piątek, 24 października 2014

Roz. 15

Nareszcie udało mi się wygospodarować chwilkę, żeby wstawić 15 rozdział.
Jest 7.49, ja nie wiem co piszę i masakra.
Posty od 7 listopada będą pojawiały się częściej i regularniej na każdym blogu.
Na razie mam urwanie głowy z nauką, bo to już trzecia klasa.

Dedykuję ten rozdział Gosi,

która wspiera mnie

 i cały czas wysłuchuje co się w PLB dzieje.



***

  Razem z Nikki odprowadziłam Miriam do jej klasy. Dziewczyna wcisnęła nam czekoladowe babeczki, mówiąc, że ich nie zje, bo jest na diecie. Spojrzałam na jej szczupłe ciało i nie wierząc w jej dietę ani trochę, przyjęłam poczęstunek. Pożegnałyśmy się, a ja i Nikki podążyłyśmy do naszej klasy, mijając po drodze biegnącego Drake’a.
  -Gdzie tak pędzisz? – zawołałam za nim. Zatrzymał się i odwrócił w moją stronę, by coś powiedzieć, ale zamiast wydusić z siebie choć słowo, otworzył szerzej przerażone oczy i uciekł tam, gdzie zmierzał na początku. Zrobiłam zdziwioną minę i poszłabym dalej, gdyby nie to, że ktoś złapał mnie za ramię.
  -Gdzie on jest? – warknął Simon. – Gdzie pobiegł Drake?
  -Czego od niego chcesz? – spytałam, strząsając dłoń z ramienia.
  -Zabrał mi telefon – mruknął, pocierając dłoń. Westchnęłam głęboko i podrapałam się po głowie. Co ja z nimi mam?
  -Pobiegł tam – wskazałam kciukiem za siebie, a chłopak wymruczał jakieś podziękowania i popędził przed siebie. – Biedny Drake… - westchnęłam, poprawiając plecak na ramieniu. – Dostanie mu się po łbie…
  -Skoro już jesteśmy przy temacie głów – zaczęła Nikki, kiedy siedziałyśmy w klasie. – Czemu masz znowu… to coś… zamiast włosów? – mówiąc to najpierw zrobiła nieokreślony ruch ręką, a potem wzięła kosmyk moich kudłów w dwa palce i uniosła go. Pacnęłam ją po dłoni.
  -Shane zabrała mi prostownicę – skłamałam, nie chcąc wyjawiać prawdziwego powodu, dla którego zapomniałam wysuszyć włosy przed spaniem. Mimo moich obaw, Nikki przyjęła tę wiadomość dość łagodnie, złorzecząc tylko na moją macochę.
  Pierwsza lekcja minęła zaskakująco szybko, ale to pewnie dlatego, że nie słuchałam ględzenia pana od języka angielskiego. Żywy przykład nienawiści od pierwszego wejrzenia. Cały czas ubierał się w garnitur i zamiast nas uczyć, pokazuje debilne prezentacje, filmiki albo swoje zdjęcia z wycieczek. I weź tu człowieku potem ojcu wytłumacz czemu masz takie złe oceny ze sprawdzianu. Nie da się, no po prostu się nie da.
  -Nikki, daj swoją kanapkę – poprosiłam, kiedy wychodziłyśmy z Sali. Zanim przebyłyśmy kilka metrów, kanapka już leżała na mojej wyciągniętej dłoni. Odpakowałam jedzenie, wepchnęłam do ust połowę bułki z szynką, a resztę oddałam z powrotem, zgodnie z naszą niepisaną umową. – Wrócę na lekcję – powiedziałam z pełną buzią, odchodząc w stronę toalety. Okrężną drogą weszłam na dach i upadłam na tyłek, kiedy zza drzwi wyskoczył Simon z nieludzkim wrzaskiem. Po sekundzie mina mu zrzedła.
  -Eeh.. To tylko ty – powiedział zawiedziony i na pięcie zawrócił na drugi koniec dachu. Naburmuszyłam się.
  -Tylko ja – burknęłam wstając. Otrzepałam spódnicę i wróciłam wzrokiem do Simona. „Damn, he is too hot!” jakby to powiedziała Nikki trzepocząc przy tym rzęsami i nerwowo zerkając na swojego wybranka.
  -Aż ty – mruknął Simon. Odskoczyłam przestraszona. – Co ty taka strachliwa? Luz blues. Przecież nic ci nie zrobię.
  -A’propos robienia czegoś – zaczęłam, ale zauważyłam rozbawienie w oczach chłopaka. – Zboczeniec – skwitowałam to, po czym uchyliłam się przed nadlatującą puszką po pepsi. – Chciałam cię o coś prosić, ale jak nie to nie – powiedziałam odwracając się ku drzwiom, jednak zatrzymał mnie wzrok chłopaka, świdrujący mój kark. Odruchowo zakryłam szyję dłonią i wróciłam na poprzednią pozycję.
  -Chodź, siadaj. Co tak będziesz stać? – ziewnął szeroko. Usiadłam naprzeciwko chłopaka i spojrzałam w niebo.
  -Potrenowałbyś mnie? – wypaliłam. Gdyby Simon właśnie coś jadł – zakrztusiłby się. Gdyby pił – wyplułby wszystko. Jednak w chwili obecnej tylko oddychał, więc tej czynności zaprzestał z powodu szoku jaki właśnie przeszedł.
  -Coś ty powiedziała? – wyszeptał na bezdechu, wpatrując się we mnie jakbym właśnie urodziła kapustę.
  -Czy możesz mnie trenować? – powtórzyłam mniej pewnie. Simon obudził się z szoku, potrząsnął głową niedowierzająco i jeszcze raz spojrzał na mnie, żeby sprawdzić czy nie żartuję… Nie żartowałam.
  -Czemu prosisz o to mnie? – spytał, patrząc na mnie poważnym wzrokiem. Wzruszyłam ramionami.
  -Jesteś najsilniejszą osobą jaką znam – wyszczerzyłam się. – Poza tym…
  -Nie jestem dobrym nauczycielem. – przerwał mi stanowczo w pół słowa. Drgnęłam zaskoczona. – W niczym ci nie pomogę, bo nie dasz rady za mną nadążyć. W dodatku jesteś dziewczyną. Nie udałoby ci się nawet zbliżyć do mojego poziomu. Jesteś za słaba.
  Zwiesiłam głowę.
  -Okej. Rozumiem – szepnęłam, wpatrując się uparcie w podłogę. Wstałam i ignorując ucisk w sercu, weszłam z powrotem do szkoły. Poczłapałam do swojej klasy i otworzyłam drzwi. Mrucząc przeprosiny do nauczyciela, usiadłam w ostatniej ławce, jak najdalej od Nikki. W myślach kalkulowałam ile zostało jeszcze lekcji. Po nieudanej próbie przypomnienia sobie planu, położyłam ramiona na ławce, oparłam o nie głowę i zamknęłam oczy. Otoczyła mnie ciepła przyjemna ciemność, z której mogłabym już nigdy nie wychodzić.

Jesteś słaba…

  -Kto tam? – zawołałam w pustkę, ale zamiast odpowiedzi albo chociaż echa, usłyszałam kolejne skrawki zdań przeplatające się ze sobą.


      Jesteś słaba..
                                                                                               Nie potrafisz…
                   Nie uda ci się…
                                                                Nie dasz rady…
                                                                                                    Bo jesteś dziewczyną..
             Nie umiesz…
                                                           Nic nie  dasz rady zrobić…
                                                                                                            Jesteś za słaba, przegrałaś.


  -Przestań – szepnęłam ze łzami w oczach. – Przestań!
  Poderwałam głowę do góry, nie do końca rozumiejąc co się dzieje. Rozejrzałam się próbując rozeznać się gdzie jestem. Powoli docierały do mnie poszczególne informacje. Geografia. Klasa. Dzwonek, który mnie obudził. Wszyscy się pakują. Słowa, które dręczyły mnie we śnie nadal rozbrzmiewały w moich uszach.
  -Daisy, idziemy – powiedziała wesoło Nikki, opierając się dłońmi o moją ławkę. Odpowiedziałam jej szerokim uśmiechem. Spakowałam się i przy akompaniamencie radosnego trajkotania Nicole, poszłyśmy pod klasę do angielskiego. W połowie drogi zatrzymałyśmy się, żeby zdobyć książkę od chemii od koleżanki z równoległej klasy. Z podręcznikiem w ręku ruszyłyśmy dalej i wtedy zza rogu wyszedł Simon.

Jesteś za słaba.

  Przeszłam obok niego z opuszczoną głowę, zasłaniając twarz włosami. Czemu mi to powiedział? Poprosiłam o pomoc, bo nie chcę być słaba, więc czemu mi to jeszcze wypomina?! Zacisnęłam pięści i przygryzłam dolną wargę. Uśmiechnęłam się lekko z rezygnacją. Nagle poczułam w sercu ciepło. Nie rozumiałam przez chwilę co się dzieje, ale przypomniałam sobie to uczucie. Wściekłość, determinacja, nieustępliwość i pewność wygranej. Wybuchowa mieszanka. Wszystko co utraciłam, wróciło ze zdwojoną siłą.
  -Daisy? Co ci jest? – spytała Nikki, dotykając mojego ramienia.
  -Nic. Co ma być? – odpowiedziałam, rozbawionym głosem. Wyprostowałam się i uniosłam głowę do góry, patrząc pewnie przed siebie. Po co użalać się nad sobą, skoro mogłabym ten czas przeznaczyć na swój trening czy nawet na próbę odzyskania dawnej siebie?
  -Przerażasz mnie – szepnęła Nikki, a ja zaśmiałam się radośnie.
  -Kiedyś często to słyszałam – stwierdziłam, biorąc kilka łyków wody.
*
  -Trzy okrążenia sali i koniec rozgrzewki! – wrzasnął Peter. Kucnęłam, żeby wyrównać trochę oddech, po czym popędziłam za resztą dziewczyn. Wyprzedziłam rówieśniczki, biegnąc na równi ze starszakami. Ledwo powstrzymywałam się, żeby ich nie wyprzedzić. Praktycznie deptałam im po piętach. Energia dosłownie wylewała się ze mnie każdym możliwym ruchem. Kiedy grałyśmy – biegałam najszybciej jak potrafiłam. Podawałam piłkę na tyle najmocniej, na ile było mnie stać. Nie jestem słaba. Jestem silna. Jestem wojowniczką. Walczę, więc nie jestem słaba. Nigdy się nie poddam. Choćby nie wiem co, zostawię swoje słabości w tyle. I dlatego jestem silna. Jestem Daisy Rose Andrews i będę najlepsza!
  -Cześć! – zawołałam do Nicole po treningu i poszłam szybkim krokiem w stronę bramy. Mat czekał już na przystanku. Przytuliłam go szybko i razem ruszyliśmy do domu.
  -Coś szybko ci się trening skończył – powiedziałam, ale chłopak tylko się zaśmiał.
  -To dlatego, że uciekł kilka minut przed końcem – powiedział Charlie wychodząc zza rogu. Skinęłam mu głową na powitanie.
  -Co ty tu…? Nie mów mi, że byłeś tu cały czas – powiedział podejrzliwie Mat, ale blondyn pokręcił głową.
  -Dopiero przyszedłem – zapewnił, potrząsając prawie pełnym kubkiem waniliowego shake’a. Na widok picia poczułam, że jestem głodna. Wstąpiliśmy do spożywczego po kilka słodkich bułek, po czym postanowiliśmy się przejść. Skierowaliśmy się na boisko do kosza, ale zamiast spokojnego miejsca, zastaliśmy tam dwie kłócące się drużyny. Przynajmniej na to wyglądało, bo kiedy podeszliśmy bliżej okazało się, że grupa dziewczyn ledwo dawała sobie radę ze stojącymi naprzeciwko chłopakami. Zaciekawiona stanęłam obok bramki, żując bułkę z dżemem truskawkowym.
  -Może i nie umiemy grać dobrze, ale na pewno gramy lepiej niż wy! – zawołała ruda dziewczyna z dwoma, krzywo zaczesanymi kucykami.
  -Ta, jasne. Szczególnie ty, rudzielcu – zaśmiał się czarnowłosy, wysoki chłopak. Skądś go znałam, ale nie mogłam sobie przypomnieć skąd. – Jeśli jesteś taka dobra, ta zagraj z nami. Jedna na dwóch. Co ty na to? – uśmiechnął się z wyższością, a we mnie coś się napięło.
  -Nie, Cleo. Nie rób tego. Przyjdziemy potem – szepnęła koleżanka wyzwanej.
  -W porządku. Zagram – odparła niejaka Cleo, ignorując dobre rady koleżanki. – Ale nie gram tylko o dzisiaj. Stawiam dostęp do tego boiska przez następne dwa miesiące.
  -Czemu miesiąc? – zdziwił się czarnowłosy. Cleo uśmiechnęła się pod nosem.
  -Dłużej nam się nie opłaca – odpowiedziała robiąc krok w przód. Kiedy oni ustalali zasady, zaproponowałam swoim towarzyszom patrzenie na nietypową bitwę o terytorium. Zgodzili się, więc otworzyłam bramkę ze skrzypnięciem przyciągającym uwagę wszystkich.
  -A wy tu czego? – warknął czarnowłosy. Jego koledzy ustawili się obok niego bez słowa. Ledwo powstrzymałam grymas irytacji. Najgorszy typ grup. Jeden od mówienia, reszta od robienia co ich ‘przewodnik’ powie. Mimo to uśmiechnęłam się miło, a raczej spróbowałam. Wyszło marnie, bo Mat trącił mnie łokciem.
  -Spoko, nie wtrącimy się. Chcemy tylko usiąść i popatrzeć – powiedziałam bez emocji.
  -Nie zapraszaliśmy was, ale… Czekaj! Ty jesteś koleżanką rudej? I twój kumpel też? – zaśmiał się, a razem z nim ryknęła cała grupa. -  Nieźle. Rudzielec, jakaś szmata ze wsi i gej...
  Walony samiec alfa. Zgrzytnęłam zębami.
  -Ty…  - zawarczał Mat. Ruszył do przodu, ale zagrodziłam mu drogę ręką. Przez moją głowę przeleciał cały zaprzęg wyzwisk, jednak cierpliwie zacisnęłam szczęki. Do debili trzeba wprost.
  -Nie miły jesteś, nie sądzisz? Nie znam jej. Chciałam tylko pooglądać jak gracie, coś w tym złego? – powiedziałam, uśmiechając się szyderczo, jednak Alfa nie zwrócił uwagi na moją mimikę. A szkoda. Mruknął coś do swoich kolegów, a ci odstąpili od niego.
  -Dobra. Oglądajcie sobie. Tylko mi się nie wtrącać, jasne? – powiedział, wskazując kciukiem róg boiska. Poprowadziłam na wskazane miejsce gotującego się Matthiasa i zupełnie zignorowanego Charliego. A może serio go nie zauważyli? Z resztą nie ważne.
  -Zaczynajmy! – zawołała Cleo. Naprzeciwko niej stanął czarnowłosy z jednym ze swoich napakowanych kumpli. Zaczęli grać. Była to bardzo jednostronna walka. Cleo trafiała z każdego miejsca, do którego ją zapędzili, a ani czarnowłosy, ani jego kumpel nie umieli jej zablokować. Po kilku takich rzutach byli wkurzeni, bardzo wkurzeni. Przed kolejnym rzutem nagle upadła. Niczego nie zauważyłam, ale coś było cholernie nie tak. Kiedy tylko dziewczyna miała piłkę, czarnowłosy był blisko niej, a ona nagle padała.. I za każdym razem widok zasłaniam mi umięśniony kolega Alfy. Wsadziłam do ust kciuka i przygryzłam paznokieć, marszcząc brwi. Wstałam gwałtownie.
  -Co jest? – spytał Mat także się podnosząc, ale powstrzymałam go machnięciem ręki.
  -Ktoś tu jest nieuczciwy – mruknęłam idąc pewnym krokiem na środek boiska. Nikt nie zwrócił na mnie uwagi, wszyscy byli zajęci oglądaniem przegrywającej Cleo. Odepchnęłam mięśniaka na bok w momencie, w którym łokieć Alfy prawie lądował na obojczyku dziewczyny.
  -EJ! – ryknęłam, zakładając ramiona na klatce piersiowej. Wszyscy jak na komendę spojrzeli w moją stronę.
  -Czego? – warknął Alfa.
  -Już ty dobrze wiesz czemu, cieniasie. Faulowałeś ją – rzuciłam oskarżycielskim tonem. Chłopak zaczął się śmiać.
  -A masz na to dowody? Świadków? Zdjęcia? – zarechotał. Spojrzałam wymownie na  dziewczyny, ale one z wahaniem pokręciły głowami. Moje brwi powędrowały w górę.
  -Nic nie widziałyście? Zupełnie? – spytałam, a one potwierdziły. Zamyśliłam się, ale po chwili rozgryzłam całą tą zagadkę. Podtoczyłam rękawy koszuli. – Zajmuję jej miejsce – wskazałam poobijaną Cleo. Pomogłam jej wstać i poprowadziłam ja do koleżanek. Wróciłam na środek  i wzięłam piłkę w ręce.
  -Wiedziałem, że się wtrącisz – wysyczał, ale spiorunowałam go wzrokiem, więc zamknął paszczę. Gwałtownym ruchem rzuciłam piłkę w jego stronę.
  - Zaczynasz – warknęłam, uginając kolana i rozkładając ramiona do obrony. Popatrzyłam na mięśniaka za Alfą i bezgłośnie kazałam mu spieprzać. W ten sposób zostaliśmy we dwójkę, jeden na jednego i całe boisko nasze. Nienawidziłam brutalności w sporcie. Sama zostałam jej ofiarą, a potem nie mogłam się ruszać przez dwa tygodnie. Wtedy przyrzekłam sobie, że nigdy więcej nie pozwolę skrzywdzić  kogokolwiek podczas gry. – Chodź – warknęłam. Alfa ruszył szybko w moją stronę. Zrobiłam gwałtowny krok w przód.


Nikt nie powinien tak cierpieć.

piątek, 15 sierpnia 2014

Roz. 14

I jest!
Czternasty rozdział!

Pozdrowienia na dziewczyny, która 'NORMALNIE JUŻ CIERPI' na brak rozdziałów.
              ///Pozdrowienia dla Patrycji ****i Alicji. Wreszcie wiem jak się nazywasz.\\\

***

  -Znów gram - Powtórzyłam spokojnie. Ojciec zatrząsł się i opadł na kanapę, obok nadal siedzącej Shane. Odetchnął głęboko kilka razy i wrócił spojrzeniem na moją twarz, by sprawdzić czy nie żartuję.
  -Chcesz, żeby  znowu stało się to co rok czy pięć lat temu? - spytał masując nasadę nosa. - Ten sport przynosi ci tylko pecha.
  -Tym razem nie mogę być ... - nagle moje gardło się zacisnęło. Nie mogłam tego powiedzieć. Jeszcze nie teraz. - Tym razem trener mnie nie dotknie w ten sposób co rok temu ani ja nie mogę nic mu zrobić. Zresztą, znasz go, nawet bardzo dobrze go znasz - powiedziałam, próbując przypomnieć sobie kiedy mój taka i wujek widzieli się ostatni raz.
  -Kto to? - warknął tata. - Bardzo łagodnie powiem mu, że jeśli tknie cię choć jednym palcem, to urwę mu ręce przy samej...
  -To wujek Peter - przerwałam ojcu, który spojrzał na mnie zdziwiony. - Moim trenerem jest wujek Peter.
  -Nie żartuj - szepnął, zapadając się w sobie. Złość wyraźnie mu już przeszła. Przeczesał włosy palcami. - Mówił mi, że uczy w liceum, ale że akurat u ciebie? - westchnął. - Możesz iść do siebie, Daisy. Na stole w kuchni leżą pączki, możesz wziąć trzy.
  -Dobrze, dzięki - powiedziałam wymijająco, zbierając swoje rzeczy. Przeszłam do swojego pokoju zabierając z kuchni wspomnianą przekąskę i rzuciłam wszystko na łóżko. Usiadłam pod ścianą dzielącą mój pokój z salonem. Chcąc usłyszeć o czym rozmawiają dorośli, oddychałam jak najciszej. O nie, zmieniam się w nindżę, ratunku.
  -O co ci chodziło? To źle, że dalej chce robić to co kocha? - spytała Shane. W jej głosie można było wyczuć odrobinę żalu ukrytego dokładnie pod troską. Ojciec westchnął. Więc jeszcze jej tego nie powiedział.
  -Powiedziałem ci, że Daisy jest pechowym dzieckiem, prawda? Nie mówiłem tak tylko z powodu skręceń, niefortunnych skaleczeń czy potłuczonych szklanek. Od małego przyciąga do siebie złych ludzi. Teraz to się trochę uspokoiło, ale kiedy mieszkaliśmy w szemranym sąsiedztwie było o wiele gorzej. Wtedy, w podstawówce była świadkiem brutalnego pobicia jednego ze swoich starszych kolegów.. - tata westchnął i zmienił temat, ale ja pogrążyłam się we wspomnieniach.
  -Rose! Obiad!- zawołała mama z okna białego, jednopiętrowego domu.
  -Już idę mamo! - odkrzyknęłam. Miałam wtedy tylko dziewięć lat. Uśmiechnęłam się do swojego wspomnienia. Kiedyś byłam taką słodką chłopczycą z wiecznie poobijanymi kolanami i plastrami na ubrudzonej twarzy. - Mamo! Może Michael u nas nocować?!
  -Może, ale chodźcie już na obiad! - zawołała lekko rozeźlona. Złapałam mniejszego blondyna za rękę i pociągnęłam za sobą. Michael był moim przyjacielem od serca, cały czas trzymaliśmy się razem i broniliśmy nawzajem swoich tyłków. Jednak tego pechowego dnia nie mogłam go obronić. Nie miałam nawet jak.
  Kiedy Michael u mnie nocował, we dwójkę wymykaliśmy się z domu i błądziliśmy po krętych, tak dobrze nam znanych uliczkach. Dzieliliśmy jedną pasję - granie w koszykówkę. Nie wymykalibyśmy się przecież z domu bez celu. W nocy rozgrywały się mecze ulicznej koszykówki, na które nie moglibyśmy wejść gdyby nie jeden szczegół. Uczestniczył w nich starszy brat Michaela. Dzięki jego znajomościom dostawaliśmy najlepsze miejsca do podziwiania gry.
  Nikt nigdy nie powiedziałby, że Konnor i Michael byli braćmi. Starszy był dobrze zbudowanym, wysokim, wiecznie zdrowym chłopakiem. Młodszy zaś był raczej szczupłym, niskim i chorowitym dzieciakiem. Tylko w jednym przejawiali jakiekolwiek więzy. Oboje byli wesołymi maniakami koszykówki.
  Tego feralnego dnia drużyna Konnroa znów wygrała, lecz ich przeciwnicy nie umieli zaakceptować swojej porażki. Kiedy starszy brat odprowadzał nas do mojego domu, zostaliśmy napadnięci przez, jak się później okazało, przegranych. Zaciągnęłam rannego Michaela w cień, skąd mogliśmy totalnie niezauważeni i tak samo przerażeni, patrzeć jak Konnor i jego koledzy zastają pobici z niezwykłym okrucieństwem. Kiedy oprawcy przechodzili obok nas, na moją twarz skapnęła kropla krwi. To przepełniło czarę. Nie mogłam się ruszyć. Nawet nie mrugałam. Bałam się, że kiedy zamknę oczy, to oni wrócą.
  -Rose. Chodź. Musimy biec do ciebie i powiedzieć wszystko twoim rodzicom - wyszeptał Michael. Zatrzęsłam się i zaczęłam płakać. Mimo to wstałam i podtrzymując rannego Michaela, ruszyłam w stronę domu. Na szczęście byliśmy już niedaleko. Nie pamiętam co działo się dalej. Nie pamiętam czy mama krzyczała. Nie pamiętam co stało się z Michaelem. Kiedy się obudziłam się w szpitalu z ręką w gipsie i plastrami na twarzy, rodzice powiedzieli, że rodzina Michaela wyjechała, a Konnor nigdy więcej nie zagra w kosza. Pamiętam, że mocno płakałam. Pół roku później sami stamtąd wyjechaliśmy, kiedy oprawcy Konnora zagrozili nam pobiciem, za wydanie ich policji. Rodzice zmienili mi imię, chociaż do teraz nie wiem po co to było.
  -Chcę spotkać Michaela - szepnęłam otwierając oczy. Wyjęłam z kieszeni komórkę i spojrzałam na wyświetlacz. Dopiero pół do siódmej. Wstałam i nie przejmując się tym, że jestem tylko w dresach i bluzie, wyszłam z domu. Na boso przebiegłam przez klatkę schodową i zapukałam do drzwi.
  -Już, już - usłyszałam mruknięcie i po chwili drzwi stanęły otworem - Cześć.
  -Cześć. Mogę wejść czy przeszkadzam? - spytałam patrząc na nagi, umięśniony tors Matthiasa.
  -Wchodź - powiedział odsuwając się i robiąc mi przejście. Weszłam do jego mieszkania i skierowałam się prosto do salonu. Usiadłam po turecku na fotelu i zaczekałam na Mata, który przy akompaniamencie przekleństw, szukał swoich koszulek. - Chciałaś coś konkretnie, czy tak sobie przyszłaś? - spytał stawiając przede mną kubek parującej kawy.
  -Zachciało mi się powspominać i jakoś tak mi teraz smutno. Chciałabym zobaczyć się ze swoim przyjacielem z dzieciństwa - mruknęłam pociągając nosem.
  -Też miałem kiedyś taką koleżankę. Był z niej dzikus! Gorszy od chłopaków - zaśmiał się Mat. - Gdyby nie ona, mój brat by umarł. Teraz jeździ na wózku, ale z dwojga złego lepiej to, prawda? - zaśmiał się jeszcze raz. Uśmiechnęłam się lekko, przytakując.
  -Przeze mnie mój przyjaciel ma bliznę na plecach - szepnęłam po kilku minutach ciszy.
  -Ogólnie to wiele zawdzięczam tej dzikusce - Mat spoważniał. Najwyraźniej nie usłyszał tego, co powiedziałam. - Bawiła się ze mną mimo, że byłem chudszy i słabszy od niej... - chłopak zanurzył się we wspomnieniach, ale po chwili podniósł na mnie wzrok. - Chcesz coś zjeść?
  Spojrzałam na niego zdziwiona.
  -Spokojnie, nie otruję cię - zaśmiał się wychodząc z pokoju. Spojrzałam na jego plecy. Spod koszulki wyzierała okropna blizna. Upiłam łyk kawy. Gorzko-słodka z mlekiem. Taka jaką lubię najbardziej. - Nauczyłem się nieźle gotować podczas mojego pobytu w Europie. Masz, spróbuj - powiedział stawiając przede mną talerz z parującym spagetti. Niepewnie wzięłam pierwszy kęs. Po kilku sekundach pochłonęłam resztę.
  -Dobre. Bardzo dobre - powiedziałam z pełnymi ustami.
  -Dziękuję. Specjalnym składnikiem jest moja radość z gotowania - zaśmiał się widząc moją wątpiącą minę. Przełknęłam jedzenie, dopiłam kawę i usiadłam prosto.
  -Chcesz zobaczyć jak wyglądał? Ten mój przyjaciel - spytałam cicho. Mat kiwnął głową, więc wstałam i wyszłam z jego mieszkania. Weszłam do swojego salonu i otworzyłam szafkę ze zdjęciami.
  -Co jest, Daisy? Wychodzisz gdzieś jeszcze? - spytał mój tata, nagle zjawiając się za mną. Kiwnęłam głową i nie chcąc nic więcej mówić, pokazałam mu zdjęcie. Wstałam i przebiegłam do mieszkania obok.
  -Też znalazłem kilka swoich zdjęć z dzieciństwa. Tu wyszliśmy najlepiej - powiedział Mat podając mi zdjęcie. Spojrzałam na nie zaciekawiona. Dwójka dzieciaków. Chłopiec ma na twarzy namalowanego tygrysa, a dziewczynka węża. Oboje szczerzyli się do aparatu robiąc zeza. Uśmiechnęłam się i upuściłam oba zdjęcia na podłogę. Z szoku nie mogłam się ruszyć. To niemożliwe. Jakim cudem? To zakrawa już na denny film.
   Mat podniósł upuszczone zdjęcia i sam na nie spojrzał. Po chwili skierował zszokowany wzrok na mnie.
  -Michael? - szepnęłam czując rosnące szczęście. Mat skinął głową i przytulił mnie mocno. Wszystkie uczucia opuściły mnie tak szybko jak się pojawiły. Uniosłam ramię i wcisnęłam pięść w brzuch Mata, który zgiął się w pół. - Nie dotykaj mnie z zaskoczenia, jeśli chcesz żyć - warknęłam, patrząc na niego z góry.
  -Okej. Zrozumiałem - wycharczał, trzymając się za brzuch. Usiadł na kanapie i spojrzał na mnie z uśmiechem.
  -Co jest? - spytałam speszona. Wzruszył ramionami.
  -Po prostu się cieszę, że tu jesteś - zaśmiał się, a mi zmiękło serce. Rozłożyłam ramiona z wahaniem. Mat wstał i powoli, delikatnie objął mnie silnymi ramionami. Poczułam jakby ktoś przeniósł mnie w czasie. Kiedyś często się tak przytulaliśmy. Teraz Michael był znów obok. Może nie do końca taki jak go zapamiętałam, ale ważne, że jest.
  -Ej, Mat - westchnęłam po piętnastu minutach.
  -Hmm? - mruknął.
  -Teraz już ci nigdzie nie ucieknę, więc daj mi może wrócić do domu? - zasugerowałam. Mat niechętnie puścił moją talię i odprowadził mnie pod drzwi.
  -Dobranoc - powiedział z szerokim uśmiechem.
  -Dobranoc - odparłam zamykając drzwi. W ręku nadal ściskałam nasze zdjęcie. Weszłam do swojego pokoju i wyciągnęłam z szuflady ramkę, którą dostałam od taty na któreś urodziny. Włożyłam zdjęcie do środka i postawiłam na parapecie. Uśmiechając się szeroko odblokowałam telefon. Miałam jedną wiadomość głosową.
  -Um... Ashley? Co tam u ciebie i twojej przyjaciółki? Już lepiej między wami? Mam nadzieję, że tak. Dziś widziałam swoją byłą przyjaciółkę. Powinnam być wściekła za to co zrobiła. Byłam. Przez dziewięć miesięcy byłam wkurzona, ale dziś... Siedziała taka roześmiana z jakimś chłopakiem. Widać, że naprawdę dobrze się beze mnie bawi. To dziwne uczucie. - jej głos zmienił się. Zawsze zmieniała ton na niższy kiedy była zła. - Co ja mam zrobić? Nienawidzę jej. Bawiła się mną. - wzięła głęboki oddech. - Nie jest mi smutno. Trochę jej zazdroszczę. Poszła w życiu dalej, dobrze się bawi.. Nie jestem już na nią zła. Mogła tak zrobić, nikt nie mógł jej tego zabronić. To wolny kraj. Mimo to, zraniła mnie. Mocno mnie zraniła - westchnęła. - Przepraszam, że tak ci się wyżalam. Mam pytanie. Czy mogłybyśmy gadać częściej? Odpowiedz mi szybko. Do usłyszenia.
  Po moich policzkach popłynęły łzy. Vivienne. Nie wiedziałam, że cały ten czas kryła swoje uczucia za tak grubym murem. Nie miała powodu. Mogła znaleźć nowych przyjaciół, cieszyć się życiem, więc czemu? Trzęsącymi rękoma odpisałam jej.

Oczywiście, że możemy więcej gadać. 
Myślę, że nie powinnaś jej zazdrościć, 
tylko sama szukać swojego szczęścia.

  Po kilku sekundach miałam już odpowiedź. Znalazła trzy nowe koleżanki, z którymi dobrze jej idzie dogadywanie się i ... bla bla bla. Dla mnie ważne było to, że nic jej nie było. Uśmiechnęłam się przez łzy. Czułam się jak ostatni śmieć. 
  Wstałam rano i nieprzytomnie spojrzałam na wyświetlacz telefonu. Wstałam i ziewając, poczłapałam do łazienki. Załatwiłam swoje potrzeby, przebrałam się w mundurek i stanęłam przed lustrem by umyć zęby. Kiedy miałam już usta pełne piany, spojrzałam w zwierciadło pierwszy raz tego dnia i od razu zamarłam. Zapomniałam. Zupełnie zapomniałam o swoich włosach. Jakoś poprzedniego wieczoru umknęło mi to. Niepoczesane po myciu robiły się kręcone i napuszone. Westchnęłam zrezygnowana. Wypłukałam usta i zabrałam się za czesanie siana, które udawało moje włosy. Szło opornie, ale w końcu udało mi się zlikwidować wszystkie kołtuny. Co wcale nie oznacza, że szopa na głowie się zmniejszyła. Co to, to nie. Była może nieco prostsza i mnie pokręcona, ale nadal wyglądałam jakby trafił mnie piorun.
  Zarzuciłam torbę na ramię i zamknęłam puste mieszkanie na klucz.
  -Hej - usłyszałam zza swoich pleców. Odwróciłam się przerażona, by po chwili odetchnąć z ulgą.
  -Cześć Mat - powiedziałam i z wahaniem przytuliłam się do niego, gdy wyciągnął ramiona w moją stronę. Po chwili oderwaliśmy się od siebie i trajkocząc wesoło, zeszliśmy po schodach. Zabawnie było iść z kimś do szkoły i rozmawiając, śmiać się ze wszystkiego. Tak dobrze się bawiłam, że nie zauważyłam, kiedy dotarliśmy pod szkolną bramę.
  -Dzięki, że mnie odprowadziłeś - uśmiechnęłam się. - O której dziś kończysz?
  -Razem z treningiem tak koło 17.30 - wyszczerzył się.
  -Ja też jakoś tak, to wpadnę do ciebie po lekcjach. Dobrze? - Mat kiwnął głową. Objął mnie szybko ramionami i odbiegł goniąc nadjeżdżający autobus. Pomachałam mu, kiedy siedział przyklejony do szyby.
  -Masz chłopaka, a ja o tym nie wiem? - usłyszałam tuż przy swoim uchu. Odwróciłam się gwałtownie. Przede mną stała naburmuszona Nikki i uśmiechnięta od ucha do ucha Miriam.
  -On nie jest moim chłopakiem - zaśmiałam się, witając je obie.
  -To kim? - spytała podejrzliwie Miriam. Zawiesiłam się na chwilę. No właśnie. Kim on dla mnie jest TERAZ?
  -Przyjacielem z dzieciństwa... tak jakby - mruknęłam, ale ożywiłam się chwilę potem, gdy Nikki spytała o przebieg rozmowy z Simonem. Opowiedziałam dziewczynom wszystko od początku do końca. W między czasie usiadłyśmy pod drzwiami wejściowymi do szkoły.
  -Żartujesz! - zawołała miedzianowłosa. - Simon powiedział coś takiego? No nieźle... - szepnęła i spojrzała w niebo.
  -Na co patrzysz? - spytałam zaciekawiona. Miriam odwróciła się w moją stronę. Z poważnym wyrazem twarzy położyła mi dłoń na ramieniu i zbliżyła się do mnie.
  -Simon powiedział coś miłego z własnej woli, więc świat właśnie się skończył. Czekam aż przyleci meteoryt.
  Zrobiłam minę przejechanej żaby.
  ...
  Co ona wygaduje?

***

No.
To już koniec tegoż rozdziału.
Jeszcze raz pozdrawiam Patrycję i miłego piątku.
Trzymajcie się! ♥

środa, 6 sierpnia 2014

Roz. 13

przebiła mi się piłka.
znowu.
nienawidzę tego walonego płotu naokoło boiska.

Dedykacja dla Justyny. :3


***

  Zamrugałam zaskoczona. Zwiesiłam bezradnie ramiona rozszerzając usta w grymasie zdziwienia. Oczy prawie wyszły mi z orbit, a ja sama chciałam zacząć tańczyć.
  -Co? Trafiłam? Ja? Jak to? To tak można? - zaczęłam mruczeć do siebie, gestykulując gwałtownie. Piłka wpadła? Potrząsnęłam głową. Przecież nigdy nie trafiałam zza linii za trzy.
  -Pierwsze punkty dla drużyny Marii! - zawołał Peter, zajadając się paluszkami, ale ja nawet nie spojrzałam w jego stronę. Biegłam pod kosz przeciwników, podskakując radośnie z szerokim na kilometr uśmiechem. Ustawiłam się na swojej pozycji z szeroko rozłożonymi ramionami, czekając na powrót dziewczyn, które leniwie zaczęły akcję. Z nudów, ale i ze szczęścia, zaczęłam podrygiwać. Po chwili tańcowałam sobie w najlepsze z doskonałym humorem, wywijając naokoło rękoma.
  -Co ona robi? - szeptały między sobą dziewczyny oglądające trening. Zaśmiałam się głośno, po czym stanęłam na szeroko rozstawionych nogach z rozłożonymi na boki ramionami.
  -'Co robię'? - mruknęłam, podbiegając do kozłującej piłkę Patricii. Patrzyła na mnie, stojąc w miejscu. Chciała podać do Amy, ale przebiegłam między nimi, przechwytując piłkę w locie. - Ja po prostu dobrze się bawię - powiedziałam, mijając wszystkich pędem. Na mojej drodze stanęła Nancy. Okręciłam się na lewej pięcie, przytrzymując piłkę jedną dłonią, po czym pobiegłam dalej. Nie musiałam się rozglądać, żeby wiedzieć, że za mną podąża Nikki ramię w ramię z Caroline. Biegły po obu moich stronach, uniemożliwiając mi wygodne manewry czy nawet zmyłki.

Chwila.

  Po jakiego ciężkiego kamienia mam się nimi przejmować? Pędziłyśmy prosto na kosz w zawrotnym tempie. Tuż przed linią rzutów za trzy złapałam piłkę i zrobiłam pierwszy krok. Potem zrobiłam drugi i wyskoczyłam z lewej nogi w górę. Delikatnie wyrzuciłam piłkę w stronę kosza. Syknęłam cicho. Zaraz po dotknięciu stopami ziemi, wyskoczyłam do zbiórki. Złapałam piłkę w dłonie i trzymałam ją tuż przed swoją klatką piersiową. Rozejrzałam się. Maria była kryta, Susan też. Risky już ledwo dyszała. Moment. Złapałam kontakt wzrokowy z Nataly. Lekko przekrzywiłam głowę w prawo, dając dziewczynie sygnał do biegu. Nie spodziewałam się, że zrozumie o co mi chodzi, ale dziewczyna nie była głupia. Puściła się pędem w lewo, po czym zawróciła do mnie. Kiedy przebiegała obok, podałam jej piłkę z rąk do rąk. Nataly zrobiła dwa kroki i zdobyła kolejne punkty. Uśmiechnęłam się do niej, unosząc dłoń, ale ona zignorowała ten gest. Potruchtała do Risky, zatrzymała się przy niej, coś szepnęła i spojrzała na mnie ukradkiem. Wydęłam policzki.
  -Chyba mnie nie lubi - powiedziałam do Nikki, ale ta tylko wzruszyła ramionami i podeszła do Caroline. Wyszczerzyłam się w duchu. Zauważyła. Nicole zauważyła, że powoli znów staję się sobą, a ona boi się 'mnie', bo 'ja' nie jestem słabą, naiwną i spokojną dziewczynką, nieumiejącą radzić sobie z problemami. Potruchtałam do Nancy, która wyrzucała spod kosza. Podała do Caroline. Po prostu rzuciła piłkę w lewo bez sprawdzania czy dziewczyna w ogóle tam stoi... Ale Caroline tam była. Złapała piłkę i pobiegła przed siebie. Ustawiłam się pod swoim koszem i czekałam. Zaczęłam cicho nucić piosenkę, która grała mi w głowie. Nadciągała Patricia. Doskoczyłam do niej, ale ona minęła mnie, przy okazji popychając barkiem. Nie zachwiałam się. Stanęłam przed nią znowu, ale ta już robiła dwutakt. Wyskoczyłam w górę i zabrałam piłkę jedną ręką, od razu przechodząc w kozioł. Biegłam przed siebie, jakby zależało od tego moje życie. Kątem oka zobaczyłam Marię, która gotowa do przyjęcia podania, biegła po prawej. Zatrzymałam się przed linią za trzy. Podać? Nie podać? Prychnęłam cicho, łapiąc piłkę w ręce. Wyrzuciłam ją w górę. Oparłam dłonie na biodrach i patrzyłam jak piłka powoli leci w stronę kosza wysokim łukiem. Uśmiechnęłam się ironicznie.
  -Toż to widać, że spudłuję - zaśmiałam się na głos. Zaraz potem piłka odbiła się od obręczy i wleciała prosto w wyciągnięte ręce Marii, która od razu zdobyła punkty.
  -Ile jest? - spytała dysząc lekko.
  -Siedem do zera - powiedziała Patricia ocierając twarz koszulką. Uśmiechnęłam się. Tylko trzy punkty i wygramy.
  -Przestań - powiedziała Nikki i trzepnęła mnie dłonią w tył głowy. - Uśmiechasz się jak rasowy psychopata. To straszne.
  -To nie było miłe - wykrzywiłam się, pocierając kark. Mimo to ogarnęła mimikę twarzy i wróciłam do obrony. Tym razem to przeciwna drużyna zdobyła 3 punkty. Zaraz potem przechwyciłam piłkę kierując się na kosz. Pobiegłam w prawo, gwałtownie skręciłam w lewo i minęłam Caroline. Zatrzymałam się tuż przed linią za trzy i rzuciłam piłkę do kosza. - Trolololo! - zawołałam, przybijając piątkę samej sobie. Zeszłam z boiska i wzięłam do ręki butelkę Nikki i wypiłam resztę pozostałej wody. 
  -Dobra, wystarczy. Następny trening jutro. Na razie, dziewczyny! - zawołał Peter. Wszystkie ruszyłyśmy do wyjścia i poszłyśmy do szatni. Zrezygnowałam z prysznica, przebrałam się w normalne ciuchy i przytuliłam Nikki na pożegnanie. To już teraz. Tłumaczenie Simonowi mego życia nadchodzi. -Daisy! - albo i nie. Wujek zatrzymał mnie, łapiąc moje ramię. Odwróciłam się w jego stronę z kwaśną miną. - Czemu znów zaczęłaś grać? Kiedy gadałem z twoim tatą przez telefon to mówił, że nie masz zamiaru dalej tego ciągnąć - powiedział zdziwiony, puszczając moje przedramię.
  -To długa historia. Opowiem ci, jak przyjdziesz nas odwiedzić! - zawołałam biegnąc przed siebie. Wpadłam na schody. Skakałam po dwa schodki pędząc na najwyższe piętra szkoły. Wypadłam na dach i rozejrzałam się naokoło. Wspięłam się na daszek nad drzwiami. - O ty cholero - syknęłam, nigdzie nie widząc Simona. Usiadłam po turecku, opierając czoło o siatkę ogradzającą dach i czekałam. Podniosłam głowę do góry. Kiwałam się w przód i w tył patrząc w niebo. Nagle straciłam równowagę i poleciałam do tyłu. Moją łepetynę przeszył ostry ból, ale trwał tylko chwilę. Ustał, gdy tylko zobaczyłam piękne, błękitne niebo z powoli zniżającym się do horyzontu słońcem. Wyciągnęłam ręce w górę.
  -Ehh... Chciałabym, żeby wszystko było takie jak kiedyś - westchnęłam, śledząc wzrokiem leniwie przesuwające się chmury.
  -Ja też - powiedział ktoś, wchodząc na dach. Poderwałam się do pozycji siedzącej i zamarłam widząc Simona w spodniach od mundurka i luźnej koszulce. - Co się stało? spytał. Potrząsnęłam głową, odrywając wzrok od mięśni ramion chłopaka.
  -No to... Co tam u ciebie? - spytałam speszona, kiedy usiadł obok mnie. Wzruszył ramionami i położył się na gołym betonie. Dreszcz przeszedł mi po plecach, kiedy wyobraziłam sobie jak w tej koszulce musi mu być zimno.
  -Nie jest źle, ale nie przyszliśmy tu gadać o samopoczuciu, nie? - mruknął, przymykając oczy. Po chwili ciszy poklepał miejsce obok siebie. Położyłam się na plecach z lekkim wahaniem.
  -Więc co chcesz wiedzieć? - spytała, czując jak ze stresu serce wali mi jak dzwonem. Moje ręce drżały niemiłosiernie, pocąc się przez ogarniający mnie strach. ... Strach? Nie, to chyba nie to.
  -Nic nie chcę wiedzieć - powiedział Simon, kładąc ręce pod głowę. Poderwałam się do pozycji siedzącej i wybałuszyłam oczy, patrząc na chłopaka.
  -Jak to? Nie chcesz wiedzieć już co działo się z Rosy przez cały ten czas? Przecież prawdopodobnie tak ją lubiłeś - zdziwiłam się. Zawiał mocny wiatr. Moje niezwiązane włosy rozwiał tak, że zupełnie przesłoniły mi widok. Natychmiast zaczesałam je do tyłu. Serce zabiło mi jeszcze mocniej. Mimo, że tylko przez chwilę, mimo, że widok zasłaniały mi włosy, mimo, że słońce świeciło mi w oczy... Mimo wszystko zobaczyłam jak Simon uśmiecha się szeroko, mrużąc lekko oczy, które jaśniały szczerością.
  -Nie lubiłem, tylko nadal ją lubię. I to prawda, chciałbym wiedzieć co się z nią działo i w ogóle chciałbym wiedzieć wszystko, ale nie chcę nic na siłę. Wiem, że nie jest jeszcze gotowa się ze mną spotkać i opowiedzieć o wszystkim - powiedział, siadając. O czym on bredzi? Przecież siedzę obok i jestem tu dla niego, do cholery! Otworzyłam usta, gotowa go zwymyślać, ale zamknęłam je w tej samej chwili. Zrozumiałam o co mu chodziło. - Możesz jej coś przekazać? Powiedz, że ma przyjść do mnie osobiście, bo nie zaakceptuję wyjaśnień od ciebie. Ma mi to powiedzieć twarzą w twarz. - powiedział wpatrując się w dal. Uśmiechnęłam się słysząc z ust Simona tak niecodzienne dla niego słowa.
  -Myślę, że źle zaczęliśmy naszą znajomość - powiedziałam wstając. Simon popatrzył na mnie zaciekawiony, ale podniósł się stając naprzeciwko mnie. Wyciągnęłam do niego rękę, a on ją uścisnął. - Jestem Daisy Rose Andrews.
  -Simon Blake. Miło mi cię poznać Daisy - powiedział z poważnym wyrazem twarzy. Zaraz potem wybuchnęliśmy powstrzymywanym do tej pory śmiechem. W mojej głowie zawirowała myśl, że Simon ma bardzo duże dłonie, jednak ta myśl zniknęła, kiedy usłyszałam jego śmiech. Po chwili puściliśmy swoje dłonie, pozbieraliśmy rzeczy z ziemi i weszliśmy do szkoły. Poszliśmy po kurtki do szatni, gadając o dzisiejszym treningu. Ubrani w ciepłe, jesienne kurtki, wyszliśmy poza mury szkoły. Tuż za bramą pożegnaliśmy się ciepłymi uśmiechami. Skierowałam się w stronę swojego domu, myśląc o swoim nowym odkryciu. Simon wie, że Daisy i Rosy to jedna osoba, ale traktuje je jak dwa różne byty. Nie naciskał na mnie, bo nie jestem osobą, którą on lubił. Uśmiechnęłam się. Nie jestem, ale będę osobą, którą polubi bardziej niż Rosy. O mało nie wybuchnęłam śmiechem. Przystanęłam, by przeszukać kieszenie kurtki. Zadowolona, znalazłam w nich pieniądze z zeszłego roku.
  Ze słuchawkami na uszach wkroczyłam do supermarketu. Od razu skierowałam swoje kroki do działu ze słodyczami. Zaśmiałam się cicho, widząc wystającą znad półek brązową czuprynę. Zawiesiłam słuchawki na szyi i podeszłam do chłopaka na palcach. Znienacka dotknęłam jego pleców. Andy podskoczył lekko i odwrócił się w moją stronę. Uśmiechnęłam się szeroko.
  -Cześć - powiedziałam, sięgając po czekoladowe ciastka.
  -Cześć - odpowiedział patrząc na mnie jeszcze chwilę, po czym wziął z półki trzy paczki żelek. Obeszliśmy w ciszy cały sklep, wybierając nasze ulubione jedzonko. Po zapłaceniu za zakupy, poszliśmy na jeden z pobliskich placów zabaw.
  -Co u ciebie? Dawno się nie widzieliśmy - powiedziałam, otwierając paczkę ciastek. Wzięłam jedno i wgryzłam się w nie jakbym widziała je pierwszy raz.
  -Miałem trening i zgłodniałem, więc poszedłem coś kupić - odparł, wpakowując sobie do ust garść chipsów. - A u ciebie? - spytał z pełną buzią, odgarniając niesforne kosmyki z twarzy. Przełknęłam ciastka i podrapałam się po brodzie.
  -Wróciłam do grania w kosza - mruknęłam, lekko zawstydzona.
  - Serio? To fajnie - stwierdził Andy grzebiąc w reklamówce. Zastygł na sekundę, po czym podniósł na mnie zdziwiony wzrok. Zaczęłam się nieopanowanie śmiać. Straciłam równowagę i spadłam z oparcia ławki, a którym siedziałam. Mimo lekkiego bólu łokcia, śmiałam się dalej, tarzając się z boku na bok.
  -O matko... Twoja twarz - zawyłam ze śmiechu. Andy naburmuszył się lekko, jednak to nie ukryło jego uśmiechu. - Przepraszam, przepraszam - wydusiłam przez łzy rozbawienia. Teraz Andy też uśmiechał się szeroko. Szybko wygrzebał coś z reklamówki i rzucił mi to. Złapałam to wyskakując wysoko w górę. Spojrzałam na dłonie, gdzie leżał karmelowy batonik. Spojrzałam na chłopaka zdziwiona.
  -Muszę już iść. Papa - uśmiechnął się. Zebrał swoje rzeczy i machając mi na pożegnanie, odszedł szybkim krokiem. Po kilku sekundach zza rogu wybiegł rozjuszony Dominic. Rozejrzał się szybko i podszedł do mnie.
  -Widziałaś Andy'ego? Jego trener dzwonił, że nasz gigant zwiał w środku treningu - wysyczał wściekły. Pokręciłam głową, a on zrezygnowany padł obok mnie na ławkę. - Ja z nim już nie mogę. W gimnazjum było to samo. I z nim i z Simonem. Mam już dość. Nie działa na nich zastraszanie. Rozumiesz? Nawet jak im groziłem, to nie przychodzili!
  -Spokojnie Dominic. Simon już chodzi na treningi, a z Andy'm musisz poradzić sobie sam, skoro ci to tak bardzo przeszkadza - powiedziałam patrząc w przestrzeń. Po chwili zdałam sobie sprawę z tego, że chłopak mi się przygląda. Uniosłam pytająco brwi.
  -Wróciłaś do tego koloru. Jesteś zmęczona, wracasz później niż kończą się zwykle lekcje... - powiedział i zamyślił się na chwilę. - Nie mów.. - wyszeptał z rozszerzonymi oczami. - Znowu grasz?! - zawołał spadając z ławki. Prychnęłam rozbawiona, ale na nic więcej sobie nie pozwoliłam. Dominic już wstał i porażał wzrokiem wszystko wokoło. - Zaśmiałaś się.
  Zaprzeczyłam gwałtownie.
  -Zaśmiałaś się. Słyszałem to - warknął i rzucił się na mnie. Przeskoczył ławkę i zaczął mnie podduszać. Mimo, że wyglądało to groźnie, wcale takie nie było, jednak dałam się wkręcić w zabawę. Udawałam, że się duszę, ledwo powstrzymując śmiech. W pewnej chwili Dominic zacieśnił uścisk. Zaczęłam się bać. Zanim strach zaczął kiełkować, kątem oka dostrzegłam czerwoną czuprynę. Matthias oderwał małego dusiciela od mojej szyi i trzepnął go po głowie.
  -Nie pozwalaj sobie - warknął Dominic, patrząc na Mata z byka.
  -To twoja wina. Dusiłeś mnie - wysyczałam, dając mu prztyczka w czoło. Zachowywał się jak małe dziecko, co rozbawiło mnie bardziej niż jego upadek.
  -Czemu się tak do ciebie kleił? - spytał Mat wskazując niższego chłopaka.
  -Nie wiem, ale zaraz przed tym wywalił się i ja się zaśmiałam - wypaliłam. Dominic znów chciał się na mnie rzucić, ale zanim jego małe, klejące łapki mnie dosięgły, przeżył spotkanie pierwszego stopnia z moją pięścią.
  -Gratulacje. Idziemy do domu? - spytał Matthias, gnijąc ze śmiechu na widok czerwonego śladu na czole Dominica.
  -Jasne. Sorka, Domi, muszę już iść. Nie zabijaj Andy'ego. Ja chcę to zrobić! - zawołałam goniąc biegnącego do przejścia Mata. Zdążyliśmy przebiec na zielonym świetle w ostatniej chwili. Za ulicą mogliśmy już odsapnąć, ale zamiast tego, zaczęliśmy się śmiać. Wstąpiliśmy do kolejnego spożywczaka i kupiliśmy kilka garści lizaków. Kiedy wyszliśmy z budynku, zauważyliśmy wybiegającego ze sklepu naprzeciwko Olivera. Przebiegł obok nas i pognał dalej. Chwilę potem zostaliśmy praktycznie zdeptani przez piszczący tłum dziewczyn i kobiet w różnym wieku. Spojrzałam na Mata, Mat spojrzał na mnie i zaczęliśmy się śmiać. Wybuchłam jeszcze głośniejszym śmiechem, kiedy czerwonowłosy o mało nie padł na zawał. Powodem był oczywiście Charlie, którego nikt nigdy nie zauważał przez jego niski wzrost. Z Charlie'm był Ron, i jak mówili, szli do biblioteki się pouczyć. Po krótkiej wymianie zdań, pomachaliśmy im na pożegnanie. Rozpakowała lizaka i wsadziłam go sobie do ust. Nagle usłyszałam szybkie kroki. Odwróciłam się o sto osiemdziesiąt stopni i to był błąd. Ile razy jeszcze będę miała zawał?
  -Miriam, puść mnie - powiedziałam, próbując oderwać od siebie miedzianowłosą dziewczynę, która odkleiła się ode mnie z szerokim uśmiechem.
  -Chciałam ci tylko podziękować. Zmieniaj Simona dalej. Dziękuję, bardzo ci dziękuję. Papa! - zawołała ze śmiechem, odbiegając w stronę, z której przybyła. Wzruszyłam ramionami i poczłapałam w stronę swojego mieszkania. Mat podążył za mną. Opowiedziałam mu o dzisiejszym dniu, o moim strachu przed reakcją Simona, o treningu.. Powiedziałam mu dosłownie o wszystkim. Kiedy stanęliśmy każdy pod swoimi drzwiami, pożegnaliśmy się szybkim 'to cześć' i zniknęliśmy za drzwiami.
  -Już jestem! - zawołałam w głąb domu, rzucając swoje Nike'i w kąt. Z salonu wychyliła się Shane i ruchem ręki zachęciła mnie do wejścia do pomieszczenia. Wetknęłam głowę w szparę między drzwiami a futryną i po chwilowym wahaniu, rzuciłam się tacie na szyję.
  -Witaj w domu! - zawołałam oplatając go ramionami.
  -Cześć Daisy. Co u ciebie? Co się stało, że jesteś taka zgrzana? - spytał z uśmiechem. Powiedziałam dorosłym, żeby chwilę poczekali, bo muszę się wykąpać. Stanęłam w łazience przed lustrem i wzięłam głęboki wdech. wypuściłam z sykiem powietrze, przygotowując się na gwałtowną reakcję ojca na wieść o moim powrocie do koszykówki. Weszłam do wanny, wykąpałam się, umyłam włosy i przebrana w piżamę, wróciłam do salonu. Chwyciłam butelkę mleka, którą kupiłam podczas spotkania z Andy'm i wypiłam pół litra duszkiem.
  -Co u ciebie, tato? Jak było w pracy? - spytałam, rzucając się na mój ulubiony, duży fotel.
  - Nawet fajnie. Nie było źle - zaśmiał się jedząc ciasto zrobione przez Shane.
  -A powiesz mi co remontowałeś? Zabawna historyjka jakaś? Byłeś z panem Tomem? - spytałam, chcąc odwlec pytanie ojca. Byłam niemal na 100% pewna, że wujek Peter już do niego dzwonił. Tata popatrzył na mnie podejrzliwie, mrużąc oczy.
  -Coś przeskrobałaś? - mruknął, odstawiając talerzyk z ciastem na stół. - Nigdy się aż tak nie interesowałaś tym co robię, a jeśli już, to zawsze coś chciałaś pod tym ukryć.
  -Nie. Nic się nie wydarzyło - uciekłam wzrokiem w bok udając, że bardzo ciekawi mnie czarno-biały film z lat osiemdziesiątych.
  -Mów. Liczę do trzech. Potem zabieram ci kieszonkowe - warknął tata. - Raz... Dwa...
  - Okej, okej! - zawołałam podrywając się z fotela i machając gwałtownie ramionami. - Powiem. Spokojnie. Brak kasy równa się brak lizaków i kefiru a na to nie mogę sobie pozwolić - powiedziałam zrezygnowana, padając z powrotem na fotel.
  -Lizaki? Kefir? - zdziwił się ojciec, a ja westchnęłam ciężko. Jednak wujek jeszcze się nie dorwał do telefonu. Założyłam nogę na nogę, a ramiona zarzuciłam na oparcie. - Wróciłaś na naturalnego koloru włosów. Czemu? Co się stało?
  -Na wszystkie zadane do tej pory pytania jest jedna odpowiedź, tato - powiedziałam z poważną miną. Zamknęłam oczy. - Znów zaczęłam grać w koszykówkę.
  -Co? - szepnął ojciec po minucie milczenia. Wiedziałam, że tak będzie. Otworzyłam oczy. - Coś ty powiedziała?! - zawołał zrywając się z kanapy. Wiedziałam, że tata nie będzie zadowolony z mojej decyzji.

***

koniec.
wreszcie.
dupa mnie boli od siedzenia.
myślałam, że skończę to jutro, ale wyszło dziś. :3
idę biegać.
dobranoc. ♥

niedziela, 13 lipca 2014

Roz, 12

jeden wielki mind fuck po końcu roku.
boli mnie głowa, nie chce mi się nic wymyślać, więc przepiszę z zeszytu plb.
tak, to dzięki moim bólom głowy rozdział 12 wyjdzie szybciej xD

***

  Rozpoczęcie roku. Liceum.
  Wszystko takie nowe, a jednak wydaje się stare. Powtarza się sytuacja sprzed trzech lat. Nieznajome twarze, nowi nauczyciele i odrodzona motywacja do nauki. Oczywiście tylko u niektórych. Szedłem sobie spokojnie zatłoczonym korytarzem, uciekając przed wszechwiedzącą Miriam, która nie wiedziała gdzie jestem.
  Pierwszym co u niej zauważyłem był jej wzrost. Potem kolejno czarne włosy, niebieskie oczy i pełne usta. Wpadła na mnie ubrana w białą koszulę i granatową spódnicę. Zwykły mundurek, jak każdy, ale wyglądał jakoś inaczej. Kiedy mnie minęła, obejrzałem się za nią. jej ciuchy były o wiele za duże, a spod spódnicy wystawały czarne legginsy sięgające jej do kolan. No cóż, są różne gusta. Może jest jej tak wygodnie. Wzruszyłem ramionami i podążyłem dalej szukając wygodnej kryjówki. W jednej z klas mignęła mi znajoma twarz. Zajrzałem do pomieszczenia i zamarłem. Nicole. Przyjaciółka Rosy. Nigdy się nie rozstawały, więc i tu musiały przyjść razem. Wlazłem do klasy i podszedłem do niskiej, brązowowłosej dziewczyny.
  -Cześć. Jest Rosy? - spytałem nie zaprzątając sobie głowy przedstawianiem się.
  -Nie ma jej. Poszła gdzieś - mruknęła Nicole, nie odwracając wzroku od ekranu telefonu. Stanąłem naprzeciwko niej i kucnąłem, opierając się o ławkę ramionami. Podniosłą na mnie wzrok, zamierając na chwilę. Zaczęła coś pisać na telefonie, po czym przyłożyła go do ucha. - Cześć. Słuchaj. ktoś o ciebie pyta. ... Dziwisz się? ... Koleś przedstawił się jako Simon. ... Tak, ten Simon. ... Ok. Dobra. Powiem. Do później. Pa - powiedziała, rozłączając się. Zdziwiony faktem, że dziewczyna zna moje imię, czekałem na werdykt. Spojrzała na mnie zaciekawiona spod swoich okularów. - Czego od niej chcesz?
  -Nic takiego. Chciałem tylko... - zawiesiłem się. No właśnie. Co ja od niej chciałem? Jak ja w ogóle chciałem to rozegrać? 'Cześć, jestem Simon...' i co dalej? - Nieważne - stwierdziłem, chcąc opuścić jak najszybciej tą klasę, ale Nicole przytrzymała mnie za ramię.
  -Rosy na razie jest zajęta, ale nawet jakby nie była, nie spotkałaby się z tobą. Jeszcze nie. Nie teraz - powiedziała z poważną miną, ale zaraz potem uśmiechnęła się szeroko. - Jestem Nicole. Mów mi Nikki. Serio, nie możesz szukać na razie Rosy. Oh. I jeszcze jedno. Lubisz spać na dachu szkoły? - kiwnąłem głową zaskoczony. - To lepiej uważaj. jest tam moja koleżanka, Daisy. Potrafi być bardzo agresywna jeśli się ją obudzi.
  Tymi słowami zakończyła rozmowę, puszczając moją rękę i na nowo zagłębiając się w ekran swojego telefonu.Wyszedłem na korytarz i ruszyłem w stronę schodów prowadzących na dach, żeby jak najszybciej zniknąć z pola rażenia Miriam.
  Idąc, myślałem o tym co powiedziała Nicole. Wyraźnie potwierdziła, że Rosy jest w tej szkole, więc jak mogłem jej nie zauważyć na apelu? Przecież ona bardzo wyróżnia się swoją nadmierną energicznością i rudawym włosom, które w tych czasach są co raz rzadziej spotykane. Wyszedłem na dach i wspiąłem się na daszek nad drzwiami. Teraz zobaczyłem co Nicole miała na myśli. Dziewczyna, która wpadła na mnie wcześniej, leżała na środku daszku. Miała rozpięte pierwsze trzy guziki koszuli. Na chwilę zapatrzyłem się na to, co było zaraz pod materiałem, ale otrząsnąłem się w miarę szybko. Spojrzałem na jej twarz. Przypominała mi kogoś. Tylko kogo? Wzruszyłem ramionami i położyłem się niedaleko dziewczyny, którą Nicole przedstawiła jako Daisy. Przewróciłem się na plecy i wpatrzony w niebo, zacząłem wspominać swoje pierwsze mecze, jak to miałem w zwyczaju robić przed snem. Nie zdążyłem jednak nawet zmrużyć oka, bo Daisy obudziła się nagle. Zauważyła mnie. Wstałem i podszedłem do niej. A raczej chciałem, bo spadła na dach, dosłownie tarasując drzwi. Obrażona, nie odezwała się do mnie więcej słowem.
  Następnego dnia podczas pierwszej lekcji, wpadłem na nią znowu. Wbiła do męskiego kibla i zrzygała się do zlewu. Osunęła się na podłogę i zaczęła bredzić coś o tym, że chcę ją skrzywdzić. Złapałem ją za ramiona i postawiłem na nogi. Nie wiedziałem co mam robić, nigdy nie byłem w takiej sytuacji. Przytuliłem ją do siebie, czując, że to powinno pomóc na jej atak paniki. I rzeczywiście pomogło. Przestała się trząść i wczepiła się w moją koszulkę, płacząc jak małe dziecko. Podniosłem ją do góry i wyszedłem z łazienki. Daisy wtuliła się do mnie jakbym był co najmniej miśkiem z jej dzieciństwa. Mniej więcej w połowie drogi przestała szlochać i całkowicie otrząśnięta i przytomna wpatrywała się we mnie błyszczącymi oczami. Siedziałem z nią u pielęgniarki do końca lekcji. Nie czułem się tym jakoś zirytowany, chociaż zwykle taka sytuacja wywołałaby u mnie iście alergiczną reakcję. Po lekcjach dorwała mnie Miriam.
  -Simon! Miałeś nie uciekać z lekcji! - zawołała, kiedy ignorując ją poszedłem pierwszy, oddalając się od niej co raz bardziej. Potem spotykałem Daisy jeszcze wiele razy. Wpadaliśmy na siebie na przerwach, nie raz mignęła mi gdzieś, kiedy byłem na mieście, a raz nawet widziałem jak gra z jakimś czerwonowłosym pajacem. Chwilę potem spotkałem drużynę z gimnazjum i nie mogłem już się wykręcić od spotkania w kawiarni. Raz spotkałem Daisy z właśnie tym pajacem (który okazał się mieć na imię Matthias) w fast foodzie. Widzieliśmy się też w kościele, ale szybko mi potem zwiała.
  Najbardziej jak do tej pory, zapamiętałem pierwszą niedzielę października. Udało mi się wyrwać cycastą blondynę i szliśmy akurat po obrzeżach miasta. kiedy ją pocałowałem, przeszedł mnie nieprzyjemny dreszcz. Ktoś na nas patrzył. To stąd te drgawki. Podniosłem wzrok na górkę, pod którą staliśmy. Na jej szczycie stała dziewczyna. Wyglądała jak Rosy, ale jej włosy kojarzyły mi się z Daisy. Wyprostowałem się i machnąłem ręką, zachęcając dziewczynę, żeby do nas zeszła. Nie wiedziałem wtedy co robię. Ciekawość pchała mnie do czegoś, czego nigdy bym nie zrobił. Mimo mojego zaproszenia, dziewczyna pokręciła głową, nałożyła słuchawki na uszy i zbiegła z górki w przeciwnym kierunku.
  -Rosy! - wrzasnąłem, zostawiając blondynę samą. Głupota. Nie wiedziałam kim jest czarnowłosa, więc czemu byłem tak pewien, że to ONA? Rosy upadła, a ja przyspieszyłem, jednak zanim do niej dobiegłem, zdążyła wstać i nałożyć kurtkę. Odwróciła się i stając ze mną twarzą w twarz, wcisnęła ręce w kieszenie. Spojrzała na mnie obojętnym wzrokiem. Wzdrygnąłem się. Kiedyś w jej oczach była sama radość, więc czemu? Nagle wszystko mi się ułożyło. Rosy, gwałt, spadek formy na finale, nagłe zniknięcie dziewczyny, Daisy...
  -Jutro pogadamy, jeśli przyjdziesz na trening - powiedziała, zanim zdążyłem wydusić z siebie chociaż jedno poprawne zdanie. Po ustaleniu warunków, zgodziłem się na jej propozycję. Daisy/Rosy odeszła szybkim krokiem. Jej słowa potwierdzały moją teorię. Spławiłem blondynę i chcąc to wszystko przemyśleć, wspiąłem się na górkę, pod którą stałem. Usiadłem w najwyższym jej punkcie i ruszyłem mój mózg, co przyszło mi z wielkim trudem. Poukładałem sobie wszystkie informacje, co też nie było łatwe, bo nie lubię tego typu spraw. Siedziałem tak chyba ze dwie godziny.
  Następnego ranka wstałem  i wybiegłem z domu pewny swojego spóźnienia. Przez bramę szkoły przebiegłem ramię w ramię z Daisy. Skinęła mi głową uśmiechnięta od ucha do ucha, po czym pognała do swojej klasy. Przez nią spóźniłem się bardziej niż zamierzałem, bo jeszcze kilka minut stałem zszokowany tym, że Daisy miała na głowie brązowo-rude włosy, dokładnie takie jakie zapamiętałem u Rosy. Pokręciłem głową ze śmiechem i pobiegłem na lekcje. Zmieniłem zdanie. Nie będę na Daisy nic wymuszał. Jeśli chce mi to powiedzieć to to zrobi, jeśli nie - to nie. Dla mnie ważne jest jedno. Wreszcie wiem co się dzieje z Rosy. Ona jest obok mnie i mogę na nią patrzeć do woli.
...
Dziwnie to zabrzmiało, prawda?

***
  Wybiegłam z domu pewna swojego spóźnienia. Wiatr rozwiewał moje włosy, które były teraz w 95% naturalne. Pozostałe pięć procent naturalności spaliło się w mojej prostownicy.
  Do szkoły wpadłam równo z Simonem. Uśmiechnęłam się do niego i poleciałam do swojej klasy. Serce waliło mi jak szalone, kiedy myślałam o tym, co mam powiedzieć Simonowi po treningu.
  -Jak myślisz? Co ja mam teraz zrobić? - spytałam Nikki, kiedy siedziałyśmy na matematyce, nudząc się niemiłosiernie. 
  -Wiesz, że myślenie nie jest moją dobrą stronę - westchnęła ciężko. - Ale sądzę, że powinnaś mu wytłumaczyć tylko to, co go interesuje. Nic więcej. Nie opowiadaj mu swojego życia ani nic takiego. Poza tym.. Czemu żeś wróciła do tego koloru? Nie chcesz się kryć?
  -Nie. Już nie. Niech ludzie myślą co chcą. Walić ich - powiedziałam, wstając wywołana do odpowiedzi. Podeszłam do tablicy i rozwiązałam swoje zadanie. Wróciłam do ławki przy akompaniamencie cichych lub głośniejszych rozmów uczniów. Uśmiechnęłam się lekko. Nie rozmawiali o mnie. I tak trzymać.
  Zadzwonił dzwonek i wszyscy wyszliśmy z klasy. Chłopak zwany Ketchupem zebrał ludzi naokoło siebie.
  -Dobra, słuchajcie. Wy wchodzicie do klasy normalnie. Ja i Drake się spóźnimy. Otworzę drzwi, rzucę kulkę papieru i wrzasnę 'granat'. Wy chowacie się pod ławkami, a my wtoczymy się do sali - wskazałam na siebie i głośnego blondyna, który był z Simonem w drużynie. - Wiecie o co chodzi, nie? Zrobimy to tak, jak na tym filmie o wojsku - zaśmiał się głośno. Zawtórowałam mu, wyczuwając niezły śmiech. Wszyscy wykonali swoje zadania, a Nikki nagrała to wszystko telefonem. W efekcie naszego wybryku nie było kolejnej matematyki. Za to dostaliśmy wykład na temat prawidłowego zachowania w liceum. Reszta lekcji przeleciała jakoś tak szybciej. Nie działo się praktycznie nic, więc miałam czas na myślenie. Kiedy nic nie przychodziło mi do głowy, machnęłam na to ręką. 
  -Pójdę na żywioł, może nawet powiem coś mądrego - powiedziałam do Nikki i wybuchłyśmy śmiechem. Szłyśmy akurat na salę. Widząc jedną ze starszych dziewczyn, spytałam ją czy można jeszcze się zapisywać do drużyny. Ucieszyłam się z potwierdzenia. W szatni natknęłyśmy się na bliźniaczki i ich wyższą koleżankę.
  -Hej. Jesteście nowe? - spytała jedna z sióstr-laleczek. Pokiwałam niepewnie głową, nie wiedząc jak się zachować. - To świetnie! Mało miałyśmy osób odkąd odeszły ostatnie klasy. Jestem Caroline - uśmiechnęła się miło.
  -Ja jestem Susan - przedstawiła się wyższa koleżanka.
  -A ja Alex - uśmiechnęła się druga z bliźniaczek. 
  -Ja jestem Daisy, a to jest Nicole - przedstawiłam siebie i chowającą się za mną dziewczynę. Potem przebrałyśmy się i wyszłyśmy z szatni. Związałam włosy i nałożyłam szarą bluzę na białą koszulkę.
  -Gotowa na powrót do przeszłości? - spytała Nikki. Pokiwałam śmiało głową, poprawiając bluzę zwisającą mi z ramion. W bojowych nastrojach wkroczyłyśmy na salę. 
  Witam wszystkich pierwszoklasistów - zaczęła dziewczyna w krótkich, niebieskich spodenkach. - Nazywam się Patricia. jestem mocnym skrzydłowym. Teraz po kolei się przedstawcie i powiedzcie na jakich pozycjach do tej pory grałyście. 
  -Elizabeth. Byłam rozgrywającą.
  -Amy. Prawy skrzydłowy.
  -Risky. Rozgrywająca.
  -Nicole. Rozgrywająca. 
  -Nataly. Słaba skrzydłowa.
  -Daisy Rose. Środkowa. - powiedziałam patrząc tempo przed siebie. Co ja tu robię? Miałam tu więcej nie wracać. Miałam zrezygnować, miałam zniknąć. Więc czemu?
  -Dobrze. Usiądźcie. - nakazała jedyna blondynka w drużynie, która nie była z pierwszych klas. - Jestem Maria, kapitan dziewczęcej drużyny koszykówki w tym liceum. Powiedzcie czemu dołączyłyście do naa, do naszego klubu,
  -Obok grają fajni chłopacy - wypaliła Elizabeth, nakręcając na palec kosmyk włosów. Wywróciłam oczami.
  -Wypad z sali - warknęła Patricia. Elizabeth popatrzyła na nią zdziwiona. - Wyjdź i nigdy nie wracaj! - wrzasnęła. Lizzy poderwała się do góry z płaczem i wybiegła z sali. Spojrzałam z podziwem na Pat, a potem porozumiałam się wzrokiem z Nikki. Mimo, że Maria jest kapitanem, to właśnie Patricia wyrzuca niepotrzebne śmieci. - Któraś jeszcze przyszła tu przez faceta? Prędzej czy później i tak się dowiem, więc lepiej powiedzcie po dobroci - syknęła rozjuszona. Na drugą połowę sali weszli chłopcy, a wśród nich dostrzegłam Simona. Kiwnął do mnie głową, pozdrawiając mnie. Odkiwnęłam mu, a w tym momencie podszedł do nas Adam, kapitan męskiej części drużyny.
  -Albo świat się kończy, albo ktoś nawrócił Simona. Przyszedł dziś do mnie i stwierdził, że przeprasza za swoje wcześniejsze zachowanie i będzie przychodził na wszystkie treningi - powiedział siadając obok Marii, która spojrzała na niego zdziwiona. Prychnęłam rozbawiona i skierowałam wzrok w stronę Simona. Aż tak sobie wziął do serca tą obietnicę. Znów skupiłam się na dziewczynach, gdyż poczułam na sobie czyjś ciekawski wzrok. Adam wwiercał we mnie spojrzenie spod przymkniętych powiek. - Jak to zrobiłaś? - spytał. Wzruszyłam ramionami. Sama byłam zszokowana świeżą wiadomością. - No nie daj się prosić... Jak mam na ciebie mówić? Daisy czy Rosy?
  -Obojętnie - westchnęłam ciężko.
  - No to jak to zrobiłaś, Rosy? - Adam nie poddawał się, chociaż ja nie miałam w planach nic mu wyjawiać.
  -Ona? Poza tym.. Przecież Rosy prawdopodobnie już nie gra, a Daisy nie jest do niej podobna - zaśmiała się przyjaciółka Marii.
  -Przyjrzyj jej się dokładniej - mruknął Adam wstając, ale zanim odszedł, wskazał na mnie palcem. - Musisz mi powiedzieć kiedyś co zrobiłaś Simonowi, bo to magia jakaś - zaśmiał się kierując swoje kroki do Mike'a i reszty. Oni wprowadzenie mają już za sobą, więc mogą skupić się na treningu, zamiast tak jak my, siedzieć na podłodze gadając bezsensowne rzeczy. Przestałam słuchać dziewczyn i skupiłam się na obserwowaniu ruchów chłopaków. Zauważyłam, że między nimi jest także Drake, który grając mini mecz 3 na 3, nie radził sobie z genialną obroną Simona.
  -A ty, Daisy? Czemu grasz? - spytała przyjaciółka Marii. Zastanowiłam się chwilę.
  -Bo to kocham - rzuciłam z uśmiechem. - Poza tym, gdybym na nowo nie zaczęła grać to Simon nie przyszedłby na trening. Siła wyższa.
  -Więc to serio ty - westchnęła Patricia, podpierając czoło dłonią. Spojrzałam na nią pytająco. - Jesteś Rosy, tą samą dziewczyną, która ograła mnie dwa lata temu?
  -Nie wiem. Nie pamiętam - palnęłam. Wszystkie dziewczyny zaczęły się śmiać. Po chwili starsze koleżanki wstały i poszły po piłki do magazynku. Odeszłam od pozostałych chwilę potem.
  -Drake. Piłka - rozkazałam chłopakowi, który siedział pod ścianą. Podał mi zdezorientowany. - Z twoją techniką nigdy nie ominiesz tego palanta. Robisz wszystko zbyt sztywno.
  Drake zagrał rolę Simona i ustawił się naprzeciwko mnie. Stanęłam na szeroko rozstawionych, ugiętych nogach. Piłkę przeniosłam na prawo i wpatrywałam się w oczy chłopaka. Obserwował uważnie każdy mój ruch. Uśmiechnęłam się.
  -Błąd - szepnęłam, okręcając się na lewej pięcie i zamarkowałam podanie w prawo, po czym zrobiłam kozioł w lewo. - Tak to się robi. - powiedziałam oddając piłkę chłopakowi. - Nie przyglądaj się tak bardzo przeciwnikowi, bo ci się wszystko pomiesza. Działaj instynktownie. Inaczej nici z twojej gry - mrugnęłam do niego porozumiewawczo. Kiwnął głową, a ja wróciłam do swoich.
  -Pięć kółek wokół całej sali! - zawołała Patricia. Wszystkie puściłyśmy się biegiem przy ścianie. Nikki dogoniła mnie po kilku sekundach.
  -Po co tam poszłaś? - wskazała głową Drake'a.
  -Pomogłam mu - odparłam beztrosko. Po przebiegnięciu pięciu kółek, przyszedł czas na rozciąganie. Skrętoskłony, siad potkarski, skoki w miejscu, dotykanie podłogi bez uginania kolan i inne ćwiczenia rozciągające, których dawno nie robiłam, dały mi w kość. - Mięśnie mi zdrętwiały - zajęczałam do Nikki, a ta zaśmiała się tylko i kontynuowała ćwiczenie. - Nikczemna. Nawet mi nie współczujesz - nadęłam policzki.
  -Sama jesteś sobie winna, więc przestań marudzić - powiedziała, a raczej wystękała, próbując dotknąć ręką końca wyprostowanej nogi. Zarechotałam wykonując ćwiczenie bez trudu. Maria dmuchnęła w gwizdek, ogłaszając koniec rozgrzewki. Razem z resztą dziewczyn ustawiłam się w szeregu naprzeciwko pani kapitan.
  -Trener zaraz przyjdzie. Do tego czasu sobie postoimy - powiedziała i po chwili zaczęła rozmawiać ze swoją przyjaciółką, która jak się dowiedziałam, ma na imię Nancy. Odwróciłam głowę w stronę chłopaków. Drake wciąż próbował ominąć Simona, ale teraz wychodziło mu to o wiele płynniej niż wcześniej. Przeniosłam wzrok na Adama i Mike'a. Wciąż przerażony, młodszy chłopak, trząsł się ze strachu przed swoim kapitanem, który najwyraźniej miał dość zachowania swojego kolegi, bo kazał mu iść rzucać trójki. Przyglądałam się treningowi chłopaków, aż do pewnego momentu. Do momentu, w którym wyłapałam wzrok Simona. Nasze spojrzenia się skrzyżowały, by zaraz potem rozbiec się w dwie strony. Chłopak musiał z opóźnieniem zareagować na mijającego go Drake'a, a ja spojrzałam na swojego trenera wchodzącego do sali. Miał nie więcej niż 28 lat. Nie wysoki, nie niski. Średniego wzrostu z szopą brązowych włosów i zakazaną mordą.
  -Peter?! - wrzasnęłam, cofając się o krok. Facet zatrzymał się i przeniósł wzrok z Patricii na mnie i zamarł w pół kroku z otwartymi szeroko oczami i ustami. Minę tą jednak zniekształcała blizna przecinająca jego prawy policzek, co dawało dość przerażający efekt.
  -Daisy? - szepnął, powoli cofając się do wyjścia, ale przyszpiliłam go wkurzonym wzrokiem. Wściekłość zagotowała się we mnie jak woda na herbatę zanurzona w lawie. Pewnym, szybkim krokiem podeszłam do mężczyzny. - Bardzo jesteś zła? - spytał uśmiechając się niepewnie.
  -To chyba jasne. Zniknąłeś bez słowa i zapomniałeś o nas. Chyba, że znowu miałeś romans, co? - warknęłam patrząc w jego oczy.
  -Kłótnia małżeńska? - spytała Nikki, podchodząc do nas. Zgniotłam ją wzrokiem. - Dobra, jednak nie. Nie bij...
  -Jestem jej wujkiem - powiedział, wskazując na mnie palcem. Westchnęłam tylko i spojrzałam na Petera ze smutkiem.
  -Jak można zapomnieć o swojej własnej chrześniaczce - szepnęłam zrezygnowana, wracając do szeregu. Potem nasz trener aka mój wujek, kazał nam dobrać się w pary złożone z pierwszorocznych i drugo- lub trzecioklasistki. Mi wypadła przyjaciółka Marii, Nancy. Nie było źle, zwłaszcza, że Nikki dostała Patricię, która jest agresywną i nieokiełznaną dziewczynę i bóg wie co i kiedy może jej przyjść do głowy.
  Na początek były podania w biegu i rzuty osobiste. Oba ćwiczenia trwały chyba z 15 minut. Następnie ćwiczyłyśmy różnego rodzaju podchodzenie pod kosz. Uśmiechnęłam się pod nosem, kozłując piłkę. I tak rzadko kiedy robiłam to, co mi kazali. Przyspieszyłam, nagle pochylając się w przód. Kozłując piłkę raz lewą, raz prawą ręką i robiąc zmyłki, przepchnęłam Nancy pod kosz. Złapałam piłkę w obie ręce i delikatnie wyrzuciłam ją w górę. Trafiłam. Czysty.
  -Starczy! - zawołał Peter. Zebrałyśmy się naokoło niego. - Zagramy teraz dwa razy do dziesięciu punktów i będziecie wolne - powiedział, kładąc czerwone koszulki na ławce. - Robimy tak... Nancy, Patricia, Amy, Nicole i Caroline będą jedną drużyną. Daisy, Maria, Risky, Nataly i Susan to druga drużyna. Pasuje? Tak? To teraz Patricia rozda swoim koleżankom koszulki - zarządził Peter, rozsiadając się na ławce.
  -Ej. A kto wyrzuci piłkę? - spytałam stając na środku wyznaczonego boiska. Koło mnie stanęła Patricia.
  -Ja - powiedziała Maria, kozłując piłką. Złapała ją w ręce. Ja i Pat ustawiłyśmy się do wyskoku. Piłka poszybowała w górę. Wyskoczyłam jak najwyżej, jednak to przeciwna drużyna przechwyciła piłkę. Pognałam w stronę kosza, wyprzedzając Nancy. Stanęłam przed nią na lekko ugiętych nogach. Rzuci czy pójdzie dalej? Dziewczyna przetrzymała się na sekundę, żeby po chwili wyskoczyć, wyrzucając piłkę w górę. Obróciłam się w stronę kosza. Tor lotu był zbyt płaski. Ni trafi. Nie było o tym nawet mowy. Kiedy wyskoczyłam do zbiórki, piłka odbijała się od obręczy. Złapałam ją i stanęłam twardo na ziemie. Obróciłam się na pięcie i pobiegłam przed siebie, kozłując. Tuż za środkową linią dopadła mnie Patricia. Automatycznie odrzuciłam piłkę w lewo do Susan. Ta machinalnie podała do Marii, która przecięła boisko jak torpeda. Gwizdnęłam cicho. Blondynka może i nie jest zbyt szczupła, ale na pewno bym jej nie prześcignęła. Maria podała do Risky, a ta znów stanęła jak słup. Wyprzedziłam dziewczynę i stanęłam przed nią.
  -Podaj! - zawołałam. Złapałam piłkę i ruszyłam na kosz. Nagle znikąd pojawiły się Amy i Caroline. Zatrzymałam się kozłując. Syknęłam cicho, zirytowana. Rozejrzałam się. Maria była kryta. Tak samo Risky, Nataly i Susan. Uśmiechnęłam się pod nosem.
  -To nie w moim stylu - mruknęłam. Po co mam się zastanawiać? Po co myślę podczas gry? Kiedyś grałam instynktownie. Zapomniałam już kto i czemu kazał mi myśleć i analizować grę. Spojrzałam na swoje nogi. Przymknęłam oczy, koncentrując się, a kiedy znów je otworzyłam, byłam gotowa do dalszej gry. Obudziłam się z ośmiomiesięcznego snu. Kozioł do lewej, z lewej do prawej, z prawej do lewej, z lewej do prawej. Robiłam to tak szybko, że ani Amy ani Caroline nie zdążyły zareagować, kiedy złapałam piłkę i wyskoczyłam w górę, rzucając do kosza.
  -Puk puk. Kto tam? Przeszłość - szepnęłam opadając na ziemię. Piłka odbiła się od tarczy i zawirowała na obręczy, by po chwili wpaść do kosza i spaść na ziemię odbijając się od niej dwukrotnie.

***

rozdział skończony przy dźwiękach k-popu
nigdy nie myślałam, że będę tego słuchać
ale ma bardzo fajne bity
a to jet to co Lefełki lubią najbardziej xD
dobranoc niggasy ♥

czwartek, 26 czerwca 2014

Roz.11

z racji tego, że dwie (2!!!!!) osoby czekają na 11 rozdział, Kill Them All musi poczekać xd
a tak w ogóle, to nie chce mi się tu nic pisać.
miałam to napisać na wtorek, ale byłam chora.
no co zrobisz?
nic nie zrobisz.
ważne, że dziś to jest, nie? xD

***

  -Pójdziemy na chwilę do mnie - mruknęłam do chłopaków, kiedy byliśmy już pod drzwiami Mata. Odwróciłam się na pięcie i pociągnęłam za sobą Miriam. - Shane! Przyprowadziłam koleżankę! - zawołałam wesołym głosem. Poprowadziłam Miriam do łazienki i dałam jej jakieś swoje suche ciuchy. - Tam jest kuchnia. Jak się przebierzesz, to tam przyjdź - poinstruowałam, wskazując przeciwległą stronę korytarza. Dziewczyna pokiwała głową i zamknęła się na klucz w łazience. Poszłam do pokoju z zamiarem szybkiego przebrania się w suche ciuchy, ale zdjąwszy bluzę i koszulkę zawiesiłam wzrok na krajobrazie za oknem. Na horyzoncie już się przejaśniało, ale nad moim blokiem nadal było szaro. Ze zdjętym T-shirtem zmiętym w rękach, patrzyłam tęsknie na kawałeczek niebieskiego nieba. Potrząsnęłam głową, by odgonić od siebie wspomnienie oczy Viv patrzących na mnie z odrazą. Wyjęłam z szafy granatowy sweter i czarne dresy. Nałożyłam je na siebie, rozwiesiłam mokre ciuchy na kaloryferze i poszłam do kuchni. Na stole stała jajecznica, a obok talerza - kartonik soku pomarańczowego. Zjadłam, a raczej pochłonęłam to co zostawiła mi Shane. Intensywnie myślałam co mogę, a czego nie powinna zdradzać chłopakom i Miriam. No bo jak to tak? Wyjaśnić im wszystko, co miało jakiś związek z moim życiem, chociaż gadaliśmy co najwyżej sześć razy?
  -Daisy? Możemy już iść? - nagle w drzwiach pojawiła się miedzianowłosa dziewczyna ubrana w moje workowate ciuchy. Kiwnęłam głową, pociągając ostatnie łyki soku. Poczłapałam do swojego pokoju i podniosłam materac, a spod niego wygrzebałam garść lizaków. Jednego dałam Miriam, a resztę upchnęłam w kieszeniach dresów i z cytrynowym lizakiem w ustach ruszyłam w stronę drzwi. Wilgotne włosy machały się rytmicznie w takt moich kroków. Ramię w ramię z Miri, przeszłam przez klatkę schodową i zamiast zapukać do drzwi, czy chociaż zadzwonić, wbiłam do środka bez zapowiedzi. Pierwszym co rzuciło mi się w oczy, był bałagan. Drugą rzeczą było trzech półnagich chłopaków.
  -Ni mogę znaleźć żadnych czystych koszulek - wytłumaczył Matthias, drapiąc się po karku z zakłopotaniem. Zrobił zażenowaną minę, a ja westchnęłam ciężko. Jeśli mamy gadać na poważnie, to trzeba coś poradzić na ich goliznę. Wpadłam do swojego mieszkania, ściągnęłam z suszarki swoje trzy największe koszulki i popędziłam z powrotem. Rzuciłam zmięte T-shirty Oliemu i Dominicowi, którzy złapali je w locie. Mat był tak zdezorientowany, że dostał kulką materiału prosto w nos. Chłopcy wciągnęli na siebie ciuchy, a gospodarz zaprowadził nas do salonu. Usiadłam na fotelu, oplatając przyciągnięte do klatki piersiowej kolana. Reszta ludzi usiadła na sofie, przyglądając mi się ciekawie.
  -To co? Zaczynamy? - spytał Oliver jak zwykle przesadnie wesoło. Dominic zganił go wzrokiem, a model skurczył się w sobie.
  -A od czego mam zacząć? mam wam opowiedzieć swoje całe życie? - prychnęłam wyjmując lizaka z ust. Usiadłam po turecku i oparłam łokcie na kolanach.
  -Zróbmy tak. Będziemy ci zadawać pytania. Niezależnie od tego o czym będą, musisz odpowiedzieć. Zgoda? - spytała Miriam miłym głosem. Pokiwałam głową zrezygnowana. Włosy, których na morko nie dałam rady ułożyć, zasłaniały mi widok. Może to i nawet lepiej. Może w ten sposób nie będą wiedzieli kiedy kłamię.
  -Kim ty tak w ogóle jesteś? - spytał Oliver ze szczerą niewiedzą w głosie. Przez chwilę siedzieliśmy w ciszy. Przez moment patrzyłam na modela jak na wariata, a potem wybuchłam śmiechem. - Coś w tym zabawnego jest? - burknął nadymając policzki. Pokręciłam głową, uspokajając się powoli.
  -Przepraszam, przepraszam, ale... - zachichotałam znów. - Nie jest to trochę dziwne, że nie wiesz kim jestem, a chcesz poznać moje życie? W dodatku chcesz mi pomóc! - wytarłam oczy, kiedy popłynęły z nich łzy rozbawienia.
  -To nie jest dziwne. Nie ważne kim jesteś, Oli i tak zechce ci pomóc - powiedziała Miriam z ulgą, widząc, że się rozweseliłam.
  -Poza tym Dominic cię zna, a nawet chce ci pomóc, więc chcę poznać osobę, dla której jest miłym gościem - uśmiechnął się Oliver. Zaraz zginie. Jeśli czegoś nie zrobię, model zginie w męczarniach. Dominic ruszył się gwałtownie, ale ja już byłam przy nim i złapałam jego pięść wymierzoną w Olivera.
  -Zostaw go. Z martwego człowieka nie ma pożytku - warknęłam, patrząc na Dominica z góry. Rozluźnił mięśnie i opuścił pięść, po chwili zaciskając ją jeszcze mocniej.
  -Oberwie ci się za tego "miłego gościa". Ja zawsze jestem miły - warknął do Olivera, a zaraz potem popatrzył na mnie wyczekująco. No tak. Musiałam odpowiedzieć na pytanie blondyna. Opadłam na fotel, kładąc się w poprzek niego.
  -Kim jestem, co? - mruknęłam oglądając lizaka w świetle żarówki, by zaraz potem wsadzić go sobie do buzi. - Szkoda, że Simona tu nie ma... - szepnęłam, wyjmując lizaka z ust, tym samym powstrzymując pytanie Olivera. - Tak, znam go. Nie pytaj - zaśmiałam się gorzko.
  -Nie przeciągaj. Gadaj wreszcie - powiedział Mat wyraźnie zniecierpliwiony.
  -Dobra, ale potem powiesz mi co powiedziała ci ta dziewczyna na boisku - Mat przystał na mój warunek, więc odetchnęłam głęboko zanim zaczęłam mówić. - Jestem Daisy Rosy Andrews, lat 16, w gimnazjum byłam kimś innym, ale Rosy już nie istnieje, więc jestem Daisy - powiedziałam na jednym wdechu. Przejechałam wzrokiem po twarzach osób zgromadzonych. Dwójka przybrała pokerowe twarze, a dwójka była zaskoczona.
  -Rosy? - szepnął Oliver z szeroko otwartymi oczami. Miriam siedziała jak sparaliżowana, nie mogąc nawet otworzyć ust. Zszokowało ją moje bezpośrednie potwierdzenie jej podejrzeń. Dominic wpatrywał się w swoje paznokcie z tak obojętną miną, że aż zachciało mi się śmiać. Był spokojny jak jeszcze nigdy.
  -Rany, ludzie. O co chodzi z tą całą Rosy? - jęknął Mat zrezygnowany, opierając się plecami o oparcie kanapy. Dominic cisnął w niego pogardliwym wzrokiem.
  -Przyjechał niedawno z Europy, nic nie wie, odpuść mu - wysepleniłam z lizakiem w ustach. Pogrzebałam w kieszeni dresów i wyjęłam stamtąd gumkę do włosów, którą związałam niesforne kłaki, które już zaczęły się przeistaczać w pseudo loczki. Nie mając już nic na twarzy (oprócz ryja), spojrzałam na dwójkę oszołomionych ludzi.
  -Rosy może i nie była najlepszym kapitanem, ale nadrabiała to wysiłkiem, ciężką pracą i wolą walki - powiedział Dominic, a ja zaniemówiłam. Świat się kończy! Zagłada! Zaczęto robić mega szybkie pranie mózgu albo klonują ludzi! Najbardziej skryty i chamski człowiek jakiego znam, otwarcie mówi o mnie dobre rzeczy! Świętujmy! A tak serio to nie wiadomo, czy to nie jest podstęp. Ja mogę zaraz zginąć. Nigdy nie wiadomo co on knuje.
  -Rosy była najbardziej spontaniczną i zaciętą osobą jaką w życiu widziałam - wytłumaczyła Miriam, która częściowo już otrząsnęła się z szoku. Oliver potrząsnął gwałtownie głową, zaprzeczając słowom dziewczyny.
  -Dla mnie w pamięci utkwiła jako Taran. Agresywna, bezwzględna, impulsywna, chamska i tak skomplikowana, że kiedy próbowałem ją rozgryźć, to głowa mnie bolała - powiedział blondyn szybko, mierząc mnie wzrokiem jakby chciał ocenić czy pasuję mu do tego opisu.
  -Nie dziwię się, skoro dla ciebie najprostsze zadania z matmy brzmią dla ciebie jak "pustynią szły dwa wielbłądy, jeden żółty, drugi czarny. Oba miały turbany i kapcie twojej babci. Ile stopni Celsjusza miał piasek?" - zaśmiałam się. Oliver spiekł buraka. - Spoko, rozumiem. Każdy jest dobry z czegoś innego. Ja nie trawię historii. czarna magia i inne sztuczki - zaśmiałam się szczerze, odpakowując kolejnego lizaka, tym razem o smaku truskawkowego jogurtu.
  -Dobra. To teraz po kolei. Wspomniałaś, że byłaś pokłócona z przyjaciółką. O co poszło? - spytała Miriam. Westchnęłam ciężko. Kiedyś musiało to wyjść na wierzch.
  -Pod koniec drugiej klasy, na mistrzostwach, byłam faulowana. Półfinały, wszystkim puszczały już nerwy, rozumiecie, nie? Faul był jedynym sposobem, żeby mnie zatrzymać. Przeciwne drużyny popychały mnie, szturchały przed meczem, ale ja nie widziałam w tym nic niebezpiecznego. W pierwszej kwarcie, dokładnie w połowie, dostałam piłkę. Musiałam iść sama do przodu, ale zepchnięto mnie do lewej linii bocznej. Cofnęłam się powoli, a potem szybko ruszyłam do przodu. Dziewczyna, którą kryłam... Co ja mówię. To był olbrzym. Co najmniej 185 cm i 5 kg nadwagi. No. I ona podstawiła mi nogę. Upadłam, żebrami uderzając o piłkę, a żeby było śmieszniej, olbrzymka upadła na mnie. Na początku nie mogłam złapać oddechu. Bardzo bolało, ale grałam dalej. Nikt nie zauważył specjalnie wystawionej nogi, sędzia i trenerzy myśleli, że to wypadek. - zrobiłam pauzę i przełknęłam nerwowo ślinę, przypominając sobie ten ból. - Faulowały mnie wiele razy. Wiele razy leżałam na ziemi. Doznałam kontuzji prawego barku, obu łokci i kolan, prawego kciuka i głowy.
  -Ale co to ma wspólnego z kłótnią między tobą a Vivienne? - spytał Dominic, wstrząśnięty moim wyznaniem.
  -A to, że Viv zabroniła mi grać w finale, który odbywał się tydzień po tym. I to właśnie przed tym finałem powiedziałam jej, że mi się znudziła - powiedziałam odpakowując kolejnego lizaka o smaku coli. - Zajęłyśmy drugie miejsce i przeszłyśmy do finału.
  -Czemu zabroniła ci grać? - spytał Mat z poważnym wyrazem twarzy, nagle włączając się do rozmowy.  On nie słuchał czy co? No cóż. Złożyłam 'przysięgę' odpowiadania na wszystkie pytania. Specjalnie dla czerwonowłosego chłopaka odtworzyłam wspomnienie z tamtego dnia. Jak kasetę wideo. Dzzzzt i znów przeniosłam się do swojego pokoju sprzed prawie roku.
  -Nie możesz grać! - wrzasnęła Viv ignorując obecność mojego ojca, który znajdował się za ścianą. Leżałam w łóżku, a w pokoju było już trochę ciemno. Vivienne wpadła do mojego pokoju i zaczęła wypytywać o to jak się czuję. Wyszeptałam wtedy diagnozę lekarza, a ona zabroniła mi grać. To ojciec ją nasłał. Gdyby nie on, Viv nie dowiedziałaby się o kontuzjach do zakończenia mistrzostw. Tata wiedział, że zagram, nawet jeśli mi zabroni. Zauważyłam na obojczyku mojej przyjaciółki nowego siniaka wyzierającego spod jej czarnego swetra. Chwilę potem zasłoniła go ciemnymi blond włosami.
  -Miałam mocno zbite żebro i wybity bark - powiedziałam rozgryzając lizaka. W pokoju wszystko zamarło. Nawet powietrze. Chwilę potem dostałam z liścia od Miriam. Bolało.
  -Za co? - jęknęłam, rozcierając bolący policzek.
  -Za to, że grałaś z tak poważnymi kontuzjami - powiedziała z wyrzutem.
  -No. To nie było zbyt mądre - potwierdził Oliver, kręcąc głową.
  -Wiem. Bolało jak cholera, ale i tak przegrałyśmy. Patrząc z perspektywy czasu, to moja gra nie miała sensu - wzruszyłam ramionami. Posiedzieliśmy chwilę w ciszy. Klasnęłam w dłonie, przypominając sobie obietnicę. Podniosłam się gwałtownie.
  -Miałeś mi powiedzieć co Viv ci nagadała! - zawołałam wskazując na Mata. Podrapał się po karku, zagłębiając się w zakamarki swojej pamięci.
  -Powiedziała, że nie jesteś tym, za kogo się podajesz, po czym stwierdziła, że słabo mi idą rzuty z daleka. Potem sobie poszła - wzruszył ramionami. Westchnęłam głęboko. - Ja myślałem, że ty mafiozo jakiś czy co, ale nie spodziewałem się, że po prostu grałaś w kosza - zaśmiał się, a razem z nim zaśmialiśmy się wszyscy.
  -Ty to wiesz jak rozładować napięcie - wstałam i klepnęłam Mata w ramię. Uśmiechnęłam się do wszystkich. - Ja już będę szła. Mam dużo zadane, a dodatkowo dwa sprawdziany się szykują, więc bywajcie!
  -Cześć! - zawołali chórem. Zamykając za sobą drzwi miałam banana na twarzy, ale po zniknięciu w swoim mieszkaniu uśmiech znikł, plecy zgarbiły się, sprężysty krok ustąpił miejsca szurającym po podłożu nogom, a z oczu zniknęła cała udawana radość i ciepło. Została tylko zimna obojętność, która wyzierała spod na wpół przymkniętych powiek.
  Przebrałam się w purpurowe dżinsy, czarny T-shirt i skórzaną kurtkę ojca. Zawiązałam glany i poszłam do swojego pokoju po słuchawki. Shane znowu się na mnie wkurzy, że wlazłam do domu w butach, ale to nic. Po cichu wyszłam na klatkę schodową. Zza drzwi naprzeciwko dobiegały wesołe śmiechy, które utwierdzały mnie w przekonaniu, że wszyscy są w komplecie. Włączyłam muzykę wsadzając do uszu słuchawki, po czym puściłam się pędem po schodach. Wypadłam na podwórko o mało nie wybijając sobie zębów i pognałam dalej jakby biegł za mną koleś z maczetą. Zwolniłam dopiero, kiedy minęłam boisko i wpadłam między inne bloki. Dalej poszłam już wolnym, leniwym, ociągającym się krokiem.
  Nie wiedziałam gdzie szłam, nie wiedziałam po co ani nawet ile minęło już czasu. Zbliżałam się powoli do obrzeży miasta. Związałam włosy, zdjęłam kurtkę i przewiązałam się nią w pasie. Podniosłam wzrok na bezchmurne już niebo i westchnęłam głęboko. Bolało mnie serce. Znałam to nieznośne uczucie samotności, smutku i bezsilności. Chciałam się rozpłakać, ale nie dałam rady. Nie umiem płakać, nawet kiedy jest mi smutno. Najczęściej poleci jedna, może dwie łzy, ale nic więcej.
  Wspięłam się na najwyższą górkę, z której widać było panoramę miasta. Wyłączyłam muzykę, zawieszając słuchawki na karku, po czym odetchnęłam zimnym powietrzem. Nagle zawiał porywisty wiatr, łopocząc moją kurtką. Zamknęłam oczy i wsłuchałam się w odgłosy otoczenia. Nagle usłyszałam znajomy głos. Rozpoznałam go pomimo dużej odległości. Nie pomyliłabym go z żadnym innym głosem. On był jedyny.
  -Simon - szepnęłam widząc chłopaka idącego u podnóża górki, na której stałam. Śmiał się. Coś ukłuło mnie w sercu. Jego ramię spoczywało na barkach blondynki z dużym biustem. Simon nachylił się i pocałował tą dziewczynę. W tym momencie nasze spojrzenia się spotkały. Szok, który wylewał się z jego szeroko otwartych oczu, uderzył we mnie jak fala na oceanie. Zacisnęłam pięści, patrząc na tą dwójkę z pokerową miną. Otrząsnęłam się z dziwnego odrętwienia, kiedy Simon odsunął się od blondyny. Podniosłam dłoń do góry witając go, a on kiwnął mi głową. Jego towarzyszka spojrzała w moją stronę i wykrzywiła się z odrazą. No tak. Dla takich dziuń ubranych w ciuszki odkrywające dupę i cycki, jestem tylko kolejnym robakiem niewartym nawet zadeptania.
  Simon machnął ręką, zapraszając mnie do nich na dół. Potrząsnęłam głową bez cienia uśmiechu, nałożyłam słuchawki na uszy, włączyłam muzykę i zbiegłam po zboczu góry, mając Simona cały czas po prawej stronie. Nie zwolniłam ani kiedy wypadłam na chodnik, ani kiedy chłopak mnie zawołał. Muzyki nie słyszałam, ściszyłam ją prawie do zera, więc dotarł do mnie silny, donośny głos Simona, wołającego mnie. Wrzasnęłam przerażona, kiedy poczułam, że tracę równowagę. Przeklęte, krzywo ułożone płyty chodnikowe. Zaryłabym twarzą o beton, gdybym nie wyciągnęła przed siebie rąk. Moje ramiona przeszył prąd, podobny do tego jaki czuje się przy spotkaniu pierwszego stopnia łokcia z jakimś kantem. Wreszcie uderzyłam o ziemię. Przewróciłam się na plecy i usiadłam, ledwo dając sobie z tym radę. Spojrzałam na swoje rozorane dłonie. Na chodniku pojawiła się pierwsza kropla krwi. Zagryzłam wargę, żeby nie wywrzeszczeć sobie jeszcze większego pecha. Odwróciłam głowę w stronę, z której przybiegłam i przeklęłam siarczyście w myślach. Szybko nałożyłam na siebie kurtkę, żeby zakryć otarte łokcie. Wstałam, otrzepałam się z kurzu i odwróciłam się na pięcie, stając twarzą w twarz z Simonem.
  -Nic ci nie jest? - spytał. Pokręciłam głową, chowając ręce do kieszeni. Tak ogólnie rzecz biorąc to z tej całej tajemnicy o mnie jako Rosy, chyba nic nie wyjdzie. Wiedziało o tym za dużo osób. Poza tym... Widziałam to w jego oczach. Simon już kojarzył fakty i powiązał je z moją osobą, z moją twarzą. - Ty... Ty naprawdę jesteś... - powiedział, ale przerwałam mu gestem ręki.
  -Pogadamy jutro po szkole, jeśli przyjdziesz na trening - powiedziałam, stawiając mu warunek.
  -Okej. Sprawdzisz osobiście czy się stawiłem? - spytał, a ja zaprzeczyłam.
  -Nikki mi powie - odparłam obojętnie.
  -Nie zgadzam się. Jeśli ja mam przyjść na trening, to ty też. Przyjdę jeśli ty też - powiedział stanowczo. Zgodziłam się na to, zaskoczona jego prośbą. Umówiliśmy się na dachu szkoły zaraz po treningu. Po ostatnich wypowiedzianych słowach, odwróciłam się i bez pożegnania poszłam w swoją stronę. Kiedy znikłam z pola widzenia Simona, zdjęłam kurtkę wzdychając głęboko. Znów zawiązałam okrycie wokół brzucha i pogłośniłam muzykę, która teraz dudniła mi w uszach. Spojrzałam w niebo, po czym skierowałam wzrok na wyświetlacz telefonu. Dokładnie o godzinie 17.59, wsiadając do autobusu mruknęłam swoje słynne słowa:
  -No to witamy w dupie, Daisy, mały popieprzeńcu - i zaśmiałam się cicho. - Jutro będzie naprawdę zabawny dzień.
  -Shane! - zawołałam od progu. Kobieta wypadła z kuchni upaćkana czekoladą i lukrem.
  -Matko, co się stało? - spytała, wzdychając niespokojnie, kiedy opatrywała mi ręce. Spojrzałam na nią krytycznym wzrokiem.
  -Robisz ciasto. Czekoladowe. Z lukrem. Tata wraca? - spytałam unikając odpowiedzi na pytanie kobiety. Shane pokiwała głową. Po przyklejeniu ostatniego plastra spojrzała na mnie wyczekująco. - Dziękuję za opatrzenie moich ran wojennych. Mogłabyś przynieść mi z kuchni tą dużą, białą solniczkę? - poprosiłam. Macocha spełniła moją prośbę. Podważyłam paznokciem ledwo widoczne wieczko i wyjęłam ze środka potrzebne pieniądze. Zamknęłam solniczkę i oddałam ją Shane. - Dzięki. Ja lecę do sklepu - powiedziałam wybiegając na schody. Od razu skierowałam swoje kroki ku sklepowi chemicznemu.
  -Dzień dobry. Poproszę olejek rycynowy, szampon do włosów suchych i dekoloryzator - wymieniłam jak z kartki. Zaprzyjaźniona sprzedawczyni podała mi produkty, o które poprosiłam. Zapłaciłam za nie i z reklamówką dyndającą na przedramieniu, pognałam do domu. Mat trenował na boisku, ale przebiegłam obok tak szybko, że nawet nie zdążył mnie zawołać.
  -Shane! Pomożesz mi?! - zawołałam od wejścia. Kobieta wychyliła się z salonu z herbatą w ręku. Poszłyśmy do łazienki. Usiadłam koło wanny i czekałam.
  -Zadziwiająco miła jesteś dla mnie - powiedziała kobieta, podwijając rękawy.
  -Bo wiem, że teraz nie chcesz mnie przywiązać do kaloryfera i ubrać w różowe ciuszki - burknęłam. Potem Shane pracowała w ciszy. Zamknęłam oczy. Fajnie tak siedzieć na tyłku i nic nie robić, a ktoś mizia po głowie. Polecam.
  -Już. Skończone - powiedziała Shane po bliżej nieokreślonym czasie.Wstałam i przejrzałam się w lustrze. Włosy miałam już suche, więc musiałam przysnąć na co najmniej godzinę, co potwierdzały bolące od opierania się o wannę plecy. Mój naturalny kolor włosów jednak był tego warty. Parząc w lustro przypomniały mi się czasy gimnazjum i to co wtedy wyprawiałyśmy z Vivienne. Rozjaśniacze, szamponetki, tonery, bibuła, woda utleniona, a nawet kolorowe mazaki i tusze z żelopisów. To wszystko było kiedyś na naszych włosach. A teraz znów mam swój naturalny kolor. Brązowo-rude. Mocno brązowo-rude. Z przebłyskami czerwieni i blondu.
  -Witaj z powrotem, Rose - wzdrygnęłam się na dźwięk swojego starego przezwiska, które padło z moich ust. Wyprostowałam się i patrząc pewnie w swoje odbicie w lustrze, otworzyłam usta. - Jestem Rose Andrews. A przynajmniej byłam. Od kilku lat jednak nazywam się Daisy. Zabawne. Zawsze mam na imię jak kwiatek - prychnęłam do lustra, kiedy Shane wyszła z łazienki. Koło pięciu lat temu nazywałam się Rose, ale to dlaczego teraz jest inaczej pozostaje na razie ścisłą tajemnicą.

***

mam nadzieję, że się podobało.
od taki rozdzialik napisany specjalnie na zakończenie roku szkolnego.
miłych wakacji ludzie.
i nie zamulać mi tutaj!
bawić się!
wakacje od tego są! xD