niedziela, 23 sierpnia 2015

Roz. 19

   Jako, że mój internetowy ojciec prosił mnie od jakichś trzech tygodni o rozdział, to robię mu tą przyjemność i wstawiam go poza kolejnością. xDD
Krótki, ale zawsze to jakiś rozdział. Nie bijcie.
   Więcej informacji na głównym blogu, co nie?
  Wiecie to, prawda?
(GŁÓWNY BLOG CO NIE)


***

  Połowa grudnia już za mną. Od kilku tygodni nie rozmawiałam z Matthiasem. Mijając się na klatce, mówiliśmy sobie krótkie, ponure 'cześć' i oboje szliśmy w swoją stronę. Coś ściskało mnie wtedy w klatce piersiowej, po czym wybuchało niekontrolowanym gniewem. Zadziwiająco dobrze szła mi gra w kosza, choć niektóre dziewczyny skarżyły się, że gram będąc w swoim świecie, w swoim zbyt agresywnym świecie. Nie zwracałam nawet na to uwagi, po prostu grałam, nie ważne jak, ważne, że robiłam to dobrze. Szłam przed siebie i robiłam co chciałam. Między mną a Simonem wszystko było w jak najlepszym porządku. Nie wracaliśmy już do rozmowy o naszym pierwszym i ostatnim pocałunku. Nie ruszaliśmy też tej sprawy z ignorowaniem mnie. W ogóle nie ruszaliśmy nic. Zazwyczaj tylko się witaliśmy, czasem mieliśmy czas na wymienienie kilku ciętych uwag dotyczących przeżytych dopiero co lekcji.. I w tym wypadku też rozchodziliśmy się w swoje strony.
  Co raz więcej było nauki, co raz więcej dokładałam sobie dodatkowych ćwiczeń i treningów. Nie miałam czasu martwić się o cokolwiek. Czasem, kiedy miałam wolną chwilę, zaczynało mi się robić dziwnie. Chciałam wtedy wleźć do szafy, nie wychodzić następnych kilka dni i tylko płakać. W takich chwilach zamykałam się w łazience i ćwiczyłam. I ćwiczyłam. I ćwiczyłam.

I ćwiczyłam.

  Zamknęłam łazienkę od środka i rzuciłam zwitek ubrań na fotel. Czarne dresy, czarna koszulka, czarna, polarowa bluza, brudnozielony szalik, grube skarpety i jaskrawozielony odblask. Nałożyłam wszystko na siebie i wyszłam na korytarz. Wcisnęłam stopy w czarne adidasy, na uszy nałożyłam słuchawki i podłączyłam je do telefonu. Na końcu poprawiłam kucyk, włożyłam rękawiczki i otworzyłam drzwi.
  - Wracam za pół godziny! - krzyknęłam do ojca, który akurat jadł kolację. Odkrzyknął coś z pełnymi ustami, a ja zaśmiałam się, zamykając drzwi. Zbiegłam po schodach pod rytm mojej ulubionej piosenki i wypadłam na podwórko. Zimne powietrze owiało moją twarz, a śnieg pod butami zaskrzypiał złowieszczo. 

Tak, jak przyroda zamiera na zimę,
tak moje życie zatrzymało się w miejscu.

  Po krótkiej rozgrzewce zaczęłam biec swoją stałą trasą. Mijałam domy i pojedyncze drzewa. Wbiegałam z kręgi świateł latarni i cienie między nimi. Liczyło się tylko tu i teraz. Mój co raz cięższy oddech i każdy kolejny, skrzypiący krok. Dudniąca w słuchawkach muzyka zagłuszała świst powietrza i ból płuc, który powodowała niska temperatura.

Nagle zrobiło mi się cieplej.

  Z naprzeciwka szedł Matthias. Ręce trzymał w kieszeniach, połowę twarzy zasłaniał jego szalik. Szedł ze spuszczoną głową. Kiedy byliśmy od siebie oddaleni jakieś pięć metrów, podniósł oczy. Skinęłam głową, przebiegając obok niego. Nie widziałam czy odpowiedział. Po prostu pobiegłam dalej, czując jak moje wnętrze znowu zamarza. Wewnątrz mojej głowy coś eksplodowało, a ja uświadomiłam sobie, że znowu minęliśmy się bez słowa. Zatrzymałam się nagle. Moje serce dudniło, a w uszach słyszałam tylko szum płynącej we mnie krwi. Spuściłam wzrok na swoje buty, po czym spojrzałam w górę na prawie czarne niebo rozświetlone milionami gwiazd. Ca ja wyprawiam? Co ja najlepszego wyprawiam? Co to za szopki, jakieś fochy, obrażanie się? Nie lepiej byłoby porozmawiać? Odwróciłam się, ale Mata już tam nie było. Kopnęłam wściekle grudę śniegu, która rozsypała się na wszystkie strony. Gdybym nie była tak uparta, tak dumna, już dawno byśmy się pogodzili. Wystarczyło wysłuchać, wyjaśnić, przeprosić. Bez krzyku i wyzwisk. Westchnęłam ciężko i uśmiechnęłam się szeroko. Ruszyłam dalej, biegłam przed siebie. Chyba w jakiś sposób lubię komplikować sobie życie. 
  Następnego dnia myślałam o tym, jak przeprosić, jakimi słowami, jak zacząć, jak zagadać.. Niestety, nic nie przychodziło mi do głowy, mazałam więc bezsensowne szlaczki na marginesie zeszytu. Gdzie była moja wyobraźnia, kiedy była dość mocno potrzebna. 
  - Nad czym tak się zastanawiasz? - spytała Nikki, nagle zjawiając się obok. Zza niej wyrosła Miriam, a od strony drzwi człapał w naszą stronę Simon, ziewając szeroko. Spojrzałam na nich z szerokim uśmiechem. Tylko nie zginaj ust w drugą stronę  wszystko będzie dobrze.
  - Nad niczym, zmęczona jestem lekcjami - powiedziałam, szczerząc się głupio. Dziewczyny pokiwały głowami. Nicole wiedziała, jak dużo wymagali ode mnie nauczyciele. Twierdzili, że nie mogę zmarnować mojego talentu do nauki,a le jakoś mnie to nie ruszało. Nie było uciążliwe ani nic z tych rzeczy. Ale nikt przecież nie musiał o tym wiedzieć, bo zmęczenie nauką zawsze było dobrą wymówką. 
  - Idziemy do sklepu. Idziesz z nami? - spytała Miriam. Zaprzeczyłam ruchem głowy, więc dziewczyny wybiegły z sali, żeby jak najszybciej zrobić zakupy. Musiały zdążyć przed dzwonkiem na lekcje. Simon zasiadł na krześle stojącym po drugiej stronie mojej ławki i oparł się łokciem o mój stolik. 
  - Co się dzieje, Daisy? - spytał, wpatrując się w przestrzeń. No nieźle. Chciał rozmawiać siedząc do mnie bokiem. Wzruszyłam ramionami i wbiłam wzrok w szlaczki w zeszycie. Nie mogłam na niego patrzeć. Powiedziałabym mu wszystko.. - Nie zgrywaj nic niewiedzącej. Widzę, że od jakiegoś czasu jesteś inna.
  Zmusiłam się, żeby spojrzeć na niego. Uniosłam brew, udając, że nie wiem o co mu chodzi. Przyglądałam mu się chwilę. W jego oczach zobaczyłam, że.. Martwił się. Coś ścisnęło mnie za serce. Nie odezwałam się tylko ponownie wbiłam wzrok w zeszyt. Simon westchnął i wstał. Popukał mnie w ramię, a kiedy na niego spojrzałam, niemo kazał iść za sobą. Posłusznie poczłapałam za nim aż do szatni. Usiadł na schodach, poszłam w jego ślady. Głosy rozmów ucichły, zostając dwa piętra wyżej i zostawiając nas praktycznie samych. Wzięła głęboki oddech.
  - No dobra, mała. Co tam się u ciebie stało? - spytał, bawiąc się sznurkiem od bluzy. Zerknęłam na niego i zamyśliłam się chwilę. Zaczęłam od opowiedzenia o nagłym spotkaniu z Matem przed szkołą kilka tygodni temu, przebrnęłam przez przyczynę kłótni i skrócenie jej o niezbyt komfortowe szczegóły dotyczące moich uczuć, a całą wypowiedź skwitowałam cichym westchnięciem. Simon podrapał się po karku, spojrzał przed siebie, potem na mnie i z poważną miną powiedział:
  - Głupie to było, wiesz?
  Skrzywiłam się. No tak, czego innego miałam się spodziewać od tak bezpośredniego chłopaka.  Po chwili poczułam jego dłoń na mojej głowie. Pacnął mnie po niej kilka razy, a ja odwróciłam się w jego stronę zdezorientowana.
  - Nie fajnie czuję się z myślą, że przeze mnie pokłóciłaś się z przyjacielem. Chociaż.. Z tego co powiedziałaś wynika, że ty nie masz za co go przepraszać. Raczej to on powinien paść ci do stóp i błagać o przebaczenie za chęć kontrolowania twojego życia - stwierdził, przeczesując palcami moje włosy. Jego dotyk podziałał na mnie kojąco. Cały stres, zły nastrój oraz poczucie winy ulotniły się w zawrotnym tempie. Przymknęłam oczy, opierając głowę o ścianę.
  - Ile przerwy zostało? - spytałam cicho, wiercąc się. Wygodna pozycjo, gdzie tyś jest?
  - 10 minut - powiedział po chwili. - Czemu się tak kręcisz? - prychnął.
  - Niewygodnie mi - burknęłam, opierając się plecami o schody. Simon pociągnął za kosmyk moich włosów. Odwróciłam się, chcąc zapytać o co chodziło, ale zamarłam z na wpół otwartymi ustami. Wyciągnął ramiona w moją stronę i patrzył wyczekująco. Przesunęłam się niepewnie między jego kolana i oparłam się o jego tors. Oplótł mnie ramionami, a ja jeszcze nie do końca rozumiałam co się właśnie działo.
  - Lepiej? - spytał, a ja pokiwałam głową. Oparł się brodą o czubek mojej głowy. Zamknęłam oczy, pozwalając swoim rękom powędrować w górę i zacisnąć się na dłoniach Simona. Chłopak lekko zadrżał, przez chwilę siedzieliśmy w całkowitej ciszy. - Daisy, mogę ci coś powiedzieć? - usłyszałam pytanie. Zamruczałam, że zezwalam. Simon coś powiedział, ale w tej samej chwili zadzwonił dzwonek, który go zagłuszył. Posypała się długa wiązanka przekleństw i wyzwisk dotyczących wyczucia czasu.
  - Powiedz. No mów - zachęciłam chłopaka, kiedy wspinaliśmy się już po schodach. Simon machnął na to ręką.
  - Kiedy indziej. Do potem - mruknął, wciskając zaciśnięte dłonie do kieszeni bluzy. Patrzyłam jeszcze na jego oddalające się w przeciwnym kierunku plecy, po czym wzruszyłam ramionami i potruchtałam na historię.
  Po ostatniej, wyczerpującej lekcji tego dnia, wesoło ruszyłam na trening. Co prawda do tego właściwego została jeszcze godzina, ale ja już przebrana i rozgrzana latałam z tę i z powrotem z piłką. Energia dosłownie rozpierała mnie od środka. Robiłam zwody przed wyimaginowanymi przeciwnikami, wymijałam ich i wracałam na pozycję. Kozłowałam, biegałam, rzucałam.. Oby nie przestać się ruszać. Oby nie myśleć. Chwila w bezruchu oznaczała nagłą lawinę niechcianych myśli i filozofowanie nad moim życiem.. Więc biegałam dalej. Po jakimś czasie zauważyłam na korytarzu nieznanych ludzi. Z piłką w ręku przemierzyłam salę, kierując się do pokoju trenerów.
  - Co to za ludziki? - spytałam wujka, podrzucając piłkę.
  - Daj mi to - powiedział, zabierając mi piłkę. - Masz. Tu jest twój strój, butelka wody i baton na przeprosiny. Jak już z nimi skończymy, to zabiorę cię na jakieś dobre żarcie - powiedział szybko, wciskając mi w ręce zwitek wymienionych rzeczy. Spojrzałam na niego zdziwiona. - Co się tak marszczysz? Leć się przebrać! Wyjaśnię później.
  Skinęłam głową i bez zbędnych pytań pobiegłam do szatni. Wuja jeszcze nigdy nie był tak zdenerwowany bez powodu, więc w tempie super-duper szybkim przebrałam się w czarny strój z bordowymi elementami, takimi jak, na przykład mój numer, którym nawiasem mówiąc była szóstka. Wspinając się z powrotem po schodach zjadłam batona, przyjmując wstępnie przeprosiny wujka. Weszłam na salę i stanęłam z nim oko w oko. Wskazał ławkę, więc usiadłam. Wujek kucnął przede mną i zaczął mówić najciszej jak się dało.
  - Dostaliśmy dziś propozycję sparingu z liceum D, ale naciskali, żeby wszystko odbyło się dziś. Nie było innej opcji - powiedział, gestykulując gwałtownie. - Mając szansę gry z tak prestiżowym liceum.. Zrozum..
  - Nie mogłeś odmówić. Okej - wstałam i poruszyłam ramionami, wstępnie je rozciągając. - Z przyjemnością nakopię tym wywłokom - syknęłam, oblizując wargi. Szykowało się dobre popołudnie, czułam to w mięśniach. Usiadłam w najdalszym kącie sali, skąd mogłam bezkarnie gapić się na każdego kto wchodził lub opuszczał pomieszczenie. Po przeciwległej stronie sali dostrzegłam Simona ubranego w czarny strój z granatowymi elementami. Więc chłopcy też będą grać? Miód na moje zbolałe serce. Pomachałam Simonowi dyskretnie, a on odpowiedział mi uśmiechem, od którego prawie się rozpłynęłam. W ostatniej chwili wzięłam się w garść. Gdybym tego nie zrobiła, zostałaby ze mnie tylko mokra plama, a mokre plamy nie widzą tak ciekawych rzeczy, jakie ja widziałam teraz. Dwa rude, nierówno ułożone kucyki podrygiwały w rytm kroków, a obok, trochę wyżej od kucyków pojawiła się czarna czupryna, skrywająca w swoim cieniu oczy o znajomym, aroganckim spojrzeniu. Na salę gimnastyczną mojego liceum weszła 'Ruda' Cleo ramię w ramię z Alfą. Moja szczęka opadła tak nisko jak tylko dała radę, a oczy wypadły z orbit. Cholera. Co tu się wyprawiało? Zaraz za nimi weszły prawdopodobnie ich drużyny, a na końcu wtoczył się niski, okrągły staruszek. - No nieźle. Najlepszy trener jakiego widziałam - mruknęłam zgryźliwie.
  - Daisy! - zawołała Nikki, wbiegając na salę kilka minut później. Ona także była ubrana w kompletny strój do gry.  Uśmiechała się.
  - Fajnie wyglądasz - powiedziałam, wstając. Nicole spojrzała na mnie z byka.
  - Ty jak zwykle lepiej - burknęła, nadymając policzki. - jak tak na ciebie patrzę, to mogłabyś nie chodzić w niczym innym. Zostałaś stworzona, żeby tak wyglądać.
  Spojrzałam na nią wątpiącym wzrokiem.
  - Wyglądam jakby tir po mnie kilka razy przejechał - żachnęłam się, zakładając ręce na klatce piersiowej. Nikki podeszła bliżej, celując palcem w mój mostek.
  - Jeśli ty tak wyglądasz po zderzeniu z tirem, to ja poproszę trzy  - dźgnęła mnie, nadymając się jeszcze bardziej. Prychnęłam cicho. Ona zaraz po mnie i już po chwili obie prawie taczałyśmy się ze śmiechu. Niestety, głupota to ciężka i zaraźliwa choroba.
  - Dziewczyny, ogarnijcie się i do mnie! - zawołał wujek, a za nim na salę weszła reszta naszej drużyny. Uderzyło mnie to, na jak silne wyglądały. Jeszcze nigdy, na żadnym treningu nie wydawały się tak potężne, zjednoczone i pewne siebie, jak teraz. Byłam szczęśliwa, że do nich dołączyłam. Podeszłam do grupy, górując wzrostem prawie nad wszystkimi. Oparłam się łokciem o ramię prawie równej mi Amy. Zerknęła na mnie. Uśmiechnęłam się do niej, ale spoważniałam, widząc wujka.
  - Jak już wcześniej mówiłem, rozgrywka była planowana na następny tydzień, jednak przełożyliśmy ją na dziś ze względu na problemy osobiste trenera - powiedział z kamienną twarzą. Skrzywiłam się lekko. To dorośli zawsze powtarzali, żeby nie kłamać, więc czemu sami nagminnie to robią? - Nie ważne kiedy gramy. Nie ważne z kim. Nie bójcie się ich. To nic, że są ze sławnej szkoły. Sława o niczym nie świadczy. Trenuję was nastawiając was na zwycięstwo. I macie tego dokonywać, macie wygrywać. Jeśli się postaracie, to zrobicie to o wiele szybciej niż ktokolwiek. Dla was wystarczy się tylko trochę postarać, a wygracie z palcem.. Dobra, nie ważne - wujek wziął głęboki oddech i uśmiechnął się szeroko.  - Wierzę w was i chcę być z was dumny. Nie zawiedźcie mnie, swojego staruszka, dobrze?
  - Jasne, oczywiście - powiedziałyśmy, kiwając głowami. Zaczęłyśmy się śmiać z niczego.
  Kiedy wszyscy znaleźli się już na sali, sędzia zawołał do siebie kapitanów drużyn, którzy podali sobie ręce. Mimo pozornie miłej atmosfery, wszyscy byli do siebie wrogo nastawieni. Liceum D patrzyło na nas z góry, więc to jasne, że niełatwo byłoby nie odczuwać złości.
  Zaraz po bezpośredniej, niemej konfrontacji naszych spojrzeń, zaczęłyśmy rozgrzewkę. Ze strony liceum D rzadko kiedy można było cokolwiek usłyszeć. One tylko się rozciągały. A my? Na naszej połowie cały czas coś się działo. Wszystko szybko, tu ktoś kogoś gonił, tam ktoś kogoś popchnął, dwie czy trzy z nas turlały się ze śmiechu.. Mówiąc krótko - u nas wrzało. Śmiałyśmy się, gadałyśmy, śpiewałyśmy.. Ja nawet tańczyłam. Pełny luz i brak powagi. Rozległ się dźwięk gwizdka. Zeszłyśmy z boiska i stanęłyśmy w kółku. Spojrzałyśmy po sobie w ciszy. Po chwili wujek wskazał Marię.
  - Ja już się nagadałem. Czas na panią kapitan - powiedział uśmiechnięty. Dziewczyna westchnęła cicho.
  - Po prostu wygrajmy. Co to dla nas? - powiedziała zdecydowanym głosem, wyciągając przed siebie rękę. Starsze dziewczyny położyły dłonie na jej. Potem przyszła kolej na młodszy rocznik. Moja dłoń wylądowała na samym wierzchu. Zerknęłam na resztę drużyny. - Więc.. Co krzyczymy? - zaśmiała się nerwowo. Wzruszyłam ramionami.
  - Może "ziemniaki'? - zaproponowała Nikki całkowicie poważnie. Prychnęłam cicho, a już po chwili wszystkie prawie pokładałyśmy się ze śmiechu.
  - Chciałabyś - powiedziałam, wycierając łzę rozbawienia.
  - Dobra. Żarty żartami, ale musimy mieć okrzyk - przerwała nam lekko zniecierpliwiona Patricia.
  - Utrzymać puls - powiedziałam, i nagle wszystkie oczy zwróciły się na mnie. A ja pierwszy raz w życiu prawie zapomniałam języka w gębie. - No, bo nam chodzi o to, żeby piłka cały czas była w grze, co nie? Narzucimy im swój rytm i swoje tempo. Będziemy takim sercem, które utrzymuje puls takie, jakiego ono tego chce - zakończyłam nieco zakłopotana, nieprzyzwyczajona do takich filozoficznych wypowiedzi padających z moich ust.
  - Załączony tryb: poetka życiowa - zaśmiała się Nikki.
  - Dobra, niech będzie - stwierdziła łaskawie Patricia. - Jesteśmy sercami, które narzucają innym swój bit.
  - Utrzymać! Puls! - wrzasnęłyśmy, wyrzucając ręce do góry. Pisnęłam szczęśliwa. Tak dawno nie robiłam drużynowego okrzyku. A teraz sama go nawet wymyśliłam. Odlot!
  - Hej, Lwie. Niezłe przemówienie  - zaśmiała się Amy, klepiąc mnie po plecach - Na pewno to wygramy - dodała, poważniejąc. Pokiwałam głową. Kto jak kto, ale my mamy nie wygrać? Z tą myślą usiadłam na ławce. Na pierwszy ogień pójdą pewnie starszaki, żeby nie było, że pierwszoklasistki zdominowały drużynę. Potem może nowa piątka, może mnie też gdzieś wuja wciśnie.
  - Daisy, co ty robisz? - wstawaj - powiedział wujek, ciągnąc mnie za ramię do góry. Spojrzałam na niego zdziwiona. - Wchodzisz w pierwszym składzie. Susan nie ma, więc grasz za nią i za siebie.
  Zamurowało mnie. Przecież na ławce siedziały jeszcze dwie drugoklasistki, więc czemu ja? Przecież jeszcze się nawet  nie zgrałam z dziewczynami z pierwszego składu. Spojrzałam na każdą po kolei i odniosłam jakieś dziwne wrażenie, że one też chciały, żebym z nimi zagrała. Jakby mi ufały. Jakby wierzyły, że pomogę im wygrać. Wzruszenie ścisnęło moje serce. Pewnym krokiem pokonałam dzielące nas dwa metry, zamykając koło, które tworzył pierwszy skład i trener.
  - No dobra, serducha wy moje - powiedział wujek. - Gramy mocno, swoim tempem i tak właśnie wygramy - uśmiechnął się, podłapując temat z mojej dość żenującej, nieplanowanej przemowy. Patricia wyciągnęła przed siebie pięść. Maria, Caroline, Nancy i ja zrobiłyśmy to samo. Na koniec swoją pięść dołożył trener. Popatrzyliśmy na siebie z szerokimi uśmiechami.
  - UTRZYMAĆ! PULS! - wrzasnęłyśmy jak najgłośniej. Nasz krzyk wywołał poruszenie na trybunach. Zagłuszyłyśmy okrzyk przeciwniczek, które przy naszym okrzyku ledwie szeptały. Zwróciłyśmy się ku nim z zaciętymi wyrazami twarzy. Związałam włosy i przybiłam piątkę z Nikki. Z przeciwnej drużyny wyszły dziewczyny z numerami 15, 3, 10, 6 i Cleo z numerem 9. Ustawiłyśmy się, by uścisnąć dłonie przeciwniczkom. Górując nad prawie każdą z nich, lustrowałam je od góry do dołu.
Bójcie się, bójcie.
Ustawiłam się na miejscu obok szóstki.
Wasz strach był moją bronią.
Patricia wyskoczyła po piłkę i zabrała ją dziesiątce sprzed nosa.
Nie ważne co byście zrobiły,
Maria przechwyciła piłkę, a ja pognałam pod kosz.
zwycięstwo będzie nasze.
Rozłożyłam ramiona, uśmiechając się szeroko.
Nieważne co zrobicie,
Popatrzyłam na boisko spod swojego kosza.
nadal będziemy bić.
Dawno zapomniany widok powrócił przed moje oczy,
Nie ważne co zrobicie,
a przeciwniczki już nadciągały, chroniąc Cleo, która przechwyciła piłkę.
nadal będziemy utrzymywać puls!
Z niemym, dzikim rykiem rozrywającym moje serce, zrobiłam krok do przodu.
BO GRA JUŻ DAWNO SIĘ ZACZĘŁA.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz