niedziela, 20 grudnia 2015

Roz. 22

Święta w rzeczywistości, święta w PLB, święta wszędzie.

Wesołych świąt. ♥♥♥


***

  Rodzina Matthiasa jeszcze długo wypytywała mnie o wszystko co przeżyłam, co się działo, co u moich rodziców. Kiedy powiedziałam, że mama zmarła w wypadku rok temu, Jen się rozpłakała. Nie dziwiłam się jej. Były kiedyś najlepszymi przyjaciółkami. Następnego dnia całą czwórką zjawili się w naszych drzwiach i zajęli nam cały dzień. Mimo przegadanego całego dnia, byliśmy szczęśliwi. Dawno już nie było nas tak dużo w jednym mieszkaniu. Ktoś rzucił pomysł, żebyśmy spędzili święta razem, całą szóstką. Tata dostał od nas pozwolenie, żeby zaprosił dodatkowe dwie osoby. Wiedziałam kim one będą. Shane ze swoim synem. Zdziwiłam się trochę, bo zupełnie nie przeszkadzało mi to, że dziewczyna taty spędzi z nami święta. Zaczęły się wielkie przygotowania. Kobiety stacjonowały w kuchni, a mężczyźni sprzątali oba mieszkania. W składzie trzy na trzy, krzątaliśmy się po domach. Kiedy było trzeba coś dokupić, brałam Mata za fraki i biegliśmy do sklepu oboje. W radiu leciały świąteczne piosenki, które chcąc-nie chcąc, wszyscy nuciliśmy pod nosem. Czasem wymienialiśmy się zadaniami. Ja szłam pomagać sprzątać, a Mat gotował razem ze swoją mamą i Shane. Ostatni wieczór przed świętami był bardzo pracowity. Nosiliśmy stoły, krzesła, obrusy, wazy, szklanki, sztućce.. Następnego dnia rano w końcu zasiedliśmy do stołu. Wszyscy pięknie ubrani, uczesani.. Shane przepraszała za swojego syna, który nie chciał przyjść i podobno poszedł do przyjaciela. Po jedzeniu przyszedł czas na prezenty. Tata wyszedł z mieszkania i po kilku minutach wrócił przebrany za Św. Mikołaja z wielkim czerwonym workiem na plecach i jednym, podziurawionym, kartonowym pudłem pod pachą. Delikatnie odstawił karton na ziemię. Jako pierwsza dostałam swoją paczkę, w której były kłębki grubej wełny, kuweta i dwie miseczki. Spojrzałam na tatę zdezorientowana, a on podał mi właśnie to podziurawione pudło, które zauważyłam wcześniej. Usiadłam z nim na podłodze, postawiłam je przed sobą i powoli otworzyłam karton. Ze środka nagle coś wyskoczyło, czepiając się kurczowo mojego czarnego swetra. Spojrzałam w dół. Na moją twarz patrzyły śliczne, błyszczące, żółto-brązowe oczka. Delikatnie, drżącą dłonią, pogłaskałam małą, czarną, futrzaną kuleczkę, która drżała niekontrolowanie. Ostrożnie odczepiłam kotka od mojego swetra, podałam go Shane i rzuciłam się ojcu na szyję, dziękując szczerze. Przez cały wieczór siedziałam z kociakiem na kolanach i głaskałam go najdelikatniej jak potrafiłam. Z prezentów od Shane i rodziców Mata też się cieszyłam, ale o własnym zwierzątku marzyłam już od dłuższego czasu. Po południu napisałam do Simona, chcąc pochwalić się kotem, wysłałam mu zdjęcie małej śpiącej na mojej klatce piersiowej. Pisaliśmy ze sobą jeszcze długo. W końcu usnęłam, nawet się z nim nie żegnając. 
  Następnych kilka dni spędziłam w domu na zmianę grając z chłopakami w karty, jedząc i śpiąc. Dwa razy wpadła do nas Nicole, ale kategorycznie odmówiła zjedzenia choć kawałka ciasta mojej roboty, mówiąc, że zaczęła dietę. Próbowaliśmy jej wytłumaczyć, że żadne odchudzanie nie jest jej potrzebne, ale gadać do niej to jak grochem o ścianę. 
  W końcu nadszedł sylwester. Jako, że nie dostałam żadnego zaproszenia na wspólne spędzenie tej nocy, cały dzień przygotowywałam się na samotny maraton filmowy. Usadowiłam się na kanapie w salonie z kocurkiem na kolanach i równo o 17 włączyłam pierwszy film. Po kilku minutach usłyszałam głośny śmiech na klatce schodowej. Wzruszyłam ramionami i skupiłam się na napisach początkowych. Zirytowana, zatrzymałam film i odebrałam telefon, który nagle zaczął dzwonić. 
  - Daisy?! Gdzie jesteś?! - zawołała Nicole, musiałam się wysilić, żeby w ogóle cokolwiek zrozumieć, bo przyjaciółka powtórzyła pytanie jeszcze kilka razy na moją prośbę. 
  - W domu, a gdzie miałabym być? - westchnęłam. Gdyby nie to, że Nikki wychodziła do klubu, poszłabym do niej, ale nie lubiłam klubów. Nienawidziłam ich. - Zadzwoniłaś, żeby próbować mnie znowu wyciągnąć do tego klubu? Wiesz, że to się nie uda.. - zaczęłam, ale Nikki mi przerwała. Głosy za nią ucichły. Pewnie zamknęła się w kiblu albo wyszła na podwórko.
  - Nie widziałaś posta? - spytała, wyraźnie zdziwiona. - Na stronce wszystko jest napisane. ... napisał, że ... i całą noc...
  - Dobra, zaraz zobaczę co tam wymyśliliście. Rozłączam się, coś przerywa - westchnęłam. Co ona znowu wymyśliła. Jeśli to był jakiś żart, to niezbyt wyszukany. Sprawdzałam czy nie ma czegoś nowego jakoś półtorej godziny wcześniej. Sięgnęłam po laptopa i zalogowałam się na swoje konto. PLB zawalone było głupimi postami i zdjęciami wykrzywionych twarzy, ale kiedy kliknęłam przycisk 'odśwież', pojawił się jeden, dość długi post. Zaśmiałam się cicho. Spisałam adres na kartce i wyłączyłam telewizor. Przeprosiłam kicię, tarmosząc ją za uchem. Zamknęłam ją w łazience, postawiłam jej wodę i jedzenie. Tylko tam nie będzie aż tak głośno słychać wybuchów fajerwerków. Nabazgrałam szybko notkę dla taty o tym gdzie jestem, z kim i o której planowałam wrócić. Ubrana w czarną, ogromną koszulkę i sięgające do połowy łydki, szerokie spodnie klęczałam przy łóżku. Wreszcie wydobyłam spod niego srebrny łańcuch, który przyczepiłam do szlufek spodni. Związałam włosy w niedbały kok, wsunęłam stopy w glany, chwyciłam komórkę i kurtkę i wyszłam z domu. Po kilkunastu minutach równego marszu wpadłam na kilka chichoczących par. Przewróciłam oczami. Pieprzone słodkości. Też tak chciałam. Wsłuchując się w równy bit w słuchawkach i krzyk jednego z wokalistów, spojrzałam w niebo. Po chwili westchnęłam ciężko i znów ruszyłam przed siebie. Po kilkunastu metrach zatrzymałam się. Zerknęłam na adres na kartce i porównałam z tym na ogrodzeniu ogromnego dwupiętrowego domu. To definitywnie o ten budynek chodziło. Zastanawiało mnie tylko, kto na co dzień w nim mieszkał. Ogromny, piętrowy dom wyglądał na drogi. Otworzyłam furtkę, przeszłam chodnikiem i stanęłam pod drzwiami. Raz kozie śmierć i skisłe mleko. Zapukałam w drewno pomalowane na ciemny brąz. Obejrzałam się nerwowo. Ciemno już trochę, a ja wbijałam komuś na chatę niezapowiedziana. Kurde, głupio tak...
  - Hej. Czekaliśmy - odezwał się znajomy głos. Stał w otwartych drzwiach. Światło bijące ze środka oślepiło mnie na chwilę. - Co się stało? Wchodź. Strasznie dziś zimno, nie? - spytał, wciągając mnie do środka. Zdjęłam kurtkę i buty i podążyłam za gospodarzem W salonie byli już wszyscy, którzy zadeklarowali się pod postem do przybycia na imprezę. Nicole, Miriam, Mike, Drake, Andy, Dominic, Ron, Charlie, Matthias, Olivier i jego siostra, Susan.
  - Wreszcie przyszłaś! - zawołał Mat, obejmując mnie mocno. Nie wiedziałam, czy tylko mi się wydawało, czy naprawdę poczułam zapach piwa bijący od witających mnie ludzi. Zaraz potem potwierdziły się moje przypuszczenia. W kuchni, w salonie.. Wszędzie gdzie dało się postawić coś bez ryzyka wylania zawartości, stały butelki. Uśmiechnęłam się. Dziś w nocy będziemy niegrzecznymi licealistami. Przywitałam wszystkich entuzjastycznym krzykiem, bo nie mogło zabraknąć hałasu, który tworzyłam naokoło siebie i wreszcie impreza zaczęła się na dobre. Muzyka dudniła z kilku głośników, w kuchni i salonie rozstawiony był nasz arsenał kilku reklamówek dobrego żarcia i picia, stoły i półki były zastawione alkoholem, a reszta domu była zapełniona ludźmi, których wszędzie było pełno. Każdy miał własną fazę i śmiał się ze wszystkiego co napotkał. Ja cały czas trzymałam się Simona, który dziś w nocy zarządzał tym budynkiem. Raz tylko dorwałam z dziewczynami Matthiasa i kiedy one go trzymały, a ja robiłam mu profesjonalny makijaż, który śmiało można było porównać z tym w horrorach, zgubiłam Simona. Kiedy już go odnalazłam i pokazałam mu swoje dzieło, zaczął pokładać się ze śmiechu. Co raz wznosiliśmy za coś toast, siedząc co raz bliżej siebie. W końcu, nie mam pojęcia jakim cudem, wylądowałam na jego kolanach.
  - Hej! - zawołała Miriam, wbiegając do salonu. - Gramy w butelkę? - spytała, dziarsko wywijając szklaną butelką. Wszyscy zebraliśmy się w jednym miejscu i usiedliśmy w kółku. Pierwsza kręciła Miriam. Wymyśliła dla Rona jakże kreatywne zadanie pocałowania Andy'ego w policzek. Kilkanaście minut później każdy miał zaliczonego całusa lub tulenie się z losowo wybraną osobą. Oczywiście nie obyło się też bez wyzwań typu 'wyzeruj', 'zrób kółko z dymu', przebiegnij się po podwórku bez koszulki' czy im podobnych.  Przez takie zabawy o 22 padła Miriam. Zaraz potem dołączyli do niej w kolejności Charlie z Susan, Olivier, Drake, Ron, Matthias, Andy i Dominic. Do 23.30 dotrwaliśmy tylko ja, Simon, Mike i Nicole. Wyciszyliśmy muzykę, ubraliśmy się i chwiejąc się wyszliśmy z domu w akompaniamencie zduszonego śmiechu. 20 minut później dotarliśmy do niewysokiej górki, z której jak się okazało, był najlepszy widok na miasto. Dwie minuty przed północą usiedliśmy z Simonem na ławce, która stała niedaleko. Nicole i Mike tańczyli do muzyki, którą dało się słyszeć z rynku, na którym odbywał się sylwestrowy koncert. Wyjęłam z plecaka cztery butelkowane drinki, które zabraliśmy z domu Simona. Odkapslowałam je i podałam każdemu z osobna. W głównego placu usłyszeliśmy głos.
  - 10! - wrzasnął.
  - 9! 8! - dołączyła się Nikki.
  - 7! 6! - wrzasnął Mike.
  - 5! 4! - wrzasnęłam, podskakując w rytm każdej liczby.
  - 3! 2! - wykrzyczeliśmy całą trójką. Obok mnie stanął Simon, objął mnie ramieniem w pasie i nachylił się w moją stronę.
  - 1.. - wyszeptał mi na ucho. Odwróciłam głowę w jego stronę z szerokim uśmiechem. 
  - 0! - wrzasnęli Nikki i Mike. My nie mogliśmy im zawtórować. Chciałam, żeby to zero trwało wiecznie, bo właśnie w tym momencie, w momencie przeskoczenia wskazówek zegara z 23.59 na 0.00 pocałowałam Simona. Jego ręka powędrowała na mój policzek, a zaraz na mój kark. Przycisnął mnie do siebie jeszcze bardziej i właśnie w tej chwili przeżyłam swój pierwszy, prawdziwy pocałunek. Świat naokoło mnie zawirował, motyle w moim brzuchu się obudziły i czułam jak czerwienieje mi twarz. Nie przejmowałam się tym zupełnie. Przez puchatą kurtkę czułam jak mocno waliło serce Simona. 
  - Jak do tej pory to najlepszy sylwester jaki miałem - szepnął, szczerząc się jak dureń. Odsunęłam się od niego na odległość kilku kroków i zaczęłam się kręcić. - Szczęśliwego Nowego Roku, Daisy. 
  - Nawzajem, pacanie - powiedziałam, zatrzymując się z szerokim uśmiechem na ustach. Simon rzucił we mnie śnieżką. Ja rzuciłam w niego. Zaczęliśmy się ganiać i tarzać po śniegu. Nagle usłyszałam huk. Fajerwerki były piękne. Kolorowe i głośne. Jak my. Podniosłam się z ziemi, oczekując kolejnego ataku śnieżną bombą, ale zamiast tego oniemiałam, stając jak słup. Nikki. Moja mała słodka Nikki. Teraz, właśnie teraz stała przyklejona do Mike'a, a jego ręce oplatały jej ramiona. Po chwili pochylił się ku niej, po czym ich usta się złączyły. Moja szczeka prawie uderzyła o ziemie. Nicole mówiła coś o tym, że ma kogoś na oku, ale w życiu bym się nie spodziewała, że to ta płaczka, Mike. Upadłam na śnieg, rażona ogromną kulą zimnego puchu. Nie podniosłam się. Też tak chciałam. Jak Nikki. - Ona jest taka mała, słodka i miła, a ja? - wyszeptałam, zasłaniając oczy rekami.
  - A ty to ty i tak jest najlepiej - powiedział Simon stając okrakiem nade mną i ciągnąc mnie za ręce do góry. Z małą pomocą wróciłam do pionu. Chłopak zawołał obściskującą się parkę i już całą czwórką wróciliśmy do domu Simona. Zastaliśmy tam istny chlew. Wynoszenie butelek i innych śmieci było bardzo pracochłonne, ale jakoś sobie z tym we czwórkę poradziliśmy. Kiedy byliśmy w trakcie znoszenia resztek jedzenia do kuchni, na dół przywlokła się Miriam, a za nią przypełzała reszta imprezowiczów. Wszyscy chcieli wracać już do domów, ale za cholerę ich byśmy w tym stanie nie wypuścili. Simon porozganiał z powrotem ludzi po pokojach i przestrzegł przed przesadną mocną upojenia alkoholowego, po którym u dziewczyn może pojawić się dziewięciomiesięczny, nadęty brzuch. Zarechotałam cicho. Nikki i Mike zasnęli już skuleni na kanapie. W salonie spał też Olivier, który koczował miedzy sofą a grzejnikiem owinięty kocem niczym motyl przed przepoczwarzeniem. Nikt nawet nie odważył się myśleć o tym, żeby go stamtąd ruszyć, Spojrzałam na Simona. Chyba tylko my jakoś się trzymaliśmy. W tej samej chwili on spojrzał na mnie, proponując jakieś jedzonko. Tak, wiec, do mniej więcej 5 nad ranem siedzieliśmy w kuchni pożerając resztki chipsów, żelków i ciastek, śmiejąc się cicho i rozmawiając o wszystkim. Potem zaczęło mi się chcieć spać. Jakoś wytrzymałam jeszcze godzinę. Około 6 Charlie zameldował, że on, Miriam, Olivier z siostrą, Nikki, Mike, Mat, Ron i Dominic rozchodzą się już do domów. W sypialni rodziców Simona spał jeszcze Andy, a na korytarzu Drake. Odprowadziłam z Simonem ekipę do drzwi, pożegnaliśmy się z nimi i cicho wspięliśmy się po schodach. Chłopak zaprowadził mnie do swojego pokoju. Usiadłam na jego łóżku. Po chwili dostałam w twarz jego koszulką, w której miałam spać. Kiedy wyszedł, zamykając za sobą drzwi, przebrałam się i usiadłam po turecku na jego łóżku. Rozejrzałam się zaciekawiona po jego pokoju. Po chwili mój wzrok padł na drzwi. Wisiało na nich moje zdjęcie. Stałam na środku boiska ubrana w kompletny strój naszej drużyny, uśmiechałam się. W rekach trzymałam piłkę. Uśmiechałam się prosto do obiektywu. Skąd on je miał?
  Położyliśmy się spać w jednym łóżku. Nic nowego. U mnie też tak było. Mimo to, nie było mi tak łatwo leżeć w bezruchu. Uczucia kłębiły się we mnie nieubłaganie. Przewróciłam się na drugi bok i spytałam chłopaka czy śpi. Nie spał. Powiedziałam, że mi zimno. Objął mnie mocno, a wtedy poczułam rozpalający się atom. Coś zaskoczyło, zaszła jakaś reakcja chemiczna i coś zaczęło się dziać. Moje serce się uspokoiło i wszystko wydawało się teraz tak naturalne. 
  - Kocham cię - szepnęłam, zasypiając w tempie ślimaka wyścigowego. Simon tylko mocniej mnie do siebie przyciągnął.
  Otworzyłam oczy i zamrugałam kilka razy powiekami. Mój mózg odświeżał informacje z wczoraj, ale po chwili wszystko mi się przypomniało. Szok i niedowierzanie. Matthias pozwolił zrobić sobie makijaż. Dominic, Charlie i Ron przez jeden wieczór byli normalnymi ludźmi i się z nami śmiali. Nikki jest Mike'iem. Całowałam się z Simonem, a potem powiedziałam mu, że go kocham. Niezły bilans jak na jeden sylwester, Cóż.. Zawsze mogło być gorzej.
  Simon obudził się zaraz po mnie. Szybkie buzi na 'dzień dobry' i poszliśmy na dół. Po szybkim śniadaniu stwierdziliśmy, że chyba czas już budzić pozostałych. Zerknęłam na zegarek. Było już grubo po 12. Przebrałam się w swoje ciuchy i podreptałam do sypialni rodziców Simona. Stanęłam nad Andy'm i wrzasnęłam mu do ucha, żeby wstawał. Drgnął przestraszony, po czym zerknął na mnie i mruknął, że za czekoladę spełni moją prośbę. Prychnęłam cicho, stwierdzając, że nie ma mowy. Wyjęczał coś, westchnął, po czym wstał, poruszając się wolniej niż zwykle. Po kilku minutach całą trójką w składzie ja, Andy i Drake, ruszyliśmy do swoich domów. Przez kilka następnych dni siedziałam ze swoim kotem w domu. Widywałam się tylko z Nikki i Matem, którzy wpadali do mnie na grę w karty i darmowe papu. Jednak w sobotę, 10 stycznia, stało się coś niespodziewanego. Mat nie wpadł do mnie z rana wrzeszcząc 'pobudka', na co dostał zgodę od mojego rodziciela, a Nikki nie ściągnęła ze mnie kołdry, na co mój tata też jej pozwolił. Mało tego. W ogóle nikogo u mnie nie było.
  Powietrze przeszył ostry dźwięk wibracji. Wygrzebałam telefon spod materaca (jak on tam się dostał, do dziś nie wiem), odłączyłam ładowarkę i odebrałam. To Nikki. Kazała mi się szybko ogarniać, bo zaraz miałyśmy iść na miasto. Spojrzałam na zegarek i dopiero wtedy sobie przypomniałam. Prawda, umawiałyśmy się. Przetoczyłam się przez łóżko i spadłam na ziemię. Byłam gotowa do wyjścia w 25 minut. Przeprosiłam Ciastko, że nie mogę z nią zostać, nasypałam jej dodatkową porcje karmy i wyszłam z domu. Taty nie było już jak się obudziłam.
  Na miejsce przywlokłam się dwie minuty przed wyznaczonym czasem i zastałam tam całą sylwestrową ekipę. Przywitaliśmy się wszyscy i ruszyliśmy przed siebie. Nagle ubyło Oliviera, ale nikt oprócz mnie tego nie zauważył, wiec wzruszyłam ramionami. Szliśmy dalej. Nagle usłyszałam szybkie kroki, jakby ktoś biegł. Odwróciłam się zaciekawiona, a zaraz potem zostałam odciągnięta na bok przez Andy'ego. Simon i Oli pędzili wprost na nas z dwoma plastikowymi tacami wypełnionymi masą budyniową, a przynajmniej na to to wyglądało. Niczego nieświadomy Dominic odwrócił się, chcąc zobaczyć czemu wszyscy nagle się zatrzymali. Po kilku sekundach dostał kremem w twarz z obydwu tac na raz. Simon wrzasnął 'Odwrót!' i razem z Olivierem taktycznie zaczęli spieprzać aż się za nimi kurzyło. Zarechotałam głośno widząc minę Dominica. Po chwili zawieszenia pracy mózgu, ruszył w pościg za uciekinierami. Śmialiśmy się hardo widząc tą szaloną pogoń. Nie czekając na powrót żadnego z nich i nie przestając się śmiać, ruszyliśmy dalej. W końcu stanęliśmy przed cukiernią Shane. Spojrzałam na wszystkich zdziwiona, ale zanim zdążyłam spytać o cokolwiek, zostałam na chama wepchnięta do środka. Zanim odzyskałam równowagę, rozbrzmiało chóralne i nieśmiertelne 'sto lat', a ja znów nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Spojrzałam na tatę zmrużonymi oczami. Zdrada. On wiedział, że nie cierpię tego całego śpiewania. Zacisnęłam zęby i przebolałam fałszujących przyjaciół i składanie życzeń. W końcu mogliśmy się bawić. Nie wiedziałam jakim cudem w cukierni nagle było tyle miejsca, ale nie obchodziło mnie to. Było karaoke, dzikie tańce, dużo śmiechu, dużo śmiesznych zdjęć i dużo dobrej zabawy. I dużo dobrego jedzonka. W połowie przyjęcia dołączyli również Olivier, Dominic i Simon. Shane rzuciła się ku mnie. 
  - Chciałabym ci przedstawić mojego syna - powiedziała ciepło, wyciągając rękę w stronę chłopaków. Zaraz potem doznałam szoku lekkiego jak ciężarówka cegieł. - Dominic, poznaj Daisy. Daisy, to jest Dominic, mój syn.
  Na sali nastała cisza. Ja i były kapitan drużyny koszykówki ze szkoły Św. Marii patrzyliśmy na siebie tak samo zszokowani.
  - Cóż.. - powiedziałam, przerywając cisze. - Zawsze lepszy jesteś ty niż Ron. Bez obrazy Ron, ale byśmy się nie dogadali - spojrzałam w stronę wymienionego chłopaka, który tylko przyznał mi rację. Wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem. Dzień przeleciał szybko jak jeszcze nigdy. Najedzona i zmęczona wyszłam z cukierni. Chciałam się przejść. Nie do końca wiedziałam jak mam się teraz zachowywać przy Simonie. On normalnie ze mną rozmawiał, jak gdyby nigdy nic, więc też tak robiłam. Zachowywałam się jak do tej pory. 
  Rozwaliłam się na ławce stojącej przy wejściu do parku i spojrzałam w niebo. Z czystym sumieniem mogłam powiedzieć, że te święta, sylwester i urodziny przechodzą jako najlepsze do tej pory. Najlepsze, bo spędzone z najlepszymi ludźmi jakich można spotkać. Niestety.. Wszystko co dobre, kiedyś się kończy. Czas wrócić do szkoły. Wielkimi krokami zbliżały się eliminacje do turnieju ogólnokrajowego. Zostały cztery miesiące. Każdy dzień treningu mógł zaważyć na wyniku meczu. Czas ostro wziąć się za siebie. Czas zrozumieć swoje sztuczki magiczki, żeby umieć nimi lepiej się posługiwać. Nie mogłam cały czas liczyć na łut szczęścia.
  Wstałam, wzdychając głęboko. Potarłam twarz dłonią, by po chwili wsadzić ręce do kieszeni. Ruszyłam z powrotem do cukierni. To będą ciężkie cztery miesiące. 

piątek, 18 grudnia 2015

Roz. 21

Aktualnie siedze w domu chora na wszystkie możliwe sposoby.
Nudzi mi sie.
Meh.
***
  Przecisnęłyśmy się miedzy ludźmi i weszłyśmy na balkon, który znajdował się za ostatnim stopniem trybun. usiadłyśmy na ziemi, przewieszając nogi miedzy prętami barierek. Mecz trwał już kilka minut i nasi wygrywali 10-4. Cóż, można było się tego spodziewać. Przecież męska drużyna liceum D składała się z Alfy i jego mięśniaków. Uśmiechnęłam się ironicznie. Nie mieli najmniejszych szans. Ich ranienie przeciwników nie skutkowało, kiedy grali z naszymi. Simon właśnie zrobił wsada, więc zaklaskałam najmocniej jak umiałam, rekompensując tym brak mojego triumfalnego krzyku. Mimo, że siedziałam najwyżej i kryła mnie masa ludzi, Simon spojrzał na mnie z uśmiechem. Wyszczerzyłam się szeroko, majtając nogami. Nagle przypomniał mi się moment, w którym pogłębiło się moje czary-mary. Poderwałam się do góry, nie zważając na mdłości i promieniujący ból. Gdzie on jest? Gdzie on jest? Rozglądałam się po trybunach na wszystkie strony. Dokładnie przeczesałam wzrokiem całą salę. I wtedy go zobaczyłam. Siedział tam z Andy'm, nie ruszył się z miejsca od mojego meczu. Nicole pociągnęła mnie delikatnie w dół i kazała mi siedzieć.
  - Kurde, kobieto. Ty serio nie dasz rady usiedzieć kilku minut w miejscu chociaż po to, żeby przestało Cię aż tak boleć? - warknęła, trzepiąc mnie po głowie zeszytem. Nawet na nią nie spojrzałam.
  - Wiesz co? Jednak nie jestem szalona - powiedziałam, przyciągając kolana do klatki piersiowej i oplatając je ramionami. Nikki spojrzała na mnie zdziwiona. - Podczas meczu.. Słyszałam go. Myślałam, że mi się przesłyszało, ale on naprawdę tam siedzi. Patrz - wskazałam prosto na czerwone, sterczące w każdą stronę włosy. - Mat tam jest - powiedziałam. Nicole spojrzała we wskazanym przeze mnie kierunku, a po chwili jej szczeka opadła do ziemi.
  - Ale co on tu robi? Przecież z tego co mi opowiadałaś, to bardzo się pokłóciliście - wyjąkała. Wzruszyłam ramionami, uśmiechając się szeroko. Zdecydowałam. Pójdę dziś do niego i z nim pogadam. Po tej decyzji mój dobry humor powrócił na stałe i nie zważając na próby utrzymania mnie w pozycji siedzącej przez Nikki, skakałam wrzeszcząc na cały głos razem z innymi widzami. Dopingowanie swojej drużyny też może być fajną zabawą, szczególnie, kiedy Simon po każdym trafionym koszu uśmiechał się do mnie. W końcu mecz skończył się wynikiem 99-32 dla nas. Zostawiłam plecak pod opieką Nikki i ruszyłam biegiem w stronę wyjścia z balkonu. Za drzwiami skręciłam w prawo, zbiegłam po schodach, znów skręciłam w prawo, by po chwili wpaść na salę gimnastyczną i wbić na boisko. Biegłam z uśmiechem wprost na Simona. Czekał z otwartymi ramionami. Rzuciłam mu się na szyję, a on przytulił mnie mocno. Po chwili postawił mnie na ziemi i popatrzyliśmy sobie w oczy. Uśmiechnęłam się szeroko, a chłopak nachylił się w moja stronę.
  - Czekaj przed szkołą - szepnął mi na ucho i puścił do mnie perskie oko. Skinęłam głową i pobiegłam z powrotem do Nicole, która stała już na korytarzu przed salą. Podała mi plecak z niejakim wyrzutem.
  - Co to miało być? Ja o czymś nie wiem? - spytała, a ja zaprzeczyłam gwałtownie. Nicole była jedyną osobą na całym świecie, która wiedziała o mnie wszystko, i której nigdy bym nie okłamała, więc to, że o czymś nie wiedziała było wykluczone. Z szerokimi uśmiechami ruszyłyśmy w podskokach do szatni. I tam zaczęła się rewolucja. Ledwo dobiegłam do toalety, ale na szczęście nie obrzygałam całej kabiny. Kiedy wyszłam i zaczęłam płukać usta, Nikki skwitowała to cichym "to sobie dziś nie pobiegasz", co potwierdziłam z całą pewnością. Pożegnałam się z przyjaciółką i zgodnie z obietnicą, stanęłam obok drzwi wejściowych czekając na Simona. Rozglądałam się nerwowo, drżąc z zimna. Miałam nadzieję, że Mat jeszcze tu był. Mogłabym pogadać z nim teraz i byłoby po sprawie. Myliłam się. Zobaczyłam jego czerwoną czuprynę po drugiej stronie ulicy. Właśnie wsiadał do autobusu. Westchnęłam głęboko. Bycie jego sąsiadem było dobrą sprawą, bo mogłam po prostu czatować na niego pod drzwiami i czekać na jego powrót do domu. Zaśmiałam się, widząc oczami wyobraźni siebie siedzącą ze stetoskopem przy drzwiach i nasłuchującej czy ktoś nie nadchodzi. Nagle zawiał porywisty, zimny wiatr, wybijając mi z głowy takie myśli. Znów zadrżałam, klnąc na zimę. W tym momencie przyrzekłam sobie, że zacznę nosić grubszą kurtkę i rękawiczki.
  - Hej, zmarzlaku - usłyszałam od strony drzwi. Odwróciłam się i przytrzymując włosy ręką, uśmiechnęłam się do Simona. Zadrżałam, tym razem widocznie bardziej niż do tej pory. Simon rozpiął sportową torbę, wyjął z niej polarową bluzę i narzucił mi ją na plecy. Włożyłam ją, dziękując cicho. Schowałam ręce do kieszeni, ale moje zmarznięte dłonie też wypatrzył, bo rzucił mi w głowę rękawiczką. Wciągnęłam ją na lewą dłoń, a prawą wcisnęłam z powrotem do kieszeni. Spojrzałam na Simona zmieszana i trochę zdezorientowana. Wyciągnął w moją stronę dłoń, na której nie miał rękawiczki. Raz kozie śmierć i studni woda. Złapałam jego ciepłą dłoń. Nie odzywając się, ruszyliśmy w stronę mojego domu. Cisza nie była niezręczna, po prostu nie czuliśmy potrzeby mówienia. Wystarczyła mi jego dłoń oplatająca moją. 
  - Chcesz wpaść? - spytałam, kiedy dotarliśmy pod mój blok. Simon pokręcił głową.
  - Muszę iść do domu. Miałem dziś mamie pomóc w sprzątaniu - skrzywił się znacząco. Zaśmiałam się szczerze. Wyobraziłam go sobie w różowym fartuszku z falbankami i z miotełką w ręku. Po prostu zaniemogłam.
  Simon ścisnął lekko moją dłoń. Spojrzałam na niego, pytając czy coś się stało. Pokręcił głową, puszczając moją rękę. Pożegnał się powoli, jakby ważył każde swoje słowo. Przytuliłam go z szerokim uśmiechem.
  - Jesteś ciepły - powiedziałam, kiedy jego ramiona mnie oplotły. Zaśmiał się cicho. Odkleiliśmy się od siebie, a Simon poczochrał moje włosy. Zaśmiałam się, zdejmując z siebie jego bluzę i oddałam mu ją razem z jego rękawiczką. Pożegnaliśmy się jeszcze raz i skierowaliśmy swoje kroki każde w swoją stronę. Gdy tylko weszłam do mieszkania, poczułam zapach spalenizny. Powiesiłam kurtkę na wieszaku i skierowałam się do swojego pokoju. Przebrana w ciepłe dresy i gruby sweter, wróciłam do kuchni.
  - Hej tato - powiedziałam, widząc ojca jedzącego spalone tosty. Przywitał mnie gestem ręki i mruknął coś z pełnymi ustami. Stanęłam przed otwartą lodówką i zaczęłam przeglądać jej zawartość. 
  - Dzwonił Peter - odezwał się wreszcie ojciec. - Mówił, że mam przypilnować, żebyś przez następne dwa dni nie ćwiczyła, nie biegała ani nic takiego - mruknął, przełykając swój ulubiony spalony prawie na węgiel chleb. Pokiwałam głową na znak, że zrozumiałam. - Tak w ogóle, gratulacje. Wygrałyście mecz, a ty najwyraźniej dostałaś jakiegoś motorka w tyłku, jak na początku gimnazjum.
  Zaśmiałam się, przytakując. Chcąc zmienić niewygodny temat, zapytałam, co robimy w tym roku na święta. Tata skomentował to pewnym swojego zdania i zupełnie zdecydowanym "nie wiem", więc postanowiłam zostawić mu sprzątanie domu i ubranie choinki, a sama miałam zamiar przyrządzić wszystkie potrawy. Odłożyłam jednak swoje plany na kiedy indziej, zakopując się pod kocem z laptopem na kolanach. I tak zamierzałam siedzieć już do końca dnia. Nie mogłam zebrać się w sobie i pójść do Matthiasa. Tak, dokładnie. Jestem tchórzem jeśli chodzi o bliskich mi ludzi. Nagle ktoś zadzwonił do drzwi. Wstałam wzdychając ciężko. Niestety tata mnie uprzedził. Zanim wyszłam z pokoju usłyszałam dźwięk otwieranych drzwi. Już miałam wrócić do łóżka, kiedy usłyszałam znajomy głos.
  - Dzień dobry. Jest Daisy? - spytał. Tata wydał mnie, mówiąc, że jestem i krzyknął do mnie. Wyszłam niechętnie na korytarz. Wiedziałam. - Chodź na chwilę - powiedział bez żadnego powitania. W drzwiach stał nie kto inny jak Matthias. Skinęłam głową, nałożyłam rozwalające się już adidasy i podążyłam za nim. Kiedy drzwi do jego mieszkania zamknęły się za mną, poczułam dreszcz niepokoju. Coś było nie tak. Chłopak, który był zawsze wybuchowy i łatwo ulegał emocjom, teraz wydawał mi się zbyt spokojny. - Usiądź w salonie, zaraz przyjdę - powiedział beznamiętnym głosem, a ja spełniłam jego polecenie, siadając powoli na fotelu. Zazwyczaj już bez jego zaproszenia skoczyłabym na kanapę, rozkładając się na całej długości. Ale nie teraz. Siedziałam normalnie i spokojnie na fotelu, tyłem do drzwi. Po chwili dołączył do mnie Mat, siadając naprzeciwko po przeciwnej stronie stołu. Popatrzył na mnie bezsilnie. Poczułam jakby rosnący na mnie pancerz. Co raz więcej i więcej warstw skrywało moje słabości, a ja już się nie bałam. Co miało się stać, to się stanie. Nie będę udawać ani ukrywać emocji. Zacisnęłam pięści, gotowa na słowny kontratak, jednak był jeden szczegół. Mat nie atakował. Patrzył na mnie uważnie, przeciągając tylko niezręczną ciszę. 
  - To.. Co chciałeś? - spytałam niepewnie. Mat jakby dopiero się obudził, przetarł oczy i westchnął głęboko.
  - Mam do ciebie kilka pytań - powiedział wreszcie. Zachęciłam go ruchem dłoni. Zacisnęłam zęby. Mówże o co chodzi, zgredzie jeden, bo zaraz wykituję i to ty będziesz musiał mnie sprzątać... - Muszę się tylko upewnić w paru rzeczach. Mów co ci pierwsze do głowy przyjdzie...
  - Nie baw się w psychologa, tylko mów - westchnęłam wreszcie.
  - Dobra. Po pierwsze, czy uważasz Simona za dobrego człowieka? - spytał, a jego głos na powrót stał się pusty, jakby chciał ukryć wszystko co miał w sercu. 
  - Nie do końca. Nikt nie jest do końca dobry. Może i jest złośliwy, często wydaje się też szorstki i arogancki, ale tak naprawdę jest miły, opiekuńczy i troskliwy - wyliczyłam. Mat kiwnął głową. 
  - Uważasz, że nigdy by cię nie skrzywdził? - chłopak założył ręce na klatce piersiowej. Podrapałam się po głowie.
  - To jasne, że nie raz bym była przez niego smutna, to chyba oczywiste, ale nie sądzę, żeby zrobił to kiedykolwiek zrobił to umyślnie - odparłam, podciągając kolana pod brodę. Pytania sypały się jak z worka bez dna. "Co o nim myślisz? Co ostatnio razem robiliście? Jak cię traktuje? O czym rozmawiacie? Patrzy na ciebie często? Co w nim lubisz? Co ci przeszkadza? Zrobił dla ciebie coś miłego? Robił ci na złość? Zasmucił cię czymś?"
  - Coś jeszcze? - spytałam, czując się jak na przesłuchaniu. Odpowiadanie na wszystkie jego pytania było trochę wyczerpujące.
  - Jeszcze jedno - powiedział cierpliwie. - Kochasz go?
  Potwierdziłam bez zastanowienia, dokładnie tak, jak czułam. Mat westchnął, pocierając skronie i mruknął coś niewyraźnie. Spojrzałam na niego niepewnie, a kiedy spytałam czy coś właśnie powiedział, on podniósł na mnie zmęczony wzrok.
  - Będę musiał się z tym pogodzić - powiedział, wyraźnie niezadowolony.
  - Ale o co ci chodzi?! - zawołałam, wreszcie wybuchając. - Zadajesz mi pytania, które nawet nie wiem co ci dają! 
  - Martwię się, to tyle - wzruszył ramionami, jakby to przesłuchanie to była najzwyklejsza rzecz na świecie. Szczęka mi opadła, a w głowie zaczęła kiełkować pewna myśl. - Kocham cię. Jesteś dla mnie jak siostra, której nigdy nie miałem. Daj mi się trochę o siebie pomartwić. Z bratem nigdy nie mogłem się kłócić, urządzać bitew na poduszki, grać w cokolwiek, nie chciał jeść tego co mu ugotowałem.. Wszystko przez tą różnicę wieku. Czułem jakbym był jedynakiem i wtedy pojawiłaś się znowu ty.. Jesteś dla mnie jak młodsza siostra, więc pozwól się trochę pomartwić o siebie, co? - spojrzałam w jego oczy. Jego wzrok wyrażał niemą prośbę. To co właśnie powiedział wbiło mnie w fotel z siłą, z jaką został wciśnięty w fotel astronauta w startującym statku kosmicznym. Po chwili nachyliłam się w jego stronę i spojrzałam na niego. Nie przeszkadzał mi dzielący nas stół widziałam dokładnie co czai się w jego oczach. 
  - I nie będziesz już miał pretensji o to, co czuję do Simona? - spytałam, patrząc prosto na niego uważnie. Pokręcił głową. Powróciłam do poprzedniej pozycji i uśmiechnęłam się delikatnie. - No to.. Co się u ciebie działo, braciszku? - zagaiłam, przerzucając nogi przez podłokietnik fotela. Mat uśmiechnął się. 
  - Byłem dziś na twoim meczu. Niestety był tam też Simon - skrzywił się. - I mnie zauważył. I usiadł obok. I chciał ze mną pogadać. i to było odrobinę straszne - zaśmiałam się, widząc zakłopotanie chłopaka. - Dla bezpieczeństwa gadaliśmy na trybunach. 
  - Czemu 'dla bezpieczeństwa'? - zdziwiłam się szczerze. Mat spojrzał na mnie z miną wyrażającą mniej więcej tyle co "czy ty nie umiesz myśleć".
  - A co jeśli puściłyby któremuś z nas nerwy? Wiesz, że nikt nie wyszedłby z tego cało - powiedział, krzywiąc się. - No, ale.. Siedzieliśmy na tych trybunach i było to trochę dziwne, bo Simon wydawał się jakiś zmieszany. Zaczął mi coś tłumaczyć, że on wcale nie chce ci się narzucać, że on wcale nie chce cię ranić i uszanuje twoją decyzję, jakakolwiek by ona nie była. Coś w tym stylu. Nie wiem dokładnie co gadał, bo było strasznie głośno, a ten debil mruczał tak cicho, że pewnie sam siebie do końca nie słyszał. Kiedy skończył, spytałem czy może powtórzyć głośniej, to się księżniczka obraziła i powiedziała, że nie wie nawet po co mi to mówi. Jak już myślałem, że mi odpuści i sobie wreszcie pójdzie, to on nie. Spojrzał na mnie takim morderczym wzrokiem i powiedział, że jeśli coś mi się w nim nie podoba, to trudno, że nie jest gejem, żeby brać pod uwagę coś takiego jak moje zdanie o nim.
  Zaśmiałam się głośno, chcąc ukryć zażenowanie. Typowy Simon. 
  - Dziś nie biegasz, nie? - spytał Mat, chcąc przerwać niezręczną ciszę. Pokręciłam głową i opowiedziałam mu o bolesnym faulu, który miał miejsce w ostatnich sekundach meczu oraz jego konsekwencjach.
  - W ogóle to zrobiło mi się jakieś magiczne czary-mary i wydawało mi się, że wszystko dzieje się w zwolnionym tempie. Wszystko wydawało się jakieś prostsze, rozwiązania przylatywały jakoś znikąd.. Dawno tak nie miałam - uśmiechnęłam się na wspomnienie dzisiejszego meczu. Mat spojrzał na mnie zdziwiony, ale nic nie powiedział.
  - A co tam z tą piętnastką? - zagaił. - Pewnie spytają czy chcesz to zgłosić..
  - Nic nie zrobię. Wkurzyła mnie, ale to był pierwszy raz, kiedy mi cokolwiek zrobiła - zmrużyłam oczy. - Co prawda bardzo dotkliwie, ale jestem miłosierna i jej tym razem wybaczę. Nie oznacza to jednak, że wszystko jest pięknie i słodko. Kiedyś jej się odpłacę - zaśmiałam się.
  - Macie tak samo straszne oczy - powiedział nagle.
  - Kto? Co? Jak to straszne? - spytałam zdziwiona. Ja? Straszna? Od kiedy? Zawsze mi mówiono, że mam bardzo miłą twarz. Mat zastanowił się chwilę, po czym pstryknął palcami. 
  - Zwierzęce! - zawołał, doznając olśnienia. Wbiło mnie to w fotel, zaniemogłam i przestałam oddychać, ale tylko na chwilę, bo przecież nie chciałam umrzeć. No, nie powiem. Szok wielki, niedowierzanie, ale tak racjonalnie myśląc, to mogłaby być prawda. Mogłabym mieć oczy jakiegoś pieska czy coś. - Jak dzikie zwierzęta polujące na ofiarę. On.. Znaczy, Simon ma takie oczy jak puma trochę, a ty jak lew - wbicie w fotel godne najcięższego startu statku kosmicznego. Z poważną miną wstałam i zaczęłam bić brawo. Mat spojrzał na mnie zdziwiony. - No co?
   - Gratuluję. Wygrałeś wiadro powietrza. Jak powiesz jeszcze raz coś takiego, to padnę i zacznę się czołgać - zaśmiałam się głośno i padłam z powrotem na fotel. - Ja tu myślę, że dasz mi jakiegoś słodziaka pluszaka, ale nie krwiożercze zwierze.
  - Bo ono najbardziej do ciebie pasuje. Czy ty myślisz, że jakbyś była małym kotkiem, to grałabyś tak jak grasz? Byłabyś tym, kim jesteś teraz? Nie - rozłożył ręce bezradnie, jakby nic na to nie mógł poradzić. Westchnęłam głęboko, co mojemu brzuchowi się nie spodobało. - Mała, ty się za bardzo nie przemęczaj. Widziałem co dziś wyprawiałaś. Dwa czy trzy razy dostałaś w sam brzuch, więc siadaj, oddychaj spokojnie i żadnego gwałtownego ruchu - rzucił we mnie poduszką. Zaśmiałam się cicho. Cieszyłam się, że znowu będzie między nami tak jak wcześniej.
  - Ej, tak się zastanawiam. - mruknęłam, pocierając brodę. - Jakim cudem tak się zbliżyliśmy w tak krótkim czasie - spojrzałam na Matthiasa wyczekująco, a on wzruszył ramionami.
  - Takie życie. Są osoby, z którymi po dwóch tygodniach dzielisz więcej sekretów, przypałów i zainteresowań, niż z ludźmi, których często znasz po kilka lat - zaśmiał się, a ja w duchu przyznałam mu rację.
  - Mam pomysł! - zawołałam, wyrzucając rękę w górę. Mat pokazał, żebym nie przerywała. - Co ty na to, żebyśmy założyli stronę internetową, na której będą informacje różne, będzie chat i to będzie dostępne tylko z hasłem? - wypaliłam, podniecona własnym pomysłem. Chłopak zaklaskał, więc ukłoniłam się kilka razy nisko. 
  - Zostaw to Jules'owi. Zrobi nam odpicowaną stronkę, której nikt by się nie powstydził - powiedział tak samo radosny jak ja. - Jak będzie się nazywała? - spytał, wyciągając telefon. Zamyśliłam się na chwilę i doznałam olśnienia, a żaróweczka nad moją głową oślepiła wszystkich w promieniu kilometra.
  - Idealna nazwa dla nas i tak samo debilna jak my - Mat spojrzał na mnie wilkiem. - No ok. Będąca tak samo mega jak my. Tylko, że ona nie jest jakaś tam specjalnie wypasiona czy coś..
  - Mówże w końcu! - zawołał zniecierpliwiony Mat. Uniosłam ręce w górę.
  - Peace, love and basket - powiedziałam poważnym głosem. Spojrzał na mnie zdziwiony.
  - Idealnie nas opisuje, masz rację - zaśmiał się. Też się zaśmiałam. Oboje śmialiśmy się tak głośno, że nie usłyszeliśmy wołania, które dochodziło z podwórka. Nie wiedzieliśmy nawet z czego się śmialiśmy. Podskoczyliśmy przerażeni, słysząc nagły dzwonek do drzwi, co rozśmieszyło nas jeszcze bardziej. Mat wstał i poszedł otworzyć, o ile zwijanie się po drodze ze śmiechu można było nazwać chodzeniem. 
  - Cześć synku! - usłyszałam z przedpokoju wysoki, lecz miły dla ucha głos. Stukot walizek, dwie pary butów i ... koła? Moment. Rodzice Matthiasa, więc musi z nimi być też...
  - Siema, Konnor - powiedział Mat. Zaraz potem w drzwiach salonu zjawiła się jego matka, a po niej jego ojciec i brat na wózku. - Pamiętacie Daisy? Nie, wy Daisy nie pamiętacie. Rose. Pamiętacie Rose, prawda?
  - To jest ta Rose? - wyszeptała wysoka blondynka, przyciskając sobie dłonie do ust.
  - Dobry wieczór - powiedziałam, wstając. - Dawno się nie widzieliśmy - uśmiechnęłam się, a z oczu Konnora pociekły łzy. 

czwartek, 17 grudnia 2015

Roz. 20

Tak.
Więc..
Przepraszam za to, że pojawia się dopiero teraz, ale nie mam czasu pisać.
Zupełnie nie mam czasu.
Wychodzę z domu o 7 i wracam po 20, a zanim lekcje odrobię to jest już 21, a ja muszę iść spać, żeby wstać o 5 i nie być zombie.
Więc przepraszam jeszcze raz.

***

  Zablokowałam nadciągającą Cleo. Patricia zrobiła dwa długie kroki i piłka wpadła do kosza. Ledwo powstrzymałam okrzyk triumfu. Pierwsze punkty dla nas. Szóstka z przeciwnej drużyny wyrzucała spod kosza. Krycie dziesiątki wcale nie było takie proste jak się na początku wydawało. Mimo to ganiałam za nią nieustępliwie. Zdesperowana szóstka wyrzuciła piłkę daleko na boisko. Uśmiech zamarł mi na ustach. Na drugiej połowie boiska stała trójka. Patricia ruszyła pierwsza, ja tuż za nią. jeszcze kilka kroków. Trójka dostała piłkę i pognała przed siebie. Byłam przed nią. Odwróciłam się w miejscu i rozłożyłam ręce. Nie zatrzymała się, nie miała jak. Poczułam jej łokieć na moim brzuchu i bark na obojczyku. Po sekundzie leżałam na podłodze. Miejsce tuż pod prawą stroną żeber pulsowało tępym bólem, jednak wstałam szybko, gotowa grać dalej. Na moje szczęście, sędzia wygwizdał szarżowanie. Nie dałam po sobie poznać jak bardzo bolało mnie miejsce, w które uderzyła trójka, ale Patricia zauważyła mój chwilowy grymas. Spojrzała na trójkę swoim wzrokiem rasowego zabójcy. Ustawiłam się na linii rzutów wolnych. Dziewczyny stanęły po bokach. Odbiłam piłkę parę razy od ziemi, po czym rzuciłam ją do kosza. Dziewczyny rzuciły się do zbiórki, ale nie potrzebnie. Stałam z założonymi rękoma. Zdobyłam nam kolejny punkt.
  - Ej, dziewczyny! - zawołałam. Moja drużyna się zatrzymała patrząc na mnie wyczekująco. Wskazałam na Cleo. - Za trzy - powiedziałam. Dziewczyny pokiwały głowami, a ja ucieszyłam się, że zrozumiały. Rzuty za trzy Cleo już nie były nam straszne.
  Pierwsza kwarta zakończyła się wynikiem 13 - 8 dla nas. Podeszłam do ławki i z wdzięcznością przyjęłam od Nikki butelkę wody. Byłam zdyszana, ale szczęśliwa. Nie dałam tym wywłokom wygrania pierwszej kwarty. Uśmiechnęłam się szerzej, przez co trochę wody wylało mi się na koszulkę. Zerknęłam na trenera. Myślałam, że na drugie 10 minut zmieni skład, ale on tylko wskazał Marię. Ona usiadła, a zamiast niej wstała Amy. Przybiłam z nią piątkę. Teraz totalnie zaskoczymy przeciwniczki wsadami i bardziej precyzyjnymi blokami. I to mi się podobało. Wchodząc na boisko ramię w ramię z pozostałą czwórką dziewczyn, zapowiedziałam początek końca.
  Caroline wybiła piłkę dziesiątce, Pati ją przechwyciła i sama popędziła na kosz. Byłam za daleko, nie dałabym rady dotrzeć do niej w odpowiednim czasie, żeby zablokować zachodzące jej drogę przeciwniczki. Ale od czego miałyśmy teraz Amy? Ona była już obok i praktycznie całkowicie oczyściła drogę Patricii, a kiedy ta spudłowała, blondynka wyskoczyła w górę jak najwyżej i na chama wsadziła piłkę w kosz. Odtańczyłam dwu-sekundowy taniec zwycięstwa, po czym skupiłam się na dalszej grze. Cleo wyrzucała spod kosza, a ja już byłam obok piętnastki. Ganiałam ją po całej połowie bawiąc się w kotka i myszkę, jednak to nie powstrzymało jej przed złapaniem piłki. Minęła mnie szybko, a ja za późno zorientowałam się w całej akcji. Kiedy ja dopiero się odwracałam, Caroline i Nancy już były na swoich miejscach. Zaraz potem przemierzyłam cały boisko i znalazłam się obok nich. Caro wybiła piętnastce piłkę, Nancy ją przechwyciła i pobiegła przed siebie. A ja już czekałam pod naszym koszem, trzymając dwie dziewczyny z dala od mojej koleżanki. Nan zatrzymała się na linii za trzy, rzuciła. Ustawiłam się do ewentualnej zbiórki, ale na szczęście nie była ona potrzebna. Piłka wpadła czysto.
  Na trybunach od jakiegoś czasu trwało zamieszanie. Cały czas wchodzili na nie nowi ludzie, zaczynali wrzeszczeć, kibicując jednej lub drugiej drużynie. Znaczna część była za liceum D. W pewnej chwili wydawało mi się, że usłyszałam Matthiasa, ale kiedy spojrzałam na trybuny, nigdzie nie mogłam dojrzeć jego czerwonej czupryny.
  Przechwyciłam piłkę i popędziłam dalej. Kozłując mijałam swoich przeciwników z gracją, jakiej nie powstydziłyby się tancerki. Przede mną nagle pojawiły się dwie dziewczyny. Znalazłam minimalną przestrzeń między nimi i wbiłam się w nią bokiem, rozpychając przeciwniczki. Zrobiłam dwutakt, wyrzuciłam piłkę w górę i następne punkty powędrowały na naszą stronę tablicy wyników. Już trzecia kwarta trwała w najlepsze, a ja jeszcze ani razu nie zeszłam z boiska. Nie, żebym narzekała, co to, to nie, ale myślałam, że inne dziewczyny też chciały grać.
  - Kurna, co oni? Sędziego przekupili?
  - To był jawny faul.
  - No nie? I kilku koszy nie powinni im zaliczyć.
  Trójka i piętnastka szeptały sobie w najlepsze. Co? Prestiżowa szkoła, w mordę. Zachciało się. Takie najczęściej nie potrafią przegrywać, bo od razu zaczyna się obwinianie przeciwnika o kantowanie. Nadal szeptały między sobą, tym razem wszystkie, cała piątka. Ich trener wziął czas, a one zamiast go słuchać, to sobie plotkowały, oburzały się. Przynajmniej tak to wyglądało. Widziałam ich ukradkowe spojrzenia rzucane w naszą stronę. One coś na nas szykowały, ale było to coś paskudnego. Moje wnętrze zawrzało. Dosłownie czułam jak wskaźnik mojej koncentracji rośnie wraz z narastającą wściekłością. Serce zrobiło się gorące jak piec z szalejącym wewnątrz ogniem, a mózg działał na najwyższych obrotach, kalkulując wszystko na chłodno. I wtedy znów to się stało. Nie widząc niczego, widziałam wszystko.

I wtedy dopiero się zaczęło.

  - Jeśli dostaniesz piłkę, to podawaj do mnie. - powiedziałam do Amy bezbarwnym głosem. Spojrzała na mnie zdziwiona, ale po chwili pokiwała głową. Ruszyłam na swoje miejsce. Szłam tak pewnie, że wydawałoby się, iż trzęsienie ziemi i spadający z sufitu tynk są jak najbardziej na miejscu. Strzępki mojego trzeźwego myślenia siedziały głęboko z tyłu czaszki i przyglądały się jak przeciwniczki praktycznie rozstępują się przede mną. Pewnym krokiem dotarłam pod swój kosz i stanęłam w lekkim rozkroku. Wzięłam głęboki wdech zamykając oczy. Odwróciłam się, pochyliłam lekko głowę, otworzyłam oczy i spojrzałam na boisko.
  - Zatańczmy - warknęłam, siłą powstrzymując się od splunięcia na podłogę. Rozpoczęła się druga połowa trzeciej kwarty. Omiotłam salę wzrokiem, od razu wychwytując położenie wszystkich dziewczyn na boisku. Szóstka wyrzucała spod kosza. Najpewniej poda do piętnastki, która była w połowie boiska. Mnie spróbują zablokować trójka i dziewiątka, a Cleo nie ruszy się ze swojej pozycji na krok. Przeliczyłam się. Jedyne co próbowały zrobić, to zatrzymanie mnie, Patricii i Amy za wszelką cenę. Nie przepracowały się za bardzo z tym swoim planem. Ruszyłam w przód i już byłam przy piętnastce. Zabrałam piłkę znajdującą się kilka centymetrów przed palcami dziewczyny i pobiegłam przed siebie. Wszystko działo się jak w zwolnionym tempie. Czemu one są takie wolne? Z łatwością je wyminęłam i podążyłam dalej pod kosz. Cleo. Została jeszcze ona Była gotowa do obrony. Za mną biegły jeszcze szóstka i dziewiątka. Pędziły jakby się paliło, a ja nadal poruszałam się szybciej od nich. Zatrzymałam się nagle tuż przed linią za trzy. Dziewczyny minęły mnie i zanim ktokolwiek zdążył zareagować, podniosłam piłkę nad głowę. Sekundy wydawały się godzinami. Przekręciłam ją w dłoniach i powoli wypuściłam. Piłka delikatnie oderwała się od moich palców i poszybowała lekkim łukiem wprost w środek obręczy. Czysto. Za trzy punkty. Odwróciłam się i truchcikiem pobiegłam pod swój kosz. Czemu nikt się nie ruszał? Nagle moja świadomość wyskoczyła z ciemności. Znów wszystko było takie jak niespełna trzy minuty temu, z tą różnicą, że było prawie zupełnie cicho. Po chwili na trybunach podniosła się wrzawa jakiej jeszcze w życiu nie słyszałam. Uśmiechnęłam się szeroko.

4 minuty do końca trzeciej kwarty.
14 minut do końca meczu.
57-52 dla nas.

  - Wygramy to - mruknęłam, zacierając ręce. Nikki wrzeszczała coś, dopingując nas z ławki. Oblizałam wargi. Nie wiem jak ja robię te swoje czary-mary i inne sztuczki, ale chcę jeszcze. I nagle jakby mój umysł powiedział 'proszę bardzo'. Znów żadnych myśli, instynkt górował. 

Zostałam tylko ja, piłka i dwa kosze.

  Jeden atakuje, drugiego mam bronić, a piętnastka właśnie nacierała na moją fortecę. Podstawówka. Ugięłam kolana. Nisko na nogach, rozłożyć ramiona. Gimnazjum. Jedna ręka wyżej, druga niżej. Prawa noga ledwo w przód. Liceum. Mój wzrok zabijał, a ja byłam na to gotowa. 
  Piętnastka zatrzymała się na chwilę, a z jej twarzy znikła zaciętość, która zamieniła się w mieszankę strachu i niepewności. Podała do szóstki, która oddała piłkę trójce. I to właśnie ona ruszyła do przodu. Zrobiłam krok w jej stronę i wtedy złapała piłkę w ręce. Chciała rzucić. Niestety była zbyt wolna. Zjawiłam się przy niej w chwili, w której piłka ledwo oddaliła się od jej palców. Podskoczyłam i z całej możliwej siły uderzyłam piłkę, pchając ją ku ziemi, a ta  odbiła się od podłogi z głośnym hukiem i wyleciała za boisko. Nie ma tak. Nie wygracie z nami. Nie macie szans, małe gnidy. Stanęłam w lekkim rozkroku, chcąc przygotować się do kolejnej akcji, ale ręce opadły mi bezwładnie po bokach. Rozdziawiłam usta wpatrując się jak zauroczona w trybuny. Zaraz potem uśmiech wypełzł leniwie na moją twarz. Kiedy zobaczyłam czerwoną czuprynę, mój trans się pogłębił. Byłam nakręcona jak nigdy wcześniej. Mięśnie moich ramion napięły się, unosząc moje ręce do góry. Uśmiechnęłam się szerzej. Patricia i Amy stały gdzieś za mną, a Nancy i Caroline czekały co zrobi nasza trójka. A my ruszyłyśmy do obrony. Szóstka była moja. Trójka Pat, dziewiątka Amy, piętnastka Nancy, a dziewiątka należała do Caroline. Cleo wyrzucała z linii bocznej. Caroline nie dała rady jej zablokować ani odebrać jej piłki. Ale mogła zmienić tor lotu piłki. I tak zrobiła. Nancy przechwyciła ją, przebiegając obok z prędkością torpedy. Podała do Patricii, a ona popędziła sama na kosz. Trzy przeciwniczki zastąpiły jej drogę. Odrzuciła piłkę do Amy, a ja byłam już obok niej. Podała mi piłkę z rąk do rąk. Przeszłam od razu w kozioł i przebiłam się przez ścianę stworzoną z ciał w biało-pomarańczowych strojach. Jeden krok, drugi i kolejne punkty dla nas. W tej chwili rozległ się gwizdek. Ściana z pancernego szkła umiejscowiona w moim mózgu została rozbita. Czułam jakby coś na mnie spadło. Nie czułam nic. Fizycznie przestałam istnieć dla samej siebie. Niechętnie podeszłam do ławki i wzięłam butelkę wody. Pociągnęłam z niej kilka dużych łyków i dopiero wtedy zorientowałam się, że Nikki i wujek patrzą na mnie zszokowani.
  - Co jest? - spytałam odstawiając butelkę na ławkę. Peter popatrzył na Nikki, która wstała i podeszła do mnie.
  - Ćpałaś? Piłaś? Chuchaj. Pokaż oczy - zażądała, chwytając moją twarz w ręce i zwracając ją ku sobie. Czujnie patrzyła w moje oczy. Zaśmiałam się cicho, wyswobadzając się z jej uścisku. Pokręciłam przecząco głową.
  - Nic z tych rzeczy, mamo - wyjaśniłam, uspokajając ją. Nagle mój brzuch przeszył nagły ból. Lekko się zgięłam, ledwo powstrzymując torsje. Ból promieniował falami spod prawej strony żeber i rozchodził się na całe podbrzusze. Po chwili opanowałam armagedon w moim żołądku. Wyprostowałam się z krzywym uśmiechem, stwierdzając, że wszystko jest dobrze oprócz tego, że dopadła mnie kolka. Powiedziałam tak, ale w rzeczywistości czułam się okropnie. Żołądek i przełyk piekły mnie niemiłosiernie. Mój trans, moje czary-mary zniknęło jak ręką odjął, choć przed chwilą czułam, że osiągał co raz wyższe stadia. Czemu? Co się stało? Spanikowałam lekko, ale zaraz potem uspokoiłam się. Zaczęła się czwarta kwarta, trzeba było się skupić, wyjść na boisko i nie myśleć o niczym innym. Liczyła się teraz tylko piłka. Przekraczając linię, poczułam mrowienie w palcach obu dłoni. Dreszcze rozprzestrzeniły się na całe ramiona, dosięgły klatki piersiowej, brzucha nóg i głowy.
  -Daisy, dasz radę grać tak jak przed chwilą? - spytała Maria, podążając zaraz za mną i Amy. Kiwnęłam głową. - Dasz radę? Jesteś gotowa im z nami dokopać?
  - Zwarta i gotowa, pani kapitan - powiedziałam, unosząc nieznacznie kąciki ust. Zabawa rozpoczęła się od pierwszego rzutu Nancy za trzy punkty niespełna minutę po rozpoczęciu gry. Nie ruszałam się z miejsca. Stałam, obserwując z daleka czwartą kwartę. Patrzyłam, analizowałam i segregowałam informacje, co przychodziło mi co raz łatwiej. Akcje nadal należały do nas. Kiedy ja praktycznie zniknęłam z gry, przeciwniczki skupiły się na Patricii. Blokowały ją we dwie lub trzy, jednak ona nadal przedzierała się przez nie i zdobywała punkty. Liceum D nie dawało jednak za wygraną. Kiedy biegły w stronę naszego kosza, nawet nie kiwnęłam palcem. Robiłam krok w przód, a one po prostu rzucały z miejsca, w którym stały lub szybko podawały do innych. takim sposobem dwucyfrowa różnica w punktacji zmniejszyła się w jedyne 9 punktów naszej przewagi.

Zostało 5 minut.

  W tym momencie wyszłam spod kosza i ruszyłam prosto w kłębowisko ciał. Z łatwością mijałam nacierające na mnie dziewczyny. Prawie jakbym stała się powietrzem. Wszyscy wiedzieli, że jestem, ale nie zwracali na to uwagi, choć byłam potrzebna. Byłam wszędzie i nigdzie. Wyłuskałam piłkę z rąk Cleo, która zdezorientowana spojrzała prosto w moje oczy. Dopiero wtedy zauważyła, że tam byłam. Uśmiechnęłam się szeroko i kozłując, wyszłam poza obręb zamieszania. Odwróciłam się i szybko ruszyłam z powrotem. Znów dotarłam pod swój kosz, tym razem z prawej strony. Wyrzuciłam piłkę, po czym pomachałam sędziemu. Kolejne punkty powędrowały dla nas. Po wyrzucie spod kosza, zabrałam piłkę i znów podwyższyłam nasz wynik. I tak przez pięć kolejnych minut. Ja, Patricia lub Maria kradłyśmy podania, oddawałyśmy dalej do swoich i zdobywałyśmy następne punkty. Druga połowa czwartej kwarty rozgrywała się praktycznie pod koszem liceum D. A one panikowały co raz bardziej. 

10 sekund do końca.

Przechwyciłam piłkę i podałam do Nancy

8 sekund.

Ona wybiegła za linię za trzy i rzuciła.

5 sekund.

Nie trafiła. Wyskoczyłam do zbiórki, zdobywając piłkę.

4 sekundy.

Piętnastka natarła na mnie i w akcie desperacji
wbiła mi pięść w brzuch.

2 sekundy.

Utrzymałam się na nogach. Bolało, ale piłka była moja.

1 sekunda.

Wyrwałam się od trójki i piętnastki, wyskakując do góry.
Piłka odbiła się od tablicy i wpadła w obręcz.

KONIEC.

  Poczułam nagłą falę mdłości Przepchałam się przez dziewczyny i popędziłam do wyjścia. Wydawało mi się, że zaraz umrę. W ostatniej chwili nachyliłam się nad muszlą klozetową. Mój żołądek skurczył się gwałtownie, a z moich ust wytrysnęło do połowy strawione jedzenie. Zakaszlałam zniesmaczona, ale zaraz potem zwróciłam kolejną porcję dzisiejszego jedzenia.
  - Daisy! Gdzie jesteś?! - usłyszałam dochodzący z korytarza głos Nicole. Czułam się już lepiej. Wyplułam gorzką ślinę zalegającą w moich ustach i oparłam się plecami o zimną ścianę. Spuściłam wodę, stając niepewnie na chwiejnych nogach. Po chwili Nikki była już przy mnie. Wypłukałam usta, nie odpowiadając na żadne z zadanych mi pytań. W końcu Nikki poddała się, pomagając mi dotrzeć na salę. Z każdej strony posypały się słowa, a których rozróżnić dało się tylko "Co ci jest? Wyglądasz strasznie! Jesteś blada! Wszystko ok?" Na nic nie odpowiedziałam. Powoli usiadłam na ławkę, z wdzięcznością przyjmując butelkę wody. Upiłam kilka małych łyków i skupiłam się na klęczącym przede mną wujku.
  - Co jest Daisy? Co się stało? - spytał przejęty. Skierowałam wzrok na piętnastkę. Nasze spojrzenia się skrzyżowały, a ona się uśmiechnęła. Nie odwzajemniłam gestu, zamiast tego posłałam jej obojętne spojrzenie. Wskazałam na nią palcem i uśmiechnęłam się ironicznie.
  - Dostałam w brzuch. Pięścią - wycedziłam przez zęby. Niech sobie nie myśli, że się jej upiecze. Peter popatrzył na mnie, potem na drużynę przeciwną, za którą stał ich trener. Piętnastka zrobiła kamienną minę, a jej koleżanki zaraz zaczęły się do mnie rzucać.
  - Ona nigdy nie zrobiłaby czegoś takiego! To najbardziej uczciwa osoba jaką znam! Jak możesz tak kłamać?! Nie dość ci wygranej?! - krzyczała najgłośniejsza. Ich trener uciszył je gestem reki, po czym zwrócił się do piętnastki.
  - Zrobiłaś to? - spytał spokojnie. Dziewczyna spojrzała na mnie twardo, ale po chwili z jej twarzy spadła maska. Pokiwała niechętnie głową. - Pytam, czy to zrobiłaś - głos trenera stał się zimny.
  - Tak - powiedziała głośniej. W jej drużynie zawrzało. Przez chwile myślałam, że będę musiała podnieść koszulkę, żeby udowodnić winę dziewczyny, ale trenerzy opanowali sytuacje. Zgarnęli obie drużyny do podziękowań. Stanęłam na środku sali razem z innymi. Na przeciwko stała Cleo. Uśmiechnęłam się krzywo i podałam jej rękę. Potrząsnęła nią, nie patrząc mi w oczy. Poszłam razem ze swoją drużyną do szatni. Przebrałam się, słuchając psioczenia na przeciwniczki, po czym wyszłam. Skierowałam się do toalety. Stanęłam przed lustrem i uniosłam koszule do góry. Zaniemówiłam. Wpatrują się w lustro, przesuwałam wzrokiem po swoim torsie. Tuż pod żebrami, po całej szerokości ciągnęły się dwa, łączące się ze sobą siniaki koloru dojrzałej śliwki. Westchnęłam głęboko, kręcąc głową. Ja chyba naprawdę nie potrafię zrobić czegokolwiek bez doznawania jakichś kontuzji. Opuściłam koszulę i wyszłam z łazienki. Po drugiej stronie korytarza, oparta o ścianę stała Nicole. Podniosła na mnie wzrok i razem, ramię w ramię, poszłyśmy oglądać mecz chłopaków.