała ostatecznie. Pokręciłam głową zrezygnowana.
-Dominic to psychol i sadysta jakich mało. Przecież ja zginę - jęknęłam, opierając czoło o dłonie.
-Przepraszam, naprawdę przepraszam. Gorzej byłoby jakby musiał cię sam szukać. Przepraszam, Daisy - wyszeptała ze łzami w oczach.
-Nie kopiuj Mike'a, bo ci to nie wychodzi - mruknęłam. Po chwili ciszy podniosłam głowę. - Spoko. Co się stało, to się nie odstanie. Teraz trzeba pomyśleć czego on ode mnie chce - powiedziałam, drapiąc się po brodzie. - Moment. Czemu poprosił o mój adres? - spytałam retorycznie i wstałam przeszukując nerwowo kuchnię. Wreszcie znalazłam brulion taty i długopis. Usiadłam do stołu i kazałam Nikki nachylić się. Położyłam zeszyt w poziomie i po lewej stronie kartki napisałam swoje imię. Po prawej stronie - imię małego psychopaty. Postukałam długopisem w notes. - Chce mojego adresu, żeby do mnie przyjść.. Pozostaje tylko pytanie 'Po co?' Co ja i on mamy wspólnego?
-Graliście w kosza - podrzuciła Nikki. Pokiwałam głową, zapisałam to z obu stron i zakreśliłam kółkiem. Poprowadziłam kreski bliżej środka kartki.
-A co wiąże się z koszykówką? - podrapałam się po głowie. Nagle mnie olśniło. Nachyliłam się gwałtownie i zaczęłam pisać to, o czym myślałam. Kiedy skończyłam, Nikki patrzyła na mnie jak na kosmitę, więc zaczęłam jej objaśniać. - To co łączy mnie i Dominica to tylko i wyłącznie koszykówka, ale to wierzchołek góry lodowej. Przypomnij sobie moją grę. Agresywna, bez skrupułów rozwalałam przeciwnika. On tak samo. Dalej. Byłam kapitanem. Powtarzam - kapitanem. Jak on. Może chciał ze mną pogadać, może co innego, ale nagle zrobiło się głośno wokół naszej drużyny. Nie chciał się w to mieszać. Przeczekał burzę, a kiedy wszystko ucichło znów spróbował mnie znaleźć, ale mnie już nie było. Zniknęłam. Nie mógł już mnie znaleźć, a nasze znajome z drużyny przecież nie wiedziały o mnie prawie nic. Rzucił szukanie mnie i zajął się Simonem, który jest w szkole z tobą, a ty nie zniknęłaś przecież. Zaczął śledzić afery naokoło ciebie, za pomocą Miriam wyciągał informacje z każdego.. Dzięki temu wszystkie zdarzenia powiązał z Daisy. Powiązał wszystkie fakty. Koszykówka, gimnazjum, gwałt, nagły spadek formy, przegrane zawody, zniknięcie. Zrozumiał, że jestem tym kogo szukał i teraz chce się tylko upewnić - powiedziałam, dumna ze swojego geniuszu. Nikki spojrzała na mnie zdziwiona.
-Czemu nie zostaniesz w przyszłości detektywem? - spytała. Prychnęłam cicho, a zaraz potem wybuchnęłyśmy głośnym śmiechem.
-Ty to potrafisz rozładować napięcie - westchnęłam, ocierając łzę rozbawienia. Wstałam, włączyłam kuchenkę i na nowo zaczęłam smażyć naleśniki. Nikki jadła, a ja poszłam do pokoju, wciągnęłam na tyłek dresy i związałam włosy w luźny kok. Spadającą mi na oczy grzywkę spięłam wsuwkami. Wlałam ciasto na patelnię i już po chwili ciasto zaczęło się ścinać. Mimo, że gadałyśmy o wszystkim i o niczym , ale niewidzialne napięcie zaczęło niebezpiecznie przypominać konsystencją naleśnika na patelni. Gołym okiem można było zobaczyć, że obie udajemy naszą wesołość. Mimo to skończyłyśmy jeść i przeszłyśmy do salonu. Znalazłyśmy kanał, na którym leciał zabawny film. Śmiałyśmy się na każdej możliwej scenie, żeby tylko zapomnieć o Dominicu - psychopacie i sadyście jakich mało, który w każdym momencie mógł wbić mi z buta do mieszkania.
-Chyba już dziś nie przyjdzie - westchnęłam o czternastej, rozciągając nogi. Wybuchłyśmy szczerym śmiechem. Czułam wyraźną ulgę. Jęknęłam przeciągając się po raz kolejny.
-Chyba tak - powiedziała Nikki, drapiąc się po łokciu. Poderwałyśmy się do góry.
-Myślisz o tym samym co ja? - spytałam, a Nikki pokiwała głową. Umyłam się i przebrałam w za dużą, szarą bluzę i czerwone dżinsy. Napisałam do Shane karteczkę i zamknęłam drzwi na klucz. Nikki w tym samym czasie pobiegła do domu. Po około 15 minutach była z powrotem. Wsiałyśmy na rowery i pojechałyśmy za miasto. Wiatr we włosach kiedy zjeżdżałyśmy z górek. Drzewa śmigające obok nas. Mini zawały serca, kiedy jadąc przez las spotykałyśmy nagle jakiegoś zająca. Ostatnie promienie słońca w tym roku. To było to, czego było mi teraz potrzeba. Po trzech godzinach panicznego śmiechu i plątania włosów wiatrem, wróciłyśmy do miasta. Szare, nijakie zmieniło się w pięknie oświetlone ostatnimi promieniami słońca chowającego się na zachodzie.
-Do zobaczenia w poniedziałek - powiedziała Nikki, kiedy stałyśmy już pod moim domem. Popatrzyłam na nią zdziwiona.
-W poniedziałek?
-Nom, jutro jedziemy z rodzinką na urodziny babci - przewróciła oczami i wywaliła język robiąc minę, którą nazwałyśmy 'zdechłym kotem'. Przytuliłam Nikki na pożegnanie i weszłam do swojej klatki. Otworzyłam zamkniętą na klucz piwnicę i popatrzyłam w dół na piekielnie śliskie trzynaście schodków. Podniosłam rower i zaczęłam po nich schodzić. Każdy kolejny krok mógł skończyć się bolesnym upadkiem. W połowie drogi ręce zaczęły mi drżeć. Nie no, nie wierzę! Zbyt nisko upadłam! Jak mogą mi ręce drżeć z nadmiernego wysiłku, skoro tylko podnoszę rower?!
W końcu pokonałam schody i otworzyłam pomieszczenie przeznaczone na schowek dla jednośladów całego bloku. Co najśmieszniejsze stał tam tylko mój i jakiś nowy, którego nie kojarzyłam. Postawiłam rower po przeciwległej stronie pomieszczenia i wyszłam z piwnicy. Spojrzałam w górę schodów, słysząc powolne kroki dwóch osób. Wzruszyłam ramionami i ruszyłam na czwarte piętro, do swojego mieszkania. Wlokłam się noga za nogą. Po pokonaniu wszystkich sześćdziesięciu schodów skręciłam w prawo i zatrzymałam się natychmiast. Oczy mi się rozszerzyły, oddech zwolnił, tak jak serce. Myśli gnały, próbując znaleźć odpowiedź na jedno, tłukące się po głowie pytanie. Co oni tu robią? Odwrócili się w moją stronę. Cofnęłam się krok do tyłu i zachwiałam się. Nie miałam już podłogi pod stopami. Zaczęłam lecieć na plecy. Wyciągnęłam ręce przed siebie chcąc złapać się czegokolwiek, ale jedynym co miałam w garści było powietrze. Spadłam na półpiętro, obijając się boleśnie o schody. Zajęczałam pocierając bolący kark.
-Wszystko w porządku? - spytał melancholijnym głosem Andy, zjawiając się obok. Łypnęłam na niego wrogo i podniosłam się chwiejnie. Dominic stał na szczycie schodów i patrzył na mnie rozbawiony. Zacisnęłam pięści. Po chwili zacisnęłam też zęby.
-Witaj, Daisy... A może raczej Rosy? - powiedział z ironicznym uśmiechem, stąpając powoli w dół.
ten normalniejszy rozdział xD
***
Otworzyłam gwałtownie oczy. Poderwałam się na równe nogi i zaczęłam się ubierać. Próba włożenia legginsów w tym samym momencie co spódnicę, skończyła się siniakiem na ramieniu, którym oparłam się o framugę. Kiedy już miałam wybiec z pokoju, przypomniałam sobie, że jest sobota. Brawo mózgu. Brawo. Jesteś taki ogarnięty..
Zsunęłam spódnicę z tyłka, zamieniłam koszulę na sweter, pozbyłam się legginsów i z powrotem padłam na łóżko. Zakopałam się pod koc i kołdrę, owinęłam ramiona wokół poduszki, przygniatając ją ciężarem swojej głowy. Ciepło. Miło. Ciemno. Rozluźniłam się, ale nie dane mi było za długo odpoczywać. Komórka leżąca obok łóżka (dałabym sobie rękę uciąć, że zanim zasnęłam była pod poduszką), zaczęła wibrować. Jęknęłam przesuwając rękę ku krawędzi łóżka. Ramię chwilę powisiało bezwładnie, po czym zaczęło przemierzać podłogę w poszukiwaniu telefonu. Chwyciłam komórkę i przewróciłam się na plecy, odbierając połączenie.
-Daisy?
-Nie, święty Mikołaj. Czego chcesz Nikki? - spytałam rozdrażniona. Znowu to samo. Dzwoni na moją komórkę, a kiedy odbiorę pyta czy to rzeczywiście ja. Przecież dobrze wie, że nigdy nie daję do cudzych rąk mojej komórki.
-Otwórz te pieprzone drzwi - warknęła dziewczyna, a ja poderwałam głowę do góry. Nikki nie raz mnie jeszcze zadziwi. Zwlokłam dupę z łóżka i wyszłam z pokoju. Drżałam przy każdym kroku. Zimno. Cholera, za zimno.
Otworzyłam drzwi ziewając szeroko. Zrobiłam zapraszający gest ręką. Nikki zamknęła za sobą drzwi, a ja poczłapałam z powrotem do pokoju.
-Ty leniu. Jeszcze chce ci się spać? - zaśmiała się, kiedy wgramoliłam się pod kołdrę. Nikki zatrzymała się w progu i rozdziawiła buzię. - To ty masz podłogę? - zawołała widząc na panelach tylko rzeczy, które zdjęłam z siebie parę minut wcześniej.
-Zabawne, nie? Też się zdziwiłam - mruknęłam, wtulając nos w poduszkę. Chwilę posiedziałyśmy w ciszy, a ja zasnęłabym, gdyby nie przejmujący chłód jaki panował w mieszkaniu. Poderwałam dupę z łóżka i wkurzona podeszłam do kaloryfera. - Wiedziałam! Po prostu wiedziałam! - zawołałam wyrzucając ręce do góry.
-Co jest? - spytała Nikki, zakopując się pod kołdrą.
-Pozakręcała wszystkie grzejniki! To nic, że jest wrzesień. Pogoda ma to gdzieś! Jest zimno! - mówiłam wkurzona. Przeszłam po wszystkich pomieszczeniach, podkręcając temperaturę na maksa. Stanęłam przed swoim łóżkiem, opierając dłonie o biodra. -Wstawaj! - zawołałam, ściągając Nikki z materaca razem z kocem i prześcieradłem. Zaśmiałam się głośno, kiedy zleciała na podłogę z głuchym krzykiem. - Idziemy spreparować mi śniadanko. Do kuchni marsz.
Wyjęłam miskę z szafki, a Nikki podała mi mąkę, cukier, jajka, proszek do pieczenia i kakao. Popatrzyłam na nią. 'Kakao?' Wzruszyła ramionami, więc pomieszałam ze sobą wszystkie składniki i postawiłam patelnię na gazie.
-Po co przyszłaś? - spytałam przewracając pierwszego naleśnika.
-Miła jesteś - mruknęła Nikki. Spojrzałam na nią wymownie. - No dobra. Powiem ci, ale obiecaj, że nie będziesz na mnie krzyczeć, dobrze? - spojrzała na mnie z miną zbitego psa.
-Luz. Nie będę - powiedziałam, stawiając czekoladowego naleśnika przed Nikki. Nalałam ciasto na patelnię i czekałam aż dziewczyna wydusi z siebie choćby słowo.
-Podałam chłopakowi twój adres - powiedziała zaciskając oczy.
-I co w tym strasznego? Przecież skoro ty mu podałaś, to pewnie nie jest pedofilem, nie? - westchnęłam.
-Ten chłopak to Dominik - wyszeptała w końcu. Zastygłam. Łopatka do przewracania placków wypadła mi z ręki i w zwolnionym tempie spadła z trzaskiem na blat obok kuchenki. Nieznośna cisza zaległa między nami. Słychać było tylko skwierczenie oleju na patelni. Moje serce nagle zwolniło. Co ona powiedziała? Dominic? TEN Dominic? Ma mój adres?!
-Co? - wyszeptałam odwracając się powoli. Wyłączyłam kuchenkę i usiadłam naprzeciwko Nikki. - Po co mu mój adres? Kiedy mu go dałaś? Co on chce zrobić? Czego on ode mnie chce? - nachyliłam się w stronę dziewczyny.
-Spokojnie... - powiedziała Nikki widząc mój wybuch. Powstrzymała ręką mój kolejny potok słów i sama zaczęła mi tłumaczyć. - Spokojnie, proszę cię. To dlatego jestem tu tak wcześnie. Przyszedł wczoraj w czasie treningu z tym swoim przydupasem, Ronem. Zapytał starszych dziewczyn z drużyny czy wiedzą gdzie jesteś, ale one nawet nie kojarzyły o kogo chodzi, więc poszli pytać u chłopaków. Simon coś tam chwilę z nimi pogadał, ale prawdopodobnie nic mu im nie powiedział. Kiedy chciałam wyjść jakoś tak, żeby mnie nie zauważyli, zawołała mnie ta niska, Caroline. Wiesz o którą chodzi? Jedna z bliźniaczek-laleczek. No. I ona mnie zawołała i powiedziała, że dobrze mi dziś poszło i odbiegła, a ja stałam jak ten kołek. Zupełnie zapomniałam o tym, że mam stamtąd spieprzać. Wiesz. Nagle moja technika niewidzialności zniknęła. Poczułam się wtedy jak odkryty ninja-zdrajca...
-Zbaczasz z tematu - warknęłam ostrzegawczo.
-Ok, ok. I oni wtedy podeszli do mnie. To było straszne. Gdybyś go wtedy widziała.. Matko.. To było okropne. Musiałam patrzeć mu się w oczy, bo jest mojego wzrostu, czaisz? On był na granicy wytrzymałości, bo nikt nic nie wiedział i patrzył na mnie i to było straszne. Zapytał mnie... Nie. On kazał mi powiedzieć gdzie mieszkasz. Udawałam, że nic nie wiem, że cię nie znam, ale wtedy wtrącił się Ron. Powiedział, że widział nas jak wychodziłyśmy razem ze szkoły.. No wiesz, jak szłyśmy wtedy na komisariat.
-No. I co dalej? - spytałam widząc, że Nikki się zawiesiła.
-Dominic powiedział, że lepiej będzie jeśli dam mu twój adres. Mruknął jeszcze, że jeśli będzie zmuszony cię jeszcze trochę szukać, to się wkurzy i nie ręczy za siebie - wyszeptała ostatecznie. Pokręciłam głową zrezygnowana.
-Dominic to psychol i sadysta jakich mało. Przecież ja zginę - jęknęłam, opierając czoło o dłonie.
-Przepraszam, naprawdę przepraszam. Gorzej byłoby jakby musiał cię sam szukać. Przepraszam, Daisy - wyszeptała ze łzami w oczach.
-Nie kopiuj Mike'a, bo ci to nie wychodzi - mruknęłam. Po chwili ciszy podniosłam głowę. - Spoko. Co się stało, to się nie odstanie. Teraz trzeba pomyśleć czego on ode mnie chce - powiedziałam, drapiąc się po brodzie. - Moment. Czemu poprosił o mój adres? - spytałam retorycznie i wstałam przeszukując nerwowo kuchnię. Wreszcie znalazłam brulion taty i długopis. Usiadłam do stołu i kazałam Nikki nachylić się. Położyłam zeszyt w poziomie i po lewej stronie kartki napisałam swoje imię. Po prawej stronie - imię małego psychopaty. Postukałam długopisem w notes. - Chce mojego adresu, żeby do mnie przyjść.. Pozostaje tylko pytanie 'Po co?' Co ja i on mamy wspólnego?
-Graliście w kosza - podrzuciła Nikki. Pokiwałam głową, zapisałam to z obu stron i zakreśliłam kółkiem. Poprowadziłam kreski bliżej środka kartki.
-A co wiąże się z koszykówką? - podrapałam się po głowie. Nagle mnie olśniło. Nachyliłam się gwałtownie i zaczęłam pisać to, o czym myślałam. Kiedy skończyłam, Nikki patrzyła na mnie jak na kosmitę, więc zaczęłam jej objaśniać. - To co łączy mnie i Dominica to tylko i wyłącznie koszykówka, ale to wierzchołek góry lodowej. Przypomnij sobie moją grę. Agresywna, bez skrupułów rozwalałam przeciwnika. On tak samo. Dalej. Byłam kapitanem. Powtarzam - kapitanem. Jak on. Może chciał ze mną pogadać, może co innego, ale nagle zrobiło się głośno wokół naszej drużyny. Nie chciał się w to mieszać. Przeczekał burzę, a kiedy wszystko ucichło znów spróbował mnie znaleźć, ale mnie już nie było. Zniknęłam. Nie mógł już mnie znaleźć, a nasze znajome z drużyny przecież nie wiedziały o mnie prawie nic. Rzucił szukanie mnie i zajął się Simonem, który jest w szkole z tobą, a ty nie zniknęłaś przecież. Zaczął śledzić afery naokoło ciebie, za pomocą Miriam wyciągał informacje z każdego.. Dzięki temu wszystkie zdarzenia powiązał z Daisy. Powiązał wszystkie fakty. Koszykówka, gimnazjum, gwałt, nagły spadek formy, przegrane zawody, zniknięcie. Zrozumiał, że jestem tym kogo szukał i teraz chce się tylko upewnić - powiedziałam, dumna ze swojego geniuszu. Nikki spojrzała na mnie zdziwiona.
-Czemu nie zostaniesz w przyszłości detektywem? - spytała. Prychnęłam cicho, a zaraz potem wybuchnęłyśmy głośnym śmiechem.
-Ty to potrafisz rozładować napięcie - westchnęłam, ocierając łzę rozbawienia. Wstałam, włączyłam kuchenkę i na nowo zaczęłam smażyć naleśniki. Nikki jadła, a ja poszłam do pokoju, wciągnęłam na tyłek dresy i związałam włosy w luźny kok. Spadającą mi na oczy grzywkę spięłam wsuwkami. Wlałam ciasto na patelnię i już po chwili ciasto zaczęło się ścinać. Mimo, że gadałyśmy o wszystkim i o niczym , ale niewidzialne napięcie zaczęło niebezpiecznie przypominać konsystencją naleśnika na patelni. Gołym okiem można było zobaczyć, że obie udajemy naszą wesołość. Mimo to skończyłyśmy jeść i przeszłyśmy do salonu. Znalazłyśmy kanał, na którym leciał zabawny film. Śmiałyśmy się na każdej możliwej scenie, żeby tylko zapomnieć o Dominicu - psychopacie i sadyście jakich mało, który w każdym momencie mógł wbić mi z buta do mieszkania.
-Chyba już dziś nie przyjdzie - westchnęłam o czternastej, rozciągając nogi. Wybuchłyśmy szczerym śmiechem. Czułam wyraźną ulgę. Jęknęłam przeciągając się po raz kolejny.
-Chyba tak - powiedziała Nikki, drapiąc się po łokciu. Poderwałyśmy się do góry.
-Myślisz o tym samym co ja? - spytałam, a Nikki pokiwała głową. Umyłam się i przebrałam w za dużą, szarą bluzę i czerwone dżinsy. Napisałam do Shane karteczkę i zamknęłam drzwi na klucz. Nikki w tym samym czasie pobiegła do domu. Po około 15 minutach była z powrotem. Wsiałyśmy na rowery i pojechałyśmy za miasto. Wiatr we włosach kiedy zjeżdżałyśmy z górek. Drzewa śmigające obok nas. Mini zawały serca, kiedy jadąc przez las spotykałyśmy nagle jakiegoś zająca. Ostatnie promienie słońca w tym roku. To było to, czego było mi teraz potrzeba. Po trzech godzinach panicznego śmiechu i plątania włosów wiatrem, wróciłyśmy do miasta. Szare, nijakie zmieniło się w pięknie oświetlone ostatnimi promieniami słońca chowającego się na zachodzie.
-Do zobaczenia w poniedziałek - powiedziała Nikki, kiedy stałyśmy już pod moim domem. Popatrzyłam na nią zdziwiona.
-W poniedziałek?
-Nom, jutro jedziemy z rodzinką na urodziny babci - przewróciła oczami i wywaliła język robiąc minę, którą nazwałyśmy 'zdechłym kotem'. Przytuliłam Nikki na pożegnanie i weszłam do swojej klatki. Otworzyłam zamkniętą na klucz piwnicę i popatrzyłam w dół na piekielnie śliskie trzynaście schodków. Podniosłam rower i zaczęłam po nich schodzić. Każdy kolejny krok mógł skończyć się bolesnym upadkiem. W połowie drogi ręce zaczęły mi drżeć. Nie no, nie wierzę! Zbyt nisko upadłam! Jak mogą mi ręce drżeć z nadmiernego wysiłku, skoro tylko podnoszę rower?!
W końcu pokonałam schody i otworzyłam pomieszczenie przeznaczone na schowek dla jednośladów całego bloku. Co najśmieszniejsze stał tam tylko mój i jakiś nowy, którego nie kojarzyłam. Postawiłam rower po przeciwległej stronie pomieszczenia i wyszłam z piwnicy. Spojrzałam w górę schodów, słysząc powolne kroki dwóch osób. Wzruszyłam ramionami i ruszyłam na czwarte piętro, do swojego mieszkania. Wlokłam się noga za nogą. Po pokonaniu wszystkich sześćdziesięciu schodów skręciłam w prawo i zatrzymałam się natychmiast. Oczy mi się rozszerzyły, oddech zwolnił, tak jak serce. Myśli gnały, próbując znaleźć odpowiedź na jedno, tłukące się po głowie pytanie. Co oni tu robią? Odwrócili się w moją stronę. Cofnęłam się krok do tyłu i zachwiałam się. Nie miałam już podłogi pod stopami. Zaczęłam lecieć na plecy. Wyciągnęłam ręce przed siebie chcąc złapać się czegokolwiek, ale jedynym co miałam w garści było powietrze. Spadłam na półpiętro, obijając się boleśnie o schody. Zajęczałam pocierając bolący kark.
-Wszystko w porządku? - spytał melancholijnym głosem Andy, zjawiając się obok. Łypnęłam na niego wrogo i podniosłam się chwiejnie. Dominic stał na szczycie schodów i patrzył na mnie rozbawiony. Zacisnęłam pięści. Po chwili zacisnęłam też zęby.
-Witaj, Daisy... A może raczej Rosy? - powiedział z ironicznym uśmiechem, stąpając powoli w dół.
TUP
TUP
TUP
TUP
TUP
Powolne, mozolne kroki wywoływały dreszcze na całym ciele, ale nadal hardo patrzyłam chłopakowi w oczy.
Co robić?
Co robić?
Czemu on tu przylazł?
Czy aby na pewno tylko po potwierdzenie?
Czy na pewno po nic innego?
Ile powiedział Simonowi?
Ile Simon powiedział jemu?
Co powiedziała mu Miriam?
Ona też zauważyła?
Ona też wie?
.
.
.
Spokojnie.
Tylko spokojnie.
Popatrzyłam uważniej na Dominica. Tylko kilka słów przychodziło mi na myśl.
Sadysta.
Psychopata.
Skrajny geniusz.
Kapitan demonów.
Wieczny zwycięzca.
Mały jasnowidz.
Król świata.
Bóg.
Tak.
Był jakby bogiem.
Widzi wszystko.
Wie wszystko.
Robi co mu się żywnie podoba.
Aż mam ochotę pokrzyżować mu plany.
Nie mogę dać mu wygrać.
Nie teraz, jeszcze nie.
Może kiedyś.
Może za kilka minut.
Ale jeszcze nie teraz.
-Kim jesteś? Znamy się? - spytałam udając, że nie czuję na sobie przeszywającego, zimnego, ostrego wzroku. Dominik drgnął zaskoczony, zatrzymując się w połowie schodów. Dając się zaskoczyć, przegrał pierwszą rundę. Nie wiedział co zrobić. Chyba pierwszy raz w życiu widziałam go takiego niepewnego.
Nie wiedział co ma zrobić z rękoma, więc wsadził je do kieszeni. Uniósł lekko głowę, patrząc na mnie. Wiedziałam, że myśli. Intensywnie próbował prześwietlić mi mózg swoim wykrywającym kłamstwa wzrokiem. Uśmiechnęłam się w duchu.
Może i wygrałam tą bitwę, ale wojnę jak zwykle wygra ON.
***
omnomonomonommonomnon.
obiecałam normalniejszy rozdział?
i jest.
chyba. xD
i tak to kocham lolz.
nie ma to jak psychopata, sadysta i w dodatku z kompleksem...
nie. nie będę spoilerować.
nie powiem jaki Dominic na kompleks xDD
a nawet dwa xD
miłego życia niezakompleksione ludzie xD
wtorek, 3 czerwca 2014
Roz. 7
zastanawiam się tak motzno bardzo...
czemu rozdziału 6 nikt nie czyta ;______;
przecież tam jest już o koszykówce nareszcie coś napisane no ;______;
***
Brawo dziewczynki. Powinszować. Gracie na najwyższych obrotach od samego początku. Gratulacje i w ogóle wszystkie zachwyty, oh.
Teraz piłka należała do Nikki, która biegła sama na kosz. Dopadła do niej Elizabeth. Długie podanie id Nicole do Risky przeleciało przez pół boiska. Widziałam wyraźnie, że się boi i nadal nie była gotowa. Każdy mięsień miała napięty. Źle! dziewczyno! Rozluźnij się! Chciała podać do Amy, ale przed nią stała Nataly. Jeśli Risky teraz nic nie zrobi, wygwiżdżą przetrzymanie.
-Risky! Idź sama! - wrzasnęłam z całych sił. Dziewczyna jakby obudziła się z transu. Spojrzała przeciwniczce w oczy i zaczęła kozłować prawą ręką. Crossover do lewej, znów do prawej, z prawej do lewej pod nogami, kozłowanie lewą. Cofnęła się lekko i pobiegła do przodu. Sama! Dała radę! Biegła pod kosz. Wszystko szło dobrze, póki nie została zatrzymana przed linią rzutów za trzy. Rzuciła na chybił trafił. Została wytrącona z równowagi. Była skupiona, ale nagłe pojawienie się przeciwniczki zachwiało jej pewnością siebie. Piłka odbiła się od obręczy. Nagle zobaczyłam rękę, która złapała piłkę i wsadziła ją w siatkę. Otworzyłam szeroko usta. Tego się nie spodziewałam. Amy, czemu wcześniej o tobie nie słyszałam? Pytam, czemu?
Akcje były coraz bardziej zaciekłe. Punktów przybywało, czasu ubywało, a ja czułam jakbym oglądała mecz amatorów z dolnej półki. Miało być pięknie, a wyszło jak zwykle. Przyznaję, dziewczyny robiły co mogły, zbierały punkty, ale nie czułam żądnej więzi czy nawet nici zrozumienia między nimi. Płynności ruchów też ze świecą szukać.
Zostało 5 sekund meczu. Westchnęłam głęboko. Zdobędą najwyżej jeden kosz, to wszystko. Koniec. Miałam dość. Poza pierwszą akcją nie było żadnych wyskoków czy czegoś ponad normę. Pokazałam palcem na drzwi. Nikki skinęła głową. Zabrałam plecak i wyszłam. Przynajmniej miałam satysfakcję z tego, że pokierowałam trochę dziewczynami. Mimo, że moje myśli były daleko od miejsca, w którym byłam, czułam na sobie wzrok Simona. Ignorując wszystko, poszłam do domu, w którym czekało na mnie różowo-białe piekło.
Otworzyłam drzwi i zostałam od progu zaatakowana przez słodki aromat cukierni. Zsunęłam buty ze stóp i poszłam do swojego pokoju. Rzuciłam plecak na łóżko i odpaliłam komputer. Wyszłam z pokoju już w dresowej bluzie i za dużych, białych dresach w czerwoną kratę.
-Daisy? To ty? - zawołała Shane z kuchni. Zamiast jej odpowiedzieć, weszłam do pomieszczenia i otworzyłam lodówkę. - Czas posprzątać pokój, nie sądzisz? - powiedziała stając za mną z czarnymi, foliowymi workami. Zjadłam szybko kanapkę, popijając ją wodą i poszłam szybkim krokiem do swojego pokoju. Shane podążała za mną, szeleszcząc workami. Otworzyłam drzwi i weszłam do środka potykając się o zagubione przed tygodniem dżinsy. Złapałam równowagę i obejrzałam się na Shane, ale ona nadal stała w progu. Wpatrywała się w podłogę, której nie było widać zza porozrzucanych ubrań, brudnych talerzy i śmieci.
-Co to jest? - wyjąkała, wskazując stertę ciuchów za łóżkiem. Wzruszyłam ramionami.
-Mój pokój - odpowiedziałam. Po chwili wahania, kobieta podeszła do mnie, wręczyła mi worki i powiedziała, że do jednego mam wrzucić śmieci, do drugiego - ubrania do wyrzuceni, a do trzeciego - za małe ciuchy. Zatrzasnęła za sobą drzwi życząc mi powodzenia. Westchnęłam głęboko. To będzie długie popołudnie.
Włączyłam muzykę na całą dostępną głośność i zaczęłam rozbrajać powoli bombę, którą była skorupa okrywająca moją podłogę.
-O. Szukałam go - powiedziałam, podnosząc dwoma palcami stanik, w którym była czerwona galaretka. Wrzuciłam bieliznę do jednego z worków i przekopywałam się dalej. Oprócz swojego ulubionego, brązowego kubka z ryjkiem renifera, znalazłam jeszcze dwie pary spodni, trzy koszulki, dwanaście talerzy i swojego pluszaka, który uważany był za zaginionego. Wyniosłam worki na korytarz i wróciłam do swojego pokoju. - Wow. Ja mam podłogę! - zawołałam widząc jasnobrązowe panele. Skrzywiłam się widząc na nich różnokolorowe plamy. Umyłam podłogę i z braku ciekawszego zajęcia, wyrzuciłam ciuchy z szafy. Posegregowałam je, zdziwiona widokiem niektórych ubrań. Czyste włożyłam z powrotem, brudne zaniosłam do łazienki, a za małe wrzuciłam do nowego worka. Rozejrzałam się zadowolona. Biernie czysto. Byłam z siebie dumna. Ostatni raz sprzątałam tu jakieś... pół roku temu? No, coś koło tego.
Wytarłam zakurzone półki i ustawiłam na nich książki, podręczniki, pamiątki z wycieczek i własnoręcznie robione, dziwne, a miejscami nawet straszne rzeczy. Bo jak inaczej określić długie patyki do szaszłyków pomalowane bordowym lakierem i wbite w plastelinę znajdującą się w czarnym słoiku?
Przejechałam palcem po zakurzonej okładce ulubionej książki. Dostałam ją od Vivienne na czternaste urodziny. Jej tytuł to 'Ostre narzędzia'. Pisana dziwnym i miejscami niezrozumiałym językiem, odzwierciedlała mój ówczesny nastrój. Przejechałam ręką po bliznach na lewym przedramieniu. Były już ledwo widoczne, ale nadal pamiętałam ten strach, zdezorientowanie i wewnętrzny ból, który mną kierował. Trwało to koło czterech lub pięciu miesięcy, ale wyniszczyło mnie bardziej, niż cokolwiek innego. Byłam wrakiem jeszcze przez długi czas. Odechciało mi się nawet gry w koszykówkę. Dopiero kiedy nie chciałam iść na jeden z meczy, tata zorientował się, że coś jest nie tak. Skrzywiłam się lekko, pocierając kciukiem zaróżowioną bliznę. Mimo, że nie chcę nawet wracać myślami do tamtego czasu, jestem z siebie dumna. Wyszłam z tego, wygrywając z własną słabością. Gdyby nie tamten czas, nie byłabym tym kim jestem teraz.
Odłożyłam książkę na miejsce i rzuciłam się na łóżko. Zamknęłam oczy i wsłuchując się w muzykę, powoli przypominałam sobie całe swoje życie. Od najmłodszych lat było pasmem wielkich i mniejszych porażek z nielicznymi wygranymi. A co jeśli skończyłabym to wszystko teraz? Nie lepiej odrodzić się na nowo, gdzieś indziej i zacząć wszystko od początku? Może...
-Daisy! Skończyłaś? - zawołała Shane wchodząc do pokoju. Przytaknęłam wstając i wyłączając muzykę. - W takim razie musimy pogadać - powiedziała z poważnym wyrazem twarzy. Gdyby nie to, że codziennie nakłada na nią tonę wodoodpornej gładzi szpachlowej zwanej potocznie podkładem, byłaby naprawdę ładną kobietą.
Przeszłyśmy do salonu. Ja wybrałam fotel kładąc się w poprzek niego, a Shane usiadła na sofie. Patrzyłyśmy na siebie długo. Wyczekiwałam zniecierpliwiona, co dziewczyna taty chce mi powiedzieć. Przecież przerwała mi mój jakże piękny monolog o swojej żałosnej przeszłości. W końcu, kiedy otworzyła usta, padło z nich tylko długie, przeciągłe westchnięcie.
-O czym chciałaś pogadać? - spytałam. Wiedziałam, że jeśli ja nie zacznę tej rozmowy, to będziemy tak siedzieć do końca świata i kilka dni dłużej.
-Jak tu zacząć.. Chyba wiesz, że kocham twojego ojca, a dla ciebie chcę jak najlepiej, ale czuję, że... Nie. Źle. Moment. Daj pozbierać mi myśli - powiedziała z wahaniem, patrząc na mnie przepraszającym wzrokiem. Pomasowała nasadę nosa, a ja grzecznie siedziałam, czekając na ciąg dalszy tej zajmującej opowieści. Nie licząc naszych niemogących się zgrać oddechów, było zupełnie cicho. Do czasu. Nagle na klatce dało się słyszeć huk i ciche stękanie rannego człowieka. Poderwałyśmy się do góry i wypadłyśmy na schody.
-Mat! - zawołałam widząc jak chłopak pociera czerwoną czuprynę. - Co się stało?
-Zmęczony jestem. Szedłem sobie i przystanąłem, żeby zawiązać buta. Przysnęło mi się i zleciałem ze schodów. Nie pytaj czemu - burknął zażenowany. Wstał i chwiejnie zaczął się wspinać na górę.Podbiegłam do niego i zarzuciłam sobie jego ramię na kark. Z wdzięcznością oparł się o mnie, więc poprowadziłam go do jego mieszkania i wyszłam, zamykając za sobą drzwi. Wróciłam do Shane, która wciąż nie kojarzyła co się właśnie stało.
-Kto to? - spytała słabym głosem. Przez chwilę miałam wrażenie, że był zabarwiony matczyną troską.
-Matthias. Nasz sąsiad i mój nowy kolega.
-On powiedział, że jest zmęczony? I zasnął? Na schodach?! A jeśli jest jakimś pijakiem? Albo należy do gangu i jest zmęczony po jakimś napadzie na sklep?! Widziałaś te jego czerwone włosy?! I miał kolczyk w ustach! Duży, umięśniony! Pewno jakiś zabijaka! - zaczęła trajkotać przejęta, kiedy usiadłam w kuchni czekając na herbatę. Shane krzątała się po pomieszczeniu przygotowując mój napój.
-Wydaje mi się, że nie jest kryminalistą. Spokojnie. Znam go. Miał dziś ciężki mecz. Byłam, widziałam i buty z masła zgubiłam. On gra w kosza, a jeśli lubi swój wygląd, to co nam do tego? - wytłumaczyłam spokojnie. Shane postawiła czajnik na kuchenkę i usiadła naprzeciwko mnie. Oparła przedramiona o stół i złączyła dłonie w piramidkę, po czym wzięła głęboki wdech.
-Powiem wprost. Mam wrażenie, że nie akceptujesz mnie jako partnerki swojego ojca. Wiem o twojej mamie i bardzo mi przykro z tego powodu, ale twój tata też ma prawo do szczęścia - wyrzuciła z siebie. Heh, tak jak myślałam. Martwiło ją moje zachowanie. Byłam w stosunku do niej dość oziębła i zachowywałam ostrożny dystans, jak do każdego nieznajomego. Tylko czekałam aż to zauważy.
-Spokojnie. Jestem na drodze rozumienia tego, że tata może nie chcieć być teraz sam. Oczywiście, znajdę dość dużo argumentów na to, że nie powinien znajdywać sobie dziewczyny tak szybko, ale to nie o to mi chodzi, kiedy zachowuję się w taki sposób w stosunku do ciebie - siadając na krześle po turecku. Oparłam łokcie na kolanach, splatając dłonie pod brodą. Pytające spojrzenie Shane odnalazło mój wzrok.
-Więc czemu mnie nie chcesz zaakceptować? - spytała po kilku sekundach ciszy. Westchnęłam głęboko. Głupia jest, czy chce to usłyszeć prosto ode mnie? Naprawdę nie zauważyła, co próbuje zrobić? Czas jej to uświadomić, bo coś mi się wydaje, że niedługo z dziewczyny taty może zamienić się w moją macochę.
-Nie dość, że próbujesz mi zastąpić mamę, to chcesz mnie zmienić w swoją kopię. Ciągle mówisz, że jestem mało dziewczęca, że powinnam się inaczej ubierać, że mam jeść co innego niż zawsze - wzięłam głęboki oddech, uspokajając emocje, które lada chwila wyrwałyby się spod kontroli. Kiedy udało mi się trochę uspokoić, znów zaczęłam mówić. - Teraz wyobraź sobie, że jesteś na moim miejscu i ja z ciebie próbuję zrobić swojego totalnie niedziewczęcego klona. Niezbyt miła wizja, prawda? - powiedziałam spokojnie. Shane zamyśliła się, zamykając oczy. Po kilku sekundach jej twarz wykrzywiła się nieznacznie.
-Ok. Rozumiem już co masz na myśli. Przepraszam za to - mruknęła zawstydzona. - Spróbujmy od nowa, dobrze? To nie tak, że chcę ci zastąpić matkę, bo wiem, że nikt ci jej nie zastąpi. Nie będę ci też zwracać uwagi na ubrania i dietę, dobrze? Pod jednym warunkiem. jeśli tak zrobię, zmienisz swoje nastawienie do mnie.
-Oczywiście. To działa w obie strony. Ty się zmienisz, ja się zmienię - uśmiechnęłam się lekko. Po chwili ziewnęłam szeroko. - Sorka, ale zmęczyłam się sprzątaniem, a jeszcze muszę odrobić lekcje. Ja spadam do siebie.
-Dobrze. Zrobić ci coś do jedzenia? - spytała ugodowo. Świat się kończy. Wezwijcie jakąś organizację rządową, bo kosmici mi podmienili macochę na jednego ze swoich.
-jakbyś mogła, to zrób te swoje naleśniki z serem i dżemem... Dzięki - uśmiechnęłam się miło, uciekając z kuchni. Z o wiele mniejszym szczęściem i zaangażowaniem wyciągnęłam podręczniki na poniedziałek. Rzuciłam je na łóżko i odblokowałam komórkę. Zaśmiałam się cicho. Nikki już wysłała mi wszystkie numery ćwiczeń zadanych do domu. Spojrzałam na czas dostarczenia wiadomości. Niegrzeczna dziewczynka. Wysyłała je w trakcie każdej lekcji. Spojrzałam na zegarek. Dochodziła szósta. Westchnęłam głęboko i usiadłam na łóżku. Wzięłam do rąk książki i patrząc pobieżnie na smsy od Nikki, szybko odrobiłam lekcje. Nie mając już nic do roboty, zajrzałam do kuchni. Shane krzątała się po niej rozrabiając ciasto na naleśniki i przygotowując twaróg, więc ja skierowałam się do łazienki. Zamknęłam się w niej na klucz. Zdjęłam koszulkę, spodnie i skarpetki stając boso na zimnych kafelkach. Wzdrygnęłam się czując przeszywający chłód. Przestąpiłam z nogi na nogę, wciąż lekko drgając. Rozpuściłam włosy, potrząsając delikatnie głową. Zdjęłam bieliznę i nago weszłam do wanny. Skuliłam się w niej oplatając ramionami kolana. Oparłam głowę o przedramiona i zamknęłam oczy. Zimno mi. Cholernie zimno. Nieprzyjemny chłód otulał moją skórę. Podniosłam głowę i wzięłam do ręki korek. Zatkałam otwór wanny i nalałam ciepłej włosy po brzegi. O tak. To było to, czego teraz potrzebowałam. Chwyciłam gąbkę i umyłam się, jak zwykle zużywając za dużo płynu. Wyszorowałam głowę i włosy swoim ulubionym szamponem, spłukałam je dokładnie i wstałam. Zmniejszyłam strumień wody lecący ze słuchawki prysznica i wzięłam głęboki oddech. Opłukałam ciało zimną wodą, wyskoczyłam z wanny i szybko się wytarłam. Sięgając do suszarki po czyste majtki, zerknęłam w lustro, po czym zamarłam. Powoli się wyprostowałam i stanęłam przed zwierciadłem.
czemu rozdziału 6 nikt nie czyta ;______;
przecież tam jest już o koszykówce nareszcie coś napisane no ;______;
***
Różnica punktów - 14
Czasu do końca - 19 minut 30 sekund
Stosowanie się do moich rad - maksymalne.
Teraz piłka należała do Nikki, która biegła sama na kosz. Dopadła do niej Elizabeth. Długie podanie id Nicole do Risky przeleciało przez pół boiska. Widziałam wyraźnie, że się boi i nadal nie była gotowa. Każdy mięsień miała napięty. Źle! dziewczyno! Rozluźnij się! Chciała podać do Amy, ale przed nią stała Nataly. Jeśli Risky teraz nic nie zrobi, wygwiżdżą przetrzymanie.
-Risky! Idź sama! - wrzasnęłam z całych sił. Dziewczyna jakby obudziła się z transu. Spojrzała przeciwniczce w oczy i zaczęła kozłować prawą ręką. Crossover do lewej, znów do prawej, z prawej do lewej pod nogami, kozłowanie lewą. Cofnęła się lekko i pobiegła do przodu. Sama! Dała radę! Biegła pod kosz. Wszystko szło dobrze, póki nie została zatrzymana przed linią rzutów za trzy. Rzuciła na chybił trafił. Została wytrącona z równowagi. Była skupiona, ale nagłe pojawienie się przeciwniczki zachwiało jej pewnością siebie. Piłka odbiła się od obręczy. Nagle zobaczyłam rękę, która złapała piłkę i wsadziła ją w siatkę. Otworzyłam szeroko usta. Tego się nie spodziewałam. Amy, czemu wcześniej o tobie nie słyszałam? Pytam, czemu?
Akcje były coraz bardziej zaciekłe. Punktów przybywało, czasu ubywało, a ja czułam jakbym oglądała mecz amatorów z dolnej półki. Miało być pięknie, a wyszło jak zwykle. Przyznaję, dziewczyny robiły co mogły, zbierały punkty, ale nie czułam żądnej więzi czy nawet nici zrozumienia między nimi. Płynności ruchów też ze świecą szukać.
Zostało 5 sekund meczu. Westchnęłam głęboko. Zdobędą najwyżej jeden kosz, to wszystko. Koniec. Miałam dość. Poza pierwszą akcją nie było żadnych wyskoków czy czegoś ponad normę. Pokazałam palcem na drzwi. Nikki skinęła głową. Zabrałam plecak i wyszłam. Przynajmniej miałam satysfakcję z tego, że pokierowałam trochę dziewczynami. Mimo, że moje myśli były daleko od miejsca, w którym byłam, czułam na sobie wzrok Simona. Ignorując wszystko, poszłam do domu, w którym czekało na mnie różowo-białe piekło.
Otworzyłam drzwi i zostałam od progu zaatakowana przez słodki aromat cukierni. Zsunęłam buty ze stóp i poszłam do swojego pokoju. Rzuciłam plecak na łóżko i odpaliłam komputer. Wyszłam z pokoju już w dresowej bluzie i za dużych, białych dresach w czerwoną kratę.
-Daisy? To ty? - zawołała Shane z kuchni. Zamiast jej odpowiedzieć, weszłam do pomieszczenia i otworzyłam lodówkę. - Czas posprzątać pokój, nie sądzisz? - powiedziała stając za mną z czarnymi, foliowymi workami. Zjadłam szybko kanapkę, popijając ją wodą i poszłam szybkim krokiem do swojego pokoju. Shane podążała za mną, szeleszcząc workami. Otworzyłam drzwi i weszłam do środka potykając się o zagubione przed tygodniem dżinsy. Złapałam równowagę i obejrzałam się na Shane, ale ona nadal stała w progu. Wpatrywała się w podłogę, której nie było widać zza porozrzucanych ubrań, brudnych talerzy i śmieci.
-Co to jest? - wyjąkała, wskazując stertę ciuchów za łóżkiem. Wzruszyłam ramionami.
-Mój pokój - odpowiedziałam. Po chwili wahania, kobieta podeszła do mnie, wręczyła mi worki i powiedziała, że do jednego mam wrzucić śmieci, do drugiego - ubrania do wyrzuceni, a do trzeciego - za małe ciuchy. Zatrzasnęła za sobą drzwi życząc mi powodzenia. Westchnęłam głęboko. To będzie długie popołudnie.
Włączyłam muzykę na całą dostępną głośność i zaczęłam rozbrajać powoli bombę, którą była skorupa okrywająca moją podłogę.
-O. Szukałam go - powiedziałam, podnosząc dwoma palcami stanik, w którym była czerwona galaretka. Wrzuciłam bieliznę do jednego z worków i przekopywałam się dalej. Oprócz swojego ulubionego, brązowego kubka z ryjkiem renifera, znalazłam jeszcze dwie pary spodni, trzy koszulki, dwanaście talerzy i swojego pluszaka, który uważany był za zaginionego. Wyniosłam worki na korytarz i wróciłam do swojego pokoju. - Wow. Ja mam podłogę! - zawołałam widząc jasnobrązowe panele. Skrzywiłam się widząc na nich różnokolorowe plamy. Umyłam podłogę i z braku ciekawszego zajęcia, wyrzuciłam ciuchy z szafy. Posegregowałam je, zdziwiona widokiem niektórych ubrań. Czyste włożyłam z powrotem, brudne zaniosłam do łazienki, a za małe wrzuciłam do nowego worka. Rozejrzałam się zadowolona. Biernie czysto. Byłam z siebie dumna. Ostatni raz sprzątałam tu jakieś... pół roku temu? No, coś koło tego.
Wytarłam zakurzone półki i ustawiłam na nich książki, podręczniki, pamiątki z wycieczek i własnoręcznie robione, dziwne, a miejscami nawet straszne rzeczy. Bo jak inaczej określić długie patyki do szaszłyków pomalowane bordowym lakierem i wbite w plastelinę znajdującą się w czarnym słoiku?
Przejechałam palcem po zakurzonej okładce ulubionej książki. Dostałam ją od Vivienne na czternaste urodziny. Jej tytuł to 'Ostre narzędzia'. Pisana dziwnym i miejscami niezrozumiałym językiem, odzwierciedlała mój ówczesny nastrój. Przejechałam ręką po bliznach na lewym przedramieniu. Były już ledwo widoczne, ale nadal pamiętałam ten strach, zdezorientowanie i wewnętrzny ból, który mną kierował. Trwało to koło czterech lub pięciu miesięcy, ale wyniszczyło mnie bardziej, niż cokolwiek innego. Byłam wrakiem jeszcze przez długi czas. Odechciało mi się nawet gry w koszykówkę. Dopiero kiedy nie chciałam iść na jeden z meczy, tata zorientował się, że coś jest nie tak. Skrzywiłam się lekko, pocierając kciukiem zaróżowioną bliznę. Mimo, że nie chcę nawet wracać myślami do tamtego czasu, jestem z siebie dumna. Wyszłam z tego, wygrywając z własną słabością. Gdyby nie tamten czas, nie byłabym tym kim jestem teraz.
Odłożyłam książkę na miejsce i rzuciłam się na łóżko. Zamknęłam oczy i wsłuchując się w muzykę, powoli przypominałam sobie całe swoje życie. Od najmłodszych lat było pasmem wielkich i mniejszych porażek z nielicznymi wygranymi. A co jeśli skończyłabym to wszystko teraz? Nie lepiej odrodzić się na nowo, gdzieś indziej i zacząć wszystko od początku? Może...
-Daisy! Skończyłaś? - zawołała Shane wchodząc do pokoju. Przytaknęłam wstając i wyłączając muzykę. - W takim razie musimy pogadać - powiedziała z poważnym wyrazem twarzy. Gdyby nie to, że codziennie nakłada na nią tonę wodoodpornej gładzi szpachlowej zwanej potocznie podkładem, byłaby naprawdę ładną kobietą.
Przeszłyśmy do salonu. Ja wybrałam fotel kładąc się w poprzek niego, a Shane usiadła na sofie. Patrzyłyśmy na siebie długo. Wyczekiwałam zniecierpliwiona, co dziewczyna taty chce mi powiedzieć. Przecież przerwała mi mój jakże piękny monolog o swojej żałosnej przeszłości. W końcu, kiedy otworzyła usta, padło z nich tylko długie, przeciągłe westchnięcie.
-O czym chciałaś pogadać? - spytałam. Wiedziałam, że jeśli ja nie zacznę tej rozmowy, to będziemy tak siedzieć do końca świata i kilka dni dłużej.
-Jak tu zacząć.. Chyba wiesz, że kocham twojego ojca, a dla ciebie chcę jak najlepiej, ale czuję, że... Nie. Źle. Moment. Daj pozbierać mi myśli - powiedziała z wahaniem, patrząc na mnie przepraszającym wzrokiem. Pomasowała nasadę nosa, a ja grzecznie siedziałam, czekając na ciąg dalszy tej zajmującej opowieści. Nie licząc naszych niemogących się zgrać oddechów, było zupełnie cicho. Do czasu. Nagle na klatce dało się słyszeć huk i ciche stękanie rannego człowieka. Poderwałyśmy się do góry i wypadłyśmy na schody.
-Mat! - zawołałam widząc jak chłopak pociera czerwoną czuprynę. - Co się stało?
-Zmęczony jestem. Szedłem sobie i przystanąłem, żeby zawiązać buta. Przysnęło mi się i zleciałem ze schodów. Nie pytaj czemu - burknął zażenowany. Wstał i chwiejnie zaczął się wspinać na górę.Podbiegłam do niego i zarzuciłam sobie jego ramię na kark. Z wdzięcznością oparł się o mnie, więc poprowadziłam go do jego mieszkania i wyszłam, zamykając za sobą drzwi. Wróciłam do Shane, która wciąż nie kojarzyła co się właśnie stało.
-Kto to? - spytała słabym głosem. Przez chwilę miałam wrażenie, że był zabarwiony matczyną troską.
-Matthias. Nasz sąsiad i mój nowy kolega.
-On powiedział, że jest zmęczony? I zasnął? Na schodach?! A jeśli jest jakimś pijakiem? Albo należy do gangu i jest zmęczony po jakimś napadzie na sklep?! Widziałaś te jego czerwone włosy?! I miał kolczyk w ustach! Duży, umięśniony! Pewno jakiś zabijaka! - zaczęła trajkotać przejęta, kiedy usiadłam w kuchni czekając na herbatę. Shane krzątała się po pomieszczeniu przygotowując mój napój.
-Wydaje mi się, że nie jest kryminalistą. Spokojnie. Znam go. Miał dziś ciężki mecz. Byłam, widziałam i buty z masła zgubiłam. On gra w kosza, a jeśli lubi swój wygląd, to co nam do tego? - wytłumaczyłam spokojnie. Shane postawiła czajnik na kuchenkę i usiadła naprzeciwko mnie. Oparła przedramiona o stół i złączyła dłonie w piramidkę, po czym wzięła głęboki wdech.
-Powiem wprost. Mam wrażenie, że nie akceptujesz mnie jako partnerki swojego ojca. Wiem o twojej mamie i bardzo mi przykro z tego powodu, ale twój tata też ma prawo do szczęścia - wyrzuciła z siebie. Heh, tak jak myślałam. Martwiło ją moje zachowanie. Byłam w stosunku do niej dość oziębła i zachowywałam ostrożny dystans, jak do każdego nieznajomego. Tylko czekałam aż to zauważy.
-Spokojnie. Jestem na drodze rozumienia tego, że tata może nie chcieć być teraz sam. Oczywiście, znajdę dość dużo argumentów na to, że nie powinien znajdywać sobie dziewczyny tak szybko, ale to nie o to mi chodzi, kiedy zachowuję się w taki sposób w stosunku do ciebie - siadając na krześle po turecku. Oparłam łokcie na kolanach, splatając dłonie pod brodą. Pytające spojrzenie Shane odnalazło mój wzrok.
-Więc czemu mnie nie chcesz zaakceptować? - spytała po kilku sekundach ciszy. Westchnęłam głęboko. Głupia jest, czy chce to usłyszeć prosto ode mnie? Naprawdę nie zauważyła, co próbuje zrobić? Czas jej to uświadomić, bo coś mi się wydaje, że niedługo z dziewczyny taty może zamienić się w moją macochę.
-Nie dość, że próbujesz mi zastąpić mamę, to chcesz mnie zmienić w swoją kopię. Ciągle mówisz, że jestem mało dziewczęca, że powinnam się inaczej ubierać, że mam jeść co innego niż zawsze - wzięłam głęboki oddech, uspokajając emocje, które lada chwila wyrwałyby się spod kontroli. Kiedy udało mi się trochę uspokoić, znów zaczęłam mówić. - Teraz wyobraź sobie, że jesteś na moim miejscu i ja z ciebie próbuję zrobić swojego totalnie niedziewczęcego klona. Niezbyt miła wizja, prawda? - powiedziałam spokojnie. Shane zamyśliła się, zamykając oczy. Po kilku sekundach jej twarz wykrzywiła się nieznacznie.
-Ok. Rozumiem już co masz na myśli. Przepraszam za to - mruknęła zawstydzona. - Spróbujmy od nowa, dobrze? To nie tak, że chcę ci zastąpić matkę, bo wiem, że nikt ci jej nie zastąpi. Nie będę ci też zwracać uwagi na ubrania i dietę, dobrze? Pod jednym warunkiem. jeśli tak zrobię, zmienisz swoje nastawienie do mnie.
-Oczywiście. To działa w obie strony. Ty się zmienisz, ja się zmienię - uśmiechnęłam się lekko. Po chwili ziewnęłam szeroko. - Sorka, ale zmęczyłam się sprzątaniem, a jeszcze muszę odrobić lekcje. Ja spadam do siebie.
-Dobrze. Zrobić ci coś do jedzenia? - spytała ugodowo. Świat się kończy. Wezwijcie jakąś organizację rządową, bo kosmici mi podmienili macochę na jednego ze swoich.
-jakbyś mogła, to zrób te swoje naleśniki z serem i dżemem... Dzięki - uśmiechnęłam się miło, uciekając z kuchni. Z o wiele mniejszym szczęściem i zaangażowaniem wyciągnęłam podręczniki na poniedziałek. Rzuciłam je na łóżko i odblokowałam komórkę. Zaśmiałam się cicho. Nikki już wysłała mi wszystkie numery ćwiczeń zadanych do domu. Spojrzałam na czas dostarczenia wiadomości. Niegrzeczna dziewczynka. Wysyłała je w trakcie każdej lekcji. Spojrzałam na zegarek. Dochodziła szósta. Westchnęłam głęboko i usiadłam na łóżku. Wzięłam do rąk książki i patrząc pobieżnie na smsy od Nikki, szybko odrobiłam lekcje. Nie mając już nic do roboty, zajrzałam do kuchni. Shane krzątała się po niej rozrabiając ciasto na naleśniki i przygotowując twaróg, więc ja skierowałam się do łazienki. Zamknęłam się w niej na klucz. Zdjęłam koszulkę, spodnie i skarpetki stając boso na zimnych kafelkach. Wzdrygnęłam się czując przeszywający chłód. Przestąpiłam z nogi na nogę, wciąż lekko drgając. Rozpuściłam włosy, potrząsając delikatnie głową. Zdjęłam bieliznę i nago weszłam do wanny. Skuliłam się w niej oplatając ramionami kolana. Oparłam głowę o przedramiona i zamknęłam oczy. Zimno mi. Cholernie zimno. Nieprzyjemny chłód otulał moją skórę. Podniosłam głowę i wzięłam do ręki korek. Zatkałam otwór wanny i nalałam ciepłej włosy po brzegi. O tak. To było to, czego teraz potrzebowałam. Chwyciłam gąbkę i umyłam się, jak zwykle zużywając za dużo płynu. Wyszorowałam głowę i włosy swoim ulubionym szamponem, spłukałam je dokładnie i wstałam. Zmniejszyłam strumień wody lecący ze słuchawki prysznica i wzięłam głęboki oddech. Opłukałam ciało zimną wodą, wyskoczyłam z wanny i szybko się wytarłam. Sięgając do suszarki po czyste majtki, zerknęłam w lustro, po czym zamarłam. Powoli się wyprostowałam i stanęłam przed zwierciadłem.
Gruba.
Brzydka.
Nic nie warta.
Poczułam, że żołądek podchodzi mi do gardła, ale siłą powstrzymałam mdłości. Ubrałam się w piżamę, rozczesałam włosy i poszłam zjeść pyszne naleśniki Shane.
Do końca dnia nie dałam rady patrzeć w lustro.
***
witać żegnać ten rozdział być zbyt dziwny
no może nie dziwny, ale taki trochę zbyt...
użalający się jak na mnie.
obiecuję, że następny będzie normalniejszy xD
brechtam, bo właśnie go czytam xDD
polecam tą piosenkę pis joł
jest trochę schiza xD
miłego słuchania i w ogóle xD
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)