Czternasty rozdział!
Pozdrowienia na dziewczyny, która 'NORMALNIE JUŻ CIERPI' na brak rozdziałów.
///Pozdrowienia dla Patrycji ****i Alicji. Wreszcie wiem jak się nazywasz.\\\
***
-Znów gram - Powtórzyłam spokojnie. Ojciec zatrząsł się i opadł na kanapę, obok nadal siedzącej Shane. Odetchnął głęboko kilka razy i wrócił spojrzeniem na moją twarz, by sprawdzić czy nie żartuję.
-Chcesz, żeby znowu stało się to co rok czy pięć lat temu? - spytał masując nasadę nosa. - Ten sport przynosi ci tylko pecha.
-Tym razem nie mogę być ... - nagle moje gardło się zacisnęło. Nie mogłam tego powiedzieć. Jeszcze nie teraz. - Tym razem trener mnie nie dotknie w ten sposób co rok temu ani ja nie mogę nic mu zrobić. Zresztą, znasz go, nawet bardzo dobrze go znasz - powiedziałam, próbując przypomnieć sobie kiedy mój taka i wujek widzieli się ostatni raz.
-Kto to? - warknął tata. - Bardzo łagodnie powiem mu, że jeśli tknie cię choć jednym palcem, to urwę mu ręce przy samej...
-To wujek Peter - przerwałam ojcu, który spojrzał na mnie zdziwiony. - Moim trenerem jest wujek Peter.
-Nie żartuj - szepnął, zapadając się w sobie. Złość wyraźnie mu już przeszła. Przeczesał włosy palcami. - Mówił mi, że uczy w liceum, ale że akurat u ciebie? - westchnął. - Możesz iść do siebie, Daisy. Na stole w kuchni leżą pączki, możesz wziąć trzy.
-Dobrze, dzięki - powiedziałam wymijająco, zbierając swoje rzeczy. Przeszłam do swojego pokoju zabierając z kuchni wspomnianą przekąskę i rzuciłam wszystko na łóżko. Usiadłam pod ścianą dzielącą mój pokój z salonem. Chcąc usłyszeć o czym rozmawiają dorośli, oddychałam jak najciszej. O nie, zmieniam się w nindżę, ratunku.
-O co ci chodziło? To źle, że dalej chce robić to co kocha? - spytała Shane. W jej głosie można było wyczuć odrobinę żalu ukrytego dokładnie pod troską. Ojciec westchnął. Więc jeszcze jej tego nie powiedział.
-Powiedziałem ci, że Daisy jest pechowym dzieckiem, prawda? Nie mówiłem tak tylko z powodu skręceń, niefortunnych skaleczeń czy potłuczonych szklanek. Od małego przyciąga do siebie złych ludzi. Teraz to się trochę uspokoiło, ale kiedy mieszkaliśmy w szemranym sąsiedztwie było o wiele gorzej. Wtedy, w podstawówce była świadkiem brutalnego pobicia jednego ze swoich starszych kolegów.. - tata westchnął i zmienił temat, ale ja pogrążyłam się we wspomnieniach.
-Rose! Obiad!- zawołała mama z okna białego, jednopiętrowego domu.
-Już idę mamo! - odkrzyknęłam. Miałam wtedy tylko dziewięć lat. Uśmiechnęłam się do swojego wspomnienia. Kiedyś byłam taką słodką chłopczycą z wiecznie poobijanymi kolanami i plastrami na ubrudzonej twarzy. - Mamo! Może Michael u nas nocować?!
-Może, ale chodźcie już na obiad! - zawołała lekko rozeźlona. Złapałam mniejszego blondyna za rękę i pociągnęłam za sobą. Michael był moim przyjacielem od serca, cały czas trzymaliśmy się razem i broniliśmy nawzajem swoich tyłków. Jednak tego pechowego dnia nie mogłam go obronić. Nie miałam nawet jak.
Kiedy Michael u mnie nocował, we dwójkę wymykaliśmy się z domu i błądziliśmy po krętych, tak dobrze nam znanych uliczkach. Dzieliliśmy jedną pasję - granie w koszykówkę. Nie wymykalibyśmy się przecież z domu bez celu. W nocy rozgrywały się mecze ulicznej koszykówki, na które nie moglibyśmy wejść gdyby nie jeden szczegół. Uczestniczył w nich starszy brat Michaela. Dzięki jego znajomościom dostawaliśmy najlepsze miejsca do podziwiania gry.
Nikt nigdy nie powiedziałby, że Konnor i Michael byli braćmi. Starszy był dobrze zbudowanym, wysokim, wiecznie zdrowym chłopakiem. Młodszy zaś był raczej szczupłym, niskim i chorowitym dzieciakiem. Tylko w jednym przejawiali jakiekolwiek więzy. Oboje byli wesołymi maniakami koszykówki.
Tego feralnego dnia drużyna Konnroa znów wygrała, lecz ich przeciwnicy nie umieli zaakceptować swojej porażki. Kiedy starszy brat odprowadzał nas do mojego domu, zostaliśmy napadnięci przez, jak się później okazało, przegranych. Zaciągnęłam rannego Michaela w cień, skąd mogliśmy totalnie niezauważeni i tak samo przerażeni, patrzeć jak Konnor i jego koledzy zastają pobici z niezwykłym okrucieństwem. Kiedy oprawcy przechodzili obok nas, na moją twarz skapnęła kropla krwi. To przepełniło czarę. Nie mogłam się ruszyć. Nawet nie mrugałam. Bałam się, że kiedy zamknę oczy, to oni wrócą.
-Rose. Chodź. Musimy biec do ciebie i powiedzieć wszystko twoim rodzicom - wyszeptał Michael. Zatrzęsłam się i zaczęłam płakać. Mimo to wstałam i podtrzymując rannego Michaela, ruszyłam w stronę domu. Na szczęście byliśmy już niedaleko. Nie pamiętam co działo się dalej. Nie pamiętam czy mama krzyczała. Nie pamiętam co stało się z Michaelem. Kiedy się obudziłam się w szpitalu z ręką w gipsie i plastrami na twarzy, rodzice powiedzieli, że rodzina Michaela wyjechała, a Konnor nigdy więcej nie zagra w kosza. Pamiętam, że mocno płakałam. Pół roku później sami stamtąd wyjechaliśmy, kiedy oprawcy Konnora zagrozili nam pobiciem, za wydanie ich policji. Rodzice zmienili mi imię, chociaż do teraz nie wiem po co to było.
-Chcę spotkać Michaela - szepnęłam otwierając oczy. Wyjęłam z kieszeni komórkę i spojrzałam na wyświetlacz. Dopiero pół do siódmej. Wstałam i nie przejmując się tym, że jestem tylko w dresach i bluzie, wyszłam z domu. Na boso przebiegłam przez klatkę schodową i zapukałam do drzwi.
-Już, już - usłyszałam mruknięcie i po chwili drzwi stanęły otworem - Cześć.
-Cześć. Mogę wejść czy przeszkadzam? - spytałam patrząc na nagi, umięśniony tors Matthiasa.
-Wchodź - powiedział odsuwając się i robiąc mi przejście. Weszłam do jego mieszkania i skierowałam się prosto do salonu. Usiadłam po turecku na fotelu i zaczekałam na Mata, który przy akompaniamencie przekleństw, szukał swoich koszulek. - Chciałaś coś konkretnie, czy tak sobie przyszłaś? - spytał stawiając przede mną kubek parującej kawy.
-Zachciało mi się powspominać i jakoś tak mi teraz smutno. Chciałabym zobaczyć się ze swoim przyjacielem z dzieciństwa - mruknęłam pociągając nosem.
-Też miałem kiedyś taką koleżankę. Był z niej dzikus! Gorszy od chłopaków - zaśmiał się Mat. - Gdyby nie ona, mój brat by umarł. Teraz jeździ na wózku, ale z dwojga złego lepiej to, prawda? - zaśmiał się jeszcze raz. Uśmiechnęłam się lekko, przytakując.
-Przeze mnie mój przyjaciel ma bliznę na plecach - szepnęłam po kilku minutach ciszy.
-Ogólnie to wiele zawdzięczam tej dzikusce - Mat spoważniał. Najwyraźniej nie usłyszał tego, co powiedziałam. - Bawiła się ze mną mimo, że byłem chudszy i słabszy od niej... - chłopak zanurzył się we wspomnieniach, ale po chwili podniósł na mnie wzrok. - Chcesz coś zjeść?
Spojrzałam na niego zdziwiona.
-Spokojnie, nie otruję cię - zaśmiał się wychodząc z pokoju. Spojrzałam na jego plecy. Spod koszulki wyzierała okropna blizna. Upiłam łyk kawy. Gorzko-słodka z mlekiem. Taka jaką lubię najbardziej. - Nauczyłem się nieźle gotować podczas mojego pobytu w Europie. Masz, spróbuj - powiedział stawiając przede mną talerz z parującym spagetti. Niepewnie wzięłam pierwszy kęs. Po kilku sekundach pochłonęłam resztę.
-Dobre. Bardzo dobre - powiedziałam z pełnymi ustami.
-Dziękuję. Specjalnym składnikiem jest moja radość z gotowania - zaśmiał się widząc moją wątpiącą minę. Przełknęłam jedzenie, dopiłam kawę i usiadłam prosto.
-Chcesz zobaczyć jak wyglądał? Ten mój przyjaciel - spytałam cicho. Mat kiwnął głową, więc wstałam i wyszłam z jego mieszkania. Weszłam do swojego salonu i otworzyłam szafkę ze zdjęciami.
-Co jest, Daisy? Wychodzisz gdzieś jeszcze? - spytał mój tata, nagle zjawiając się za mną. Kiwnęłam głową i nie chcąc nic więcej mówić, pokazałam mu zdjęcie. Wstałam i przebiegłam do mieszkania obok.
-Też znalazłem kilka swoich zdjęć z dzieciństwa. Tu wyszliśmy najlepiej - powiedział Mat podając mi zdjęcie. Spojrzałam na nie zaciekawiona. Dwójka dzieciaków. Chłopiec ma na twarzy namalowanego tygrysa, a dziewczynka węża. Oboje szczerzyli się do aparatu robiąc zeza. Uśmiechnęłam się i upuściłam oba zdjęcia na podłogę. Z szoku nie mogłam się ruszyć. To niemożliwe. Jakim cudem? To zakrawa już na denny film.
Mat podniósł upuszczone zdjęcia i sam na nie spojrzał. Po chwili skierował zszokowany wzrok na mnie.
-Michael? - szepnęłam czując rosnące szczęście. Mat skinął głową i przytulił mnie mocno. Wszystkie uczucia opuściły mnie tak szybko jak się pojawiły. Uniosłam ramię i wcisnęłam pięść w brzuch Mata, który zgiął się w pół. - Nie dotykaj mnie z zaskoczenia, jeśli chcesz żyć - warknęłam, patrząc na niego z góry.
-Okej. Zrozumiałem - wycharczał, trzymając się za brzuch. Usiadł na kanapie i spojrzał na mnie z uśmiechem.
-Co jest? - spytałam speszona. Wzruszył ramionami.
-Po prostu się cieszę, że tu jesteś - zaśmiał się, a mi zmiękło serce. Rozłożyłam ramiona z wahaniem. Mat wstał i powoli, delikatnie objął mnie silnymi ramionami. Poczułam jakby ktoś przeniósł mnie w czasie. Kiedyś często się tak przytulaliśmy. Teraz Michael był znów obok. Może nie do końca taki jak go zapamiętałam, ale ważne, że jest.
-Ej, Mat - westchnęłam po piętnastu minutach.
-Hmm? - mruknął.
-Teraz już ci nigdzie nie ucieknę, więc daj mi może wrócić do domu? - zasugerowałam. Mat niechętnie puścił moją talię i odprowadził mnie pod drzwi.
-Dobranoc - powiedział z szerokim uśmiechem.
-Dobranoc - odparłam zamykając drzwi. W ręku nadal ściskałam nasze zdjęcie. Weszłam do swojego pokoju i wyciągnęłam z szuflady ramkę, którą dostałam od taty na któreś urodziny. Włożyłam zdjęcie do środka i postawiłam na parapecie. Uśmiechając się szeroko odblokowałam telefon. Miałam jedną wiadomość głosową.
-Um... Ashley? Co tam u ciebie i twojej przyjaciółki? Już lepiej między wami? Mam nadzieję, że tak. Dziś widziałam swoją byłą przyjaciółkę. Powinnam być wściekła za to co zrobiła. Byłam. Przez dziewięć miesięcy byłam wkurzona, ale dziś... Siedziała taka roześmiana z jakimś chłopakiem. Widać, że naprawdę dobrze się beze mnie bawi. To dziwne uczucie. - jej głos zmienił się. Zawsze zmieniała ton na niższy kiedy była zła. - Co ja mam zrobić? Nienawidzę jej. Bawiła się mną. - wzięła głęboki oddech. - Nie jest mi smutno. Trochę jej zazdroszczę. Poszła w życiu dalej, dobrze się bawi.. Nie jestem już na nią zła. Mogła tak zrobić, nikt nie mógł jej tego zabronić. To wolny kraj. Mimo to, zraniła mnie. Mocno mnie zraniła - westchnęła. - Przepraszam, że tak ci się wyżalam. Mam pytanie. Czy mogłybyśmy gadać częściej? Odpowiedz mi szybko. Do usłyszenia.
Po moich policzkach popłynęły łzy. Vivienne. Nie wiedziałam, że cały ten czas kryła swoje uczucia za tak grubym murem. Nie miała powodu. Mogła znaleźć nowych przyjaciół, cieszyć się życiem, więc czemu? Trzęsącymi rękoma odpisałam jej.
Oczywiście, że możemy więcej gadać.
Myślę, że nie powinnaś jej zazdrościć,
tylko sama szukać swojego szczęścia.
Po kilku sekundach miałam już odpowiedź. Znalazła trzy nowe koleżanki, z którymi dobrze jej idzie dogadywanie się i ... bla bla bla. Dla mnie ważne było to, że nic jej nie było. Uśmiechnęłam się przez łzy. Czułam się jak ostatni śmieć.
Wstałam rano i nieprzytomnie spojrzałam na wyświetlacz telefonu. Wstałam i ziewając, poczłapałam do łazienki. Załatwiłam swoje potrzeby, przebrałam się w mundurek i stanęłam przed lustrem by umyć zęby. Kiedy miałam już usta pełne piany, spojrzałam w zwierciadło pierwszy raz tego dnia i od razu zamarłam. Zapomniałam. Zupełnie zapomniałam o swoich włosach. Jakoś poprzedniego wieczoru umknęło mi to. Niepoczesane po myciu robiły się kręcone i napuszone. Westchnęłam zrezygnowana. Wypłukałam usta i zabrałam się za czesanie siana, które udawało moje włosy. Szło opornie, ale w końcu udało mi się zlikwidować wszystkie kołtuny. Co wcale nie oznacza, że szopa na głowie się zmniejszyła. Co to, to nie. Była może nieco prostsza i mnie pokręcona, ale nadal wyglądałam jakby trafił mnie piorun.
Zarzuciłam torbę na ramię i zamknęłam puste mieszkanie na klucz.
-Hej - usłyszałam zza swoich pleców. Odwróciłam się przerażona, by po chwili odetchnąć z ulgą.
-Cześć Mat - powiedziałam i z wahaniem przytuliłam się do niego, gdy wyciągnął ramiona w moją stronę. Po chwili oderwaliśmy się od siebie i trajkocząc wesoło, zeszliśmy po schodach. Zabawnie było iść z kimś do szkoły i rozmawiając, śmiać się ze wszystkiego. Tak dobrze się bawiłam, że nie zauważyłam, kiedy dotarliśmy pod szkolną bramę.
-Dzięki, że mnie odprowadziłeś - uśmiechnęłam się. - O której dziś kończysz?
-Razem z treningiem tak koło 17.30 - wyszczerzył się.
-Ja też jakoś tak, to wpadnę do ciebie po lekcjach. Dobrze? - Mat kiwnął głową. Objął mnie szybko ramionami i odbiegł goniąc nadjeżdżający autobus. Pomachałam mu, kiedy siedział przyklejony do szyby.
-Masz chłopaka, a ja o tym nie wiem? - usłyszałam tuż przy swoim uchu. Odwróciłam się gwałtownie. Przede mną stała naburmuszona Nikki i uśmiechnięta od ucha do ucha Miriam.
-On nie jest moim chłopakiem - zaśmiałam się, witając je obie.
-To kim? - spytała podejrzliwie Miriam. Zawiesiłam się na chwilę. No właśnie. Kim on dla mnie jest TERAZ?
-Przyjacielem z dzieciństwa... tak jakby - mruknęłam, ale ożywiłam się chwilę potem, gdy Nikki spytała o przebieg rozmowy z Simonem. Opowiedziałam dziewczynom wszystko od początku do końca. W między czasie usiadłyśmy pod drzwiami wejściowymi do szkoły.
-Żartujesz! - zawołała miedzianowłosa. - Simon powiedział coś takiego? No nieźle... - szepnęła i spojrzała w niebo.
-Na co patrzysz? - spytałam zaciekawiona. Miriam odwróciła się w moją stronę. Z poważnym wyrazem twarzy położyła mi dłoń na ramieniu i zbliżyła się do mnie.
-Simon powiedział coś miłego z własnej woli, więc świat właśnie się skończył. Czekam aż przyleci meteoryt.
Zrobiłam minę przejechanej żaby.
...
Co ona wygaduje?
***
No.
To już koniec tegoż rozdziału.
Jeszcze raz pozdrawiam Patrycję i miłego piątku.
Trzymajcie się! ♥
Zarzuciłam torbę na ramię i zamknęłam puste mieszkanie na klucz.
-Hej - usłyszałam zza swoich pleców. Odwróciłam się przerażona, by po chwili odetchnąć z ulgą.
-Cześć Mat - powiedziałam i z wahaniem przytuliłam się do niego, gdy wyciągnął ramiona w moją stronę. Po chwili oderwaliśmy się od siebie i trajkocząc wesoło, zeszliśmy po schodach. Zabawnie było iść z kimś do szkoły i rozmawiając, śmiać się ze wszystkiego. Tak dobrze się bawiłam, że nie zauważyłam, kiedy dotarliśmy pod szkolną bramę.
-Dzięki, że mnie odprowadziłeś - uśmiechnęłam się. - O której dziś kończysz?
-Razem z treningiem tak koło 17.30 - wyszczerzył się.
-Ja też jakoś tak, to wpadnę do ciebie po lekcjach. Dobrze? - Mat kiwnął głową. Objął mnie szybko ramionami i odbiegł goniąc nadjeżdżający autobus. Pomachałam mu, kiedy siedział przyklejony do szyby.
-Masz chłopaka, a ja o tym nie wiem? - usłyszałam tuż przy swoim uchu. Odwróciłam się gwałtownie. Przede mną stała naburmuszona Nikki i uśmiechnięta od ucha do ucha Miriam.
-On nie jest moim chłopakiem - zaśmiałam się, witając je obie.
-To kim? - spytała podejrzliwie Miriam. Zawiesiłam się na chwilę. No właśnie. Kim on dla mnie jest TERAZ?
-Przyjacielem z dzieciństwa... tak jakby - mruknęłam, ale ożywiłam się chwilę potem, gdy Nikki spytała o przebieg rozmowy z Simonem. Opowiedziałam dziewczynom wszystko od początku do końca. W między czasie usiadłyśmy pod drzwiami wejściowymi do szkoły.
-Żartujesz! - zawołała miedzianowłosa. - Simon powiedział coś takiego? No nieźle... - szepnęła i spojrzała w niebo.
-Na co patrzysz? - spytałam zaciekawiona. Miriam odwróciła się w moją stronę. Z poważnym wyrazem twarzy położyła mi dłoń na ramieniu i zbliżyła się do mnie.
-Simon powiedział coś miłego z własnej woli, więc świat właśnie się skończył. Czekam aż przyleci meteoryt.
Zrobiłam minę przejechanej żaby.
...
Co ona wygaduje?
***
No.
To już koniec tegoż rozdziału.
Jeszcze raz pozdrawiam Patrycję i miłego piątku.
Trzymajcie się! ♥
Świetny rozdział, nie moge się doczekać kolejnego ;)
OdpowiedzUsuńA jak z tobą? trzymasz się tam jakoś? Jak coś to daj znać, chociaż pewnie już nie chcesz ze mną gadać.
Bye bye <3