Aktualnie siedze w domu chora na wszystkie możliwe sposoby.
Nudzi mi sie.
Meh.
Nudzi mi sie.
Meh.
***
Przecisnęłyśmy się miedzy ludźmi i weszłyśmy na balkon, który znajdował się za ostatnim stopniem trybun. usiadłyśmy na ziemi, przewieszając nogi miedzy prętami barierek. Mecz trwał już kilka minut i nasi wygrywali 10-4. Cóż, można było się tego spodziewać. Przecież męska drużyna liceum D składała się z Alfy i jego mięśniaków. Uśmiechnęłam się ironicznie. Nie mieli najmniejszych szans. Ich ranienie przeciwników nie skutkowało, kiedy grali z naszymi. Simon właśnie zrobił wsada, więc zaklaskałam najmocniej jak umiałam, rekompensując tym brak mojego triumfalnego krzyku. Mimo, że siedziałam najwyżej i kryła mnie masa ludzi, Simon spojrzał na mnie z uśmiechem. Wyszczerzyłam się szeroko, majtając nogami. Nagle przypomniał mi się moment, w którym pogłębiło się moje czary-mary. Poderwałam się do góry, nie zważając na mdłości i promieniujący ból. Gdzie on jest? Gdzie on jest? Rozglądałam się po trybunach na wszystkie strony. Dokładnie przeczesałam wzrokiem całą salę. I wtedy go zobaczyłam. Siedział tam z Andy'm, nie ruszył się z miejsca od mojego meczu. Nicole pociągnęła mnie delikatnie w dół i kazała mi siedzieć.
- Kurde, kobieto. Ty serio nie dasz rady usiedzieć kilku minut w miejscu chociaż po to, żeby przestało Cię aż tak boleć? - warknęła, trzepiąc mnie po głowie zeszytem. Nawet na nią nie spojrzałam.
- Wiesz co? Jednak nie jestem szalona - powiedziałam, przyciągając kolana do klatki piersiowej i oplatając je ramionami. Nikki spojrzała na mnie zdziwiona. - Podczas meczu.. Słyszałam go. Myślałam, że mi się przesłyszało, ale on naprawdę tam siedzi. Patrz - wskazałam prosto na czerwone, sterczące w każdą stronę włosy. - Mat tam jest - powiedziałam. Nicole spojrzała we wskazanym przeze mnie kierunku, a po chwili jej szczeka opadła do ziemi.
- Ale co on tu robi? Przecież z tego co mi opowiadałaś, to bardzo się pokłóciliście - wyjąkała. Wzruszyłam ramionami, uśmiechając się szeroko. Zdecydowałam. Pójdę dziś do niego i z nim pogadam. Po tej decyzji mój dobry humor powrócił na stałe i nie zważając na próby utrzymania mnie w pozycji siedzącej przez Nikki, skakałam wrzeszcząc na cały głos razem z innymi widzami. Dopingowanie swojej drużyny też może być fajną zabawą, szczególnie, kiedy Simon po każdym trafionym koszu uśmiechał się do mnie. W końcu mecz skończył się wynikiem 99-32 dla nas. Zostawiłam plecak pod opieką Nikki i ruszyłam biegiem w stronę wyjścia z balkonu. Za drzwiami skręciłam w prawo, zbiegłam po schodach, znów skręciłam w prawo, by po chwili wpaść na salę gimnastyczną i wbić na boisko. Biegłam z uśmiechem wprost na Simona. Czekał z otwartymi ramionami. Rzuciłam mu się na szyję, a on przytulił mnie mocno. Po chwili postawił mnie na ziemi i popatrzyliśmy sobie w oczy. Uśmiechnęłam się szeroko, a chłopak nachylił się w moja stronę.
- Czekaj przed szkołą - szepnął mi na ucho i puścił do mnie perskie oko. Skinęłam głową i pobiegłam z powrotem do Nicole, która stała już na korytarzu przed salą. Podała mi plecak z niejakim wyrzutem.
- Co to miało być? Ja o czymś nie wiem? - spytała, a ja zaprzeczyłam gwałtownie. Nicole była jedyną osobą na całym świecie, która wiedziała o mnie wszystko, i której nigdy bym nie okłamała, więc to, że o czymś nie wiedziała było wykluczone. Z szerokimi uśmiechami ruszyłyśmy w podskokach do szatni. I tam zaczęła się rewolucja. Ledwo dobiegłam do toalety, ale na szczęście nie obrzygałam całej kabiny. Kiedy wyszłam i zaczęłam płukać usta, Nikki skwitowała to cichym "to sobie dziś nie pobiegasz", co potwierdziłam z całą pewnością. Pożegnałam się z przyjaciółką i zgodnie z obietnicą, stanęłam obok drzwi wejściowych czekając na Simona. Rozglądałam się nerwowo, drżąc z zimna. Miałam nadzieję, że Mat jeszcze tu był. Mogłabym pogadać z nim teraz i byłoby po sprawie. Myliłam się. Zobaczyłam jego czerwoną czuprynę po drugiej stronie ulicy. Właśnie wsiadał do autobusu. Westchnęłam głęboko. Bycie jego sąsiadem było dobrą sprawą, bo mogłam po prostu czatować na niego pod drzwiami i czekać na jego powrót do domu. Zaśmiałam się, widząc oczami wyobraźni siebie siedzącą ze stetoskopem przy drzwiach i nasłuchującej czy ktoś nie nadchodzi. Nagle zawiał porywisty, zimny wiatr, wybijając mi z głowy takie myśli. Znów zadrżałam, klnąc na zimę. W tym momencie przyrzekłam sobie, że zacznę nosić grubszą kurtkę i rękawiczki.
- Kurde, kobieto. Ty serio nie dasz rady usiedzieć kilku minut w miejscu chociaż po to, żeby przestało Cię aż tak boleć? - warknęła, trzepiąc mnie po głowie zeszytem. Nawet na nią nie spojrzałam.
- Wiesz co? Jednak nie jestem szalona - powiedziałam, przyciągając kolana do klatki piersiowej i oplatając je ramionami. Nikki spojrzała na mnie zdziwiona. - Podczas meczu.. Słyszałam go. Myślałam, że mi się przesłyszało, ale on naprawdę tam siedzi. Patrz - wskazałam prosto na czerwone, sterczące w każdą stronę włosy. - Mat tam jest - powiedziałam. Nicole spojrzała we wskazanym przeze mnie kierunku, a po chwili jej szczeka opadła do ziemi.
- Ale co on tu robi? Przecież z tego co mi opowiadałaś, to bardzo się pokłóciliście - wyjąkała. Wzruszyłam ramionami, uśmiechając się szeroko. Zdecydowałam. Pójdę dziś do niego i z nim pogadam. Po tej decyzji mój dobry humor powrócił na stałe i nie zważając na próby utrzymania mnie w pozycji siedzącej przez Nikki, skakałam wrzeszcząc na cały głos razem z innymi widzami. Dopingowanie swojej drużyny też może być fajną zabawą, szczególnie, kiedy Simon po każdym trafionym koszu uśmiechał się do mnie. W końcu mecz skończył się wynikiem 99-32 dla nas. Zostawiłam plecak pod opieką Nikki i ruszyłam biegiem w stronę wyjścia z balkonu. Za drzwiami skręciłam w prawo, zbiegłam po schodach, znów skręciłam w prawo, by po chwili wpaść na salę gimnastyczną i wbić na boisko. Biegłam z uśmiechem wprost na Simona. Czekał z otwartymi ramionami. Rzuciłam mu się na szyję, a on przytulił mnie mocno. Po chwili postawił mnie na ziemi i popatrzyliśmy sobie w oczy. Uśmiechnęłam się szeroko, a chłopak nachylił się w moja stronę.
- Czekaj przed szkołą - szepnął mi na ucho i puścił do mnie perskie oko. Skinęłam głową i pobiegłam z powrotem do Nicole, która stała już na korytarzu przed salą. Podała mi plecak z niejakim wyrzutem.
- Co to miało być? Ja o czymś nie wiem? - spytała, a ja zaprzeczyłam gwałtownie. Nicole była jedyną osobą na całym świecie, która wiedziała o mnie wszystko, i której nigdy bym nie okłamała, więc to, że o czymś nie wiedziała było wykluczone. Z szerokimi uśmiechami ruszyłyśmy w podskokach do szatni. I tam zaczęła się rewolucja. Ledwo dobiegłam do toalety, ale na szczęście nie obrzygałam całej kabiny. Kiedy wyszłam i zaczęłam płukać usta, Nikki skwitowała to cichym "to sobie dziś nie pobiegasz", co potwierdziłam z całą pewnością. Pożegnałam się z przyjaciółką i zgodnie z obietnicą, stanęłam obok drzwi wejściowych czekając na Simona. Rozglądałam się nerwowo, drżąc z zimna. Miałam nadzieję, że Mat jeszcze tu był. Mogłabym pogadać z nim teraz i byłoby po sprawie. Myliłam się. Zobaczyłam jego czerwoną czuprynę po drugiej stronie ulicy. Właśnie wsiadał do autobusu. Westchnęłam głęboko. Bycie jego sąsiadem było dobrą sprawą, bo mogłam po prostu czatować na niego pod drzwiami i czekać na jego powrót do domu. Zaśmiałam się, widząc oczami wyobraźni siebie siedzącą ze stetoskopem przy drzwiach i nasłuchującej czy ktoś nie nadchodzi. Nagle zawiał porywisty, zimny wiatr, wybijając mi z głowy takie myśli. Znów zadrżałam, klnąc na zimę. W tym momencie przyrzekłam sobie, że zacznę nosić grubszą kurtkę i rękawiczki.
- Hej, zmarzlaku - usłyszałam od strony drzwi. Odwróciłam się i przytrzymując włosy ręką, uśmiechnęłam się do Simona. Zadrżałam, tym razem widocznie bardziej niż do tej pory. Simon rozpiął sportową torbę, wyjął z niej polarową bluzę i narzucił mi ją na plecy. Włożyłam ją, dziękując cicho. Schowałam ręce do kieszeni, ale moje zmarznięte dłonie też wypatrzył, bo rzucił mi w głowę rękawiczką. Wciągnęłam ją na lewą dłoń, a prawą wcisnęłam z powrotem do kieszeni. Spojrzałam na Simona zmieszana i trochę zdezorientowana. Wyciągnął w moją stronę dłoń, na której nie miał rękawiczki. Raz kozie śmierć i studni woda. Złapałam jego ciepłą dłoń. Nie odzywając się, ruszyliśmy w stronę mojego domu. Cisza nie była niezręczna, po prostu nie czuliśmy potrzeby mówienia. Wystarczyła mi jego dłoń oplatająca moją.
- Chcesz wpaść? - spytałam, kiedy dotarliśmy pod mój blok. Simon pokręcił głową.
- Muszę iść do domu. Miałem dziś mamie pomóc w sprzątaniu - skrzywił się znacząco. Zaśmiałam się szczerze. Wyobraziłam go sobie w różowym fartuszku z falbankami i z miotełką w ręku. Po prostu zaniemogłam.
Simon ścisnął lekko moją dłoń. Spojrzałam na niego, pytając czy coś się stało. Pokręcił głową, puszczając moją rękę. Pożegnał się powoli, jakby ważył każde swoje słowo. Przytuliłam go z szerokim uśmiechem.
- Jesteś ciepły - powiedziałam, kiedy jego ramiona mnie oplotły. Zaśmiał się cicho. Odkleiliśmy się od siebie, a Simon poczochrał moje włosy. Zaśmiałam się, zdejmując z siebie jego bluzę i oddałam mu ją razem z jego rękawiczką. Pożegnaliśmy się jeszcze raz i skierowaliśmy swoje kroki każde w swoją stronę. Gdy tylko weszłam do mieszkania, poczułam zapach spalenizny. Powiesiłam kurtkę na wieszaku i skierowałam się do swojego pokoju. Przebrana w ciepłe dresy i gruby sweter, wróciłam do kuchni.
- Hej tato - powiedziałam, widząc ojca jedzącego spalone tosty. Przywitał mnie gestem ręki i mruknął coś z pełnymi ustami. Stanęłam przed otwartą lodówką i zaczęłam przeglądać jej zawartość.
- Dzwonił Peter - odezwał się wreszcie ojciec. - Mówił, że mam przypilnować, żebyś przez następne dwa dni nie ćwiczyła, nie biegała ani nic takiego - mruknął, przełykając swój ulubiony spalony prawie na węgiel chleb. Pokiwałam głową na znak, że zrozumiałam. - Tak w ogóle, gratulacje. Wygrałyście mecz, a ty najwyraźniej dostałaś jakiegoś motorka w tyłku, jak na początku gimnazjum.
Zaśmiałam się, przytakując. Chcąc zmienić niewygodny temat, zapytałam, co robimy w tym roku na święta. Tata skomentował to pewnym swojego zdania i zupełnie zdecydowanym "nie wiem", więc postanowiłam zostawić mu sprzątanie domu i ubranie choinki, a sama miałam zamiar przyrządzić wszystkie potrawy. Odłożyłam jednak swoje plany na kiedy indziej, zakopując się pod kocem z laptopem na kolanach. I tak zamierzałam siedzieć już do końca dnia. Nie mogłam zebrać się w sobie i pójść do Matthiasa. Tak, dokładnie. Jestem tchórzem jeśli chodzi o bliskich mi ludzi. Nagle ktoś zadzwonił do drzwi. Wstałam wzdychając ciężko. Niestety tata mnie uprzedził. Zanim wyszłam z pokoju usłyszałam dźwięk otwieranych drzwi. Już miałam wrócić do łóżka, kiedy usłyszałam znajomy głos.
- Dzień dobry. Jest Daisy? - spytał. Tata wydał mnie, mówiąc, że jestem i krzyknął do mnie. Wyszłam niechętnie na korytarz. Wiedziałam. - Chodź na chwilę - powiedział bez żadnego powitania. W drzwiach stał nie kto inny jak Matthias. Skinęłam głową, nałożyłam rozwalające się już adidasy i podążyłam za nim. Kiedy drzwi do jego mieszkania zamknęły się za mną, poczułam dreszcz niepokoju. Coś było nie tak. Chłopak, który był zawsze wybuchowy i łatwo ulegał emocjom, teraz wydawał mi się zbyt spokojny. - Usiądź w salonie, zaraz przyjdę - powiedział beznamiętnym głosem, a ja spełniłam jego polecenie, siadając powoli na fotelu. Zazwyczaj już bez jego zaproszenia skoczyłabym na kanapę, rozkładając się na całej długości. Ale nie teraz. Siedziałam normalnie i spokojnie na fotelu, tyłem do drzwi. Po chwili dołączył do mnie Mat, siadając naprzeciwko po przeciwnej stronie stołu. Popatrzył na mnie bezsilnie. Poczułam jakby rosnący na mnie pancerz. Co raz więcej i więcej warstw skrywało moje słabości, a ja już się nie bałam. Co miało się stać, to się stanie. Nie będę udawać ani ukrywać emocji. Zacisnęłam pięści, gotowa na słowny kontratak, jednak był jeden szczegół. Mat nie atakował. Patrzył na mnie uważnie, przeciągając tylko niezręczną ciszę.
- To.. Co chciałeś? - spytałam niepewnie. Mat jakby dopiero się obudził, przetarł oczy i westchnął głęboko.
- Mam do ciebie kilka pytań - powiedział wreszcie. Zachęciłam go ruchem dłoni. Zacisnęłam zęby. Mówże o co chodzi, zgredzie jeden, bo zaraz wykituję i to ty będziesz musiał mnie sprzątać... - Muszę się tylko upewnić w paru rzeczach. Mów co ci pierwsze do głowy przyjdzie...
- Nie baw się w psychologa, tylko mów - westchnęłam wreszcie.
- Dobra. Po pierwsze, czy uważasz Simona za dobrego człowieka? - spytał, a jego głos na powrót stał się pusty, jakby chciał ukryć wszystko co miał w sercu.
- Nie do końca. Nikt nie jest do końca dobry. Może i jest złośliwy, często wydaje się też szorstki i arogancki, ale tak naprawdę jest miły, opiekuńczy i troskliwy - wyliczyłam. Mat kiwnął głową.
- Uważasz, że nigdy by cię nie skrzywdził? - chłopak założył ręce na klatce piersiowej. Podrapałam się po głowie.
- To jasne, że nie raz bym była przez niego smutna, to chyba oczywiste, ale nie sądzę, żeby zrobił to kiedykolwiek zrobił to umyślnie - odparłam, podciągając kolana pod brodę. Pytania sypały się jak z worka bez dna. "Co o nim myślisz? Co ostatnio razem robiliście? Jak cię traktuje? O czym rozmawiacie? Patrzy na ciebie często? Co w nim lubisz? Co ci przeszkadza? Zrobił dla ciebie coś miłego? Robił ci na złość? Zasmucił cię czymś?"
- Coś jeszcze? - spytałam, czując się jak na przesłuchaniu. Odpowiadanie na wszystkie jego pytania było trochę wyczerpujące.
- Jeszcze jedno - powiedział cierpliwie. - Kochasz go?
Potwierdziłam bez zastanowienia, dokładnie tak, jak czułam. Mat westchnął, pocierając skronie i mruknął coś niewyraźnie. Spojrzałam na niego niepewnie, a kiedy spytałam czy coś właśnie powiedział, on podniósł na mnie zmęczony wzrok.
- Będę musiał się z tym pogodzić - powiedział, wyraźnie niezadowolony.
- Ale o co ci chodzi?! - zawołałam, wreszcie wybuchając. - Zadajesz mi pytania, które nawet nie wiem co ci dają!
- Martwię się, to tyle - wzruszył ramionami, jakby to przesłuchanie to była najzwyklejsza rzecz na świecie. Szczęka mi opadła, a w głowie zaczęła kiełkować pewna myśl. - Kocham cię. Jesteś dla mnie jak siostra, której nigdy nie miałem. Daj mi się trochę o siebie pomartwić. Z bratem nigdy nie mogłem się kłócić, urządzać bitew na poduszki, grać w cokolwiek, nie chciał jeść tego co mu ugotowałem.. Wszystko przez tą różnicę wieku. Czułem jakbym był jedynakiem i wtedy pojawiłaś się znowu ty.. Jesteś dla mnie jak młodsza siostra, więc pozwól się trochę pomartwić o siebie, co? - spojrzałam w jego oczy. Jego wzrok wyrażał niemą prośbę. To co właśnie powiedział wbiło mnie w fotel z siłą, z jaką został wciśnięty w fotel astronauta w startującym statku kosmicznym. Po chwili nachyliłam się w jego stronę i spojrzałam na niego. Nie przeszkadzał mi dzielący nas stół widziałam dokładnie co czai się w jego oczach.
- I nie będziesz już miał pretensji o to, co czuję do Simona? - spytałam, patrząc prosto na niego uważnie. Pokręcił głową. Powróciłam do poprzedniej pozycji i uśmiechnęłam się delikatnie. - No to.. Co się u ciebie działo, braciszku? - zagaiłam, przerzucając nogi przez podłokietnik fotela. Mat uśmiechnął się.
- Byłem dziś na twoim meczu. Niestety był tam też Simon - skrzywił się. - I mnie zauważył. I usiadł obok. I chciał ze mną pogadać. i to było odrobinę straszne - zaśmiałam się, widząc zakłopotanie chłopaka. - Dla bezpieczeństwa gadaliśmy na trybunach.
- Czemu 'dla bezpieczeństwa'? - zdziwiłam się szczerze. Mat spojrzał na mnie z miną wyrażającą mniej więcej tyle co "czy ty nie umiesz myśleć".
- A co jeśli puściłyby któremuś z nas nerwy? Wiesz, że nikt nie wyszedłby z tego cało - powiedział, krzywiąc się. - No, ale.. Siedzieliśmy na tych trybunach i było to trochę dziwne, bo Simon wydawał się jakiś zmieszany. Zaczął mi coś tłumaczyć, że on wcale nie chce ci się narzucać, że on wcale nie chce cię ranić i uszanuje twoją decyzję, jakakolwiek by ona nie była. Coś w tym stylu. Nie wiem dokładnie co gadał, bo było strasznie głośno, a ten debil mruczał tak cicho, że pewnie sam siebie do końca nie słyszał. Kiedy skończył, spytałem czy może powtórzyć głośniej, to się księżniczka obraziła i powiedziała, że nie wie nawet po co mi to mówi. Jak już myślałem, że mi odpuści i sobie wreszcie pójdzie, to on nie. Spojrzał na mnie takim morderczym wzrokiem i powiedział, że jeśli coś mi się w nim nie podoba, to trudno, że nie jest gejem, żeby brać pod uwagę coś takiego jak moje zdanie o nim.
Zaśmiałam się głośno, chcąc ukryć zażenowanie. Typowy Simon.
- Dziś nie biegasz, nie? - spytał Mat, chcąc przerwać niezręczną ciszę. Pokręciłam głową i opowiedziałam mu o bolesnym faulu, który miał miejsce w ostatnich sekundach meczu oraz jego konsekwencjach.
- W ogóle to zrobiło mi się jakieś magiczne czary-mary i wydawało mi się, że wszystko dzieje się w zwolnionym tempie. Wszystko wydawało się jakieś prostsze, rozwiązania przylatywały jakoś znikąd.. Dawno tak nie miałam - uśmiechnęłam się na wspomnienie dzisiejszego meczu. Mat spojrzał na mnie zdziwiony, ale nic nie powiedział.
- A co tam z tą piętnastką? - zagaił. - Pewnie spytają czy chcesz to zgłosić..
- Nic nie zrobię. Wkurzyła mnie, ale to był pierwszy raz, kiedy mi cokolwiek zrobiła - zmrużyłam oczy. - Co prawda bardzo dotkliwie, ale jestem miłosierna i jej tym razem wybaczę. Nie oznacza to jednak, że wszystko jest pięknie i słodko. Kiedyś jej się odpłacę - zaśmiałam się.
- Macie tak samo straszne oczy - powiedział nagle.
- Kto? Co? Jak to straszne? - spytałam zdziwiona. Ja? Straszna? Od kiedy? Zawsze mi mówiono, że mam bardzo miłą twarz. Mat zastanowił się chwilę, po czym pstryknął palcami.
- Zwierzęce! - zawołał, doznając olśnienia. Wbiło mnie to w fotel, zaniemogłam i przestałam oddychać, ale tylko na chwilę, bo przecież nie chciałam umrzeć. No, nie powiem. Szok wielki, niedowierzanie, ale tak racjonalnie myśląc, to mogłaby być prawda. Mogłabym mieć oczy jakiegoś pieska czy coś. - Jak dzikie zwierzęta polujące na ofiarę. On.. Znaczy, Simon ma takie oczy jak puma trochę, a ty jak lew - wbicie w fotel godne najcięższego startu statku kosmicznego. Z poważną miną wstałam i zaczęłam bić brawo. Mat spojrzał na mnie zdziwiony. - No co?
- Gratuluję. Wygrałeś wiadro powietrza. Jak powiesz jeszcze raz coś takiego, to padnę i zacznę się czołgać - zaśmiałam się głośno i padłam z powrotem na fotel. - Ja tu myślę, że dasz mi jakiegoś słodziaka pluszaka, ale nie krwiożercze zwierze.
- Bo ono najbardziej do ciebie pasuje. Czy ty myślisz, że jakbyś była małym kotkiem, to grałabyś tak jak grasz? Byłabyś tym, kim jesteś teraz? Nie - rozłożył ręce bezradnie, jakby nic na to nie mógł poradzić. Westchnęłam głęboko, co mojemu brzuchowi się nie spodobało. - Mała, ty się za bardzo nie przemęczaj. Widziałem co dziś wyprawiałaś. Dwa czy trzy razy dostałaś w sam brzuch, więc siadaj, oddychaj spokojnie i żadnego gwałtownego ruchu - rzucił we mnie poduszką. Zaśmiałam się cicho. Cieszyłam się, że znowu będzie między nami tak jak wcześniej.
- Ej, tak się zastanawiam. - mruknęłam, pocierając brodę. - Jakim cudem tak się zbliżyliśmy w tak krótkim czasie - spojrzałam na Matthiasa wyczekująco, a on wzruszył ramionami.
- Takie życie. Są osoby, z którymi po dwóch tygodniach dzielisz więcej sekretów, przypałów i zainteresowań, niż z ludźmi, których często znasz po kilka lat - zaśmiał się, a ja w duchu przyznałam mu rację.
- Mam pomysł! - zawołałam, wyrzucając rękę w górę. Mat pokazał, żebym nie przerywała. - Co ty na to, żebyśmy założyli stronę internetową, na której będą informacje różne, będzie chat i to będzie dostępne tylko z hasłem? - wypaliłam, podniecona własnym pomysłem. Chłopak zaklaskał, więc ukłoniłam się kilka razy nisko.
- Zostaw to Jules'owi. Zrobi nam odpicowaną stronkę, której nikt by się nie powstydził - powiedział tak samo radosny jak ja. - Jak będzie się nazywała? - spytał, wyciągając telefon. Zamyśliłam się na chwilę i doznałam olśnienia, a żaróweczka nad moją głową oślepiła wszystkich w promieniu kilometra.
- Idealna nazwa dla nas i tak samo debilna jak my - Mat spojrzał na mnie wilkiem. - No ok. Będąca tak samo mega jak my. Tylko, że ona nie jest jakaś tam specjalnie wypasiona czy coś..
- Mówże w końcu! - zawołał zniecierpliwiony Mat. Uniosłam ręce w górę.
- Peace, love and basket - powiedziałam poważnym głosem. Spojrzał na mnie zdziwiony.
- Idealnie nas opisuje, masz rację - zaśmiał się. Też się zaśmiałam. Oboje śmialiśmy się tak głośno, że nie usłyszeliśmy wołania, które dochodziło z podwórka. Nie wiedzieliśmy nawet z czego się śmialiśmy. Podskoczyliśmy przerażeni, słysząc nagły dzwonek do drzwi, co rozśmieszyło nas jeszcze bardziej. Mat wstał i poszedł otworzyć, o ile zwijanie się po drodze ze śmiechu można było nazwać chodzeniem.
- Cześć synku! - usłyszałam z przedpokoju wysoki, lecz miły dla ucha głos. Stukot walizek, dwie pary butów i ... koła? Moment. Rodzice Matthiasa, więc musi z nimi być też...
- Siema, Konnor - powiedział Mat. Zaraz potem w drzwiach salonu zjawiła się jego matka, a po niej jego ojciec i brat na wózku. - Pamiętacie Daisy? Nie, wy Daisy nie pamiętacie. Rose. Pamiętacie Rose, prawda?
- To jest ta Rose? - wyszeptała wysoka blondynka, przyciskając sobie dłonie do ust.
- Dobry wieczór - powiedziałam, wstając. - Dawno się nie widzieliśmy - uśmiechnęłam się, a z oczu Konnora pociekły łzy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz