niedziela, 18 maja 2014

Roz. 5

  czas na rozdział piąty PLB czyli jednej wielkiej komedii xD
teraz będzie troche bardzo o jedzeniu lolz xD
śmiechłam xD
nazwa rozdziału to 'jedzenie i wielkie depresje Daisy, które leczy jedząc' xD

***

  -Daisy! - zawołał Simon i podszedł do mnie niespiesznie. - Co tam? Znudziło ci się granie z tym czerwonowłosym dziwakiem? - spytał oplatając mnie ramieniem. Charlie spojrzał na mnie.
  -Czerwonowłosy dziwak? - zamyślił się na chwilę, by z nadal poważną miną znów spojrzeć na mnie. - Matthias? - pokiwałam głową.
  -Kogo nazywasz czerwonowłosym dziwakiem, ty dziecko szczęścia ty? - zawołał roześmiany Mat. Poczochrał włosy Charliego. - Witaj, panienko. To ten Simon, o którym mi mówiłeś?
  Niebieskooki pokiwał głową. Miriam odepchnęła Matthiasa i przytuliła Charliego, a raczej się na nim uwiesiła. 
  -Matthias Joplin. 16 lat, urodzony 2 sierpnia, 190 cm i 82 kg. Znak zodiaku : lew. Typ zawodnika Simona, choć dużo słabszy od niego - wyrecytowała, a czerwonowłosy zastygł.
  -Skąd ona...? - zająknął się. 
  -Miriam to królowa w zbieraniu informacji - powiedział z uśmiechem Oliver. Spojrzałam na Andy'ego, ale ten zajął się konsumpcją nowej paczki cukierków. Uwolniłam się z uścisku Simona i bez słowa skierowałam się do klatki schodowej. W mieszkaniu, mimo silnej chęci wmówienia sobie, że mam to wszystko gdzieś, podbiegłam do swojego pokoju i wyjrzałam przez okno, z którego rozciągał się widok na boisko. Miriam nadal kleiła się do Charliego, Ron gadał o czymś z Dominickiem, a Andy nadal coś jadł. Oliver został nagle otoczony wianuszkiem dziewczyn i rozdawał autografy. Mat i Simon dyskutowali o czymś zawzięcie. Nagle czerwonowłosy podniósł do góry pięść i już już miał uderzyć ciemnoskórego, gdy sam zgiął się w pół. Stanęłam na palcach i zobaczyłam Charliego wbijającego wyprostowane palce w bok Matthiasa. Parsknęłam śmiechem, kiedy Mat ścisnął czaszkę mniejszego chłopaka, po czym puszcza ją i idzie naburmuszony do domu. Zaczęłam się przeraźliwie śmiać. Trzęsłam się tak bardzo, że aż upadłam. Oparłam głowę o łóżko, a mina natychmiastowo mi zrzedła.
  -Czemu nie mogę odczuwać już przyjemności z grania w koszykówkę? Jaki jest w tym sens skoro nie czerpię z tego radości?! - wrzasnęłam czując pierwsze łzy napływające mi do oczu. Płakałam długo i intensywnie. Cicho i niewyraźnie szeptałam to jedno pytanie - Czemu nie mogę chcieć grać..?
  Rzuciłam się na łóżko i spojrzałam na zegarek. Płakałam przez przez bite cztery godziny. Głowa bolała mnie jak diabli, ale przemogłam się. Wstałam i chwiejąc się lekko poszłam do kuchni. Wzięłam pieniądze ze swojej skrytki i wyszłam z domu. Poszłam na najbliższy przystanek i czekałam. Zamierzałam zrobić coś czego nie robiłam już od bardzo dawna. 
  Siedząc w autobusie czułam na sobie wzrok tych wszystkich ludzi łamiących sobie głowy pytaniem 'czemu ona płakała?'. Gdyby ktoś mnie o to teraz zapytał, odpowiedziałabym, że z miłości... Do koszykówki, oczywiście.
  Wysiadłam przed bardzo znaną restauracją. Skierowałam swoje kroki w prawo od wejścia i przeszłam koło dużego okna odgradzającego mnie od wnętrza. Weszłam do knajpki usytuowanej obok i usiadłam na krześle. 
  -Siemka, Shiemi! -zawołałam do dziewczyny za ladą. Pomachała mi i podeszła tanecznym krokiem. 
  -Co podać? - spytała moja koleżanka z byłej drużyny. 
  -Dwa duże kebaby z sosem czosnkowym i wszystkimi dodatkami, hot-doga, a do tego dużą colę - wyrecytowałam jak z kartki. Dziewczyna spojrzała na mnie jakbym przybyła z Marsa i obwieściła, że zaraz ją zmacam. Po kilkusekundowym zatrzymaniu reakcji mózgu wreszcie dotarło do niej, że nie żartuję, więc powiedziała tylko, że od zawsze za dużo jem i poszła przekazać zamówienie dalej. Westchnęłam, kładąc głowę na stole. Miałam na wszystko tak wywalone, że kiedy usłyszałam szuranie krzesła stojącego naprzeciwko mnie, nawet nie raczyłam spojrzeć. Po kilku minutach poczułam zapach mojego kebaba, więc podniosłam leniwie głowę. W tym momencie Shiemi postawiła przede mną zamówione jedzenie.
  -Smacznego - powiedziała przyjaźnie i poklepała mnie po ramieniu. Ona też widziała, że coś jest ze mną nie tak.
  -Dzięki - mruknęłam biorąc do ręki gorącego hot-doga. Shiemi odeszła, a mi znów łzy napłynęły do oczu. Ugryzłam chrupką bułkę. - Czego chcesz, Charlie? - spytałam z pełną buzią.
  -Witam - powiedział ze stoickim spokojem.
  -No cześć... Co chcesz? - jęknęłam, przeżuwając kolejny kęs. Charlie wskazał na drzwi. Odwróciłam głowę i siłą powstrzymałam się od wyplucia przeżuwanego jedzenia. Przed witryną, na barierce odgradzającej chodnik od ulicy, siedział Andy. Wróciłam szybko do jedzenia. 
  -Siedzi tam już kilkanaście minut - powiedział blondyn popijając waniliowego shake'a. 
  -O masz - westchnęłam waląc się otwartą dłonią w czoło. Wstałam od stolika i podeszłam z tacą do lady. - Hej. Shiemi... Możesz mi to zapakować?
  -Jasne - uśmiechnęła się dziewczyna. Teraz przypomniałam sobie czemu tak bardzo ją lubiłam. nie przejmowała się niczym i cały czas była uśmiechnięta. Z takim nastawieniem pruła przez życie bez przeszkód. - Proszę - przerwała moje wspominki. Wygrzebałam z kieszeni portfel i położyłam na ladzie należne pieniądze.
  -Reszta dla ciebie - mruknęłam biorąc swoją torbę z jedzeniem. Ruszyłam do drzwi, ale zatrzymałam się gwałtownie. - Nie łaź tak za mną - warknęłam na Charliego, który prawie uderzył nosem o moje plecy.
  -Ale czemu? Naprawdę chcesz być sama? - spytał patrząc na mnie swoimi ogromnymi oczami z kolorze oceanu. Westchnęłam tylko i naciągnęłam kaptur na głowę. Pchnęłam drzwi, od razu skręcając w lewo. Andy wstał gwałtownie, więc przyspieszyłam. 
  -Charlie! - zawołał, a ja odetchnęłam z ulgą. Zwolniłam trochę i weszłam do sklepu ze słodyczami. 
  -Dzień dobry - powiedziałam zdejmując kaptur.
  -Cześć, cukiereczku  - zawołała Shane, biegnąc ku mnie. Jak wszystko co kobieta miała, ściany i wystrój jej sklepu był różowo - biały. W tym wypadku jednak te kolory pasowały. - Znowu w bluzie i spodenkach? Gdybyś była w obcisłych spodenkach i na przykład, w baseballówce, to rozumiem, ale...
  -Przepraszam, ale przyszłam tylko po słodycze i muszę wracać do domu - powiedziałam robiąc słodkie oczka. Zadziałało, jak zwykle. Kobieta wróciła za ladę ze słodkim uśmiechem. - Poproszę dużo kruchych ciastek z czekoladą, rurki z kremem i pół tego ciasta czekoladowego z waniliowym kremem. 
  Popatrzyła na mnie zdziwiona, ale podała mi słodycze, o które prosiłam. 
  -Idę jutro do chorej przyjaciółki - wyjaśniłam pogodnie. Twarz Shane rozchmurzyła się od razu. 
  -Pozdrów ją ode mnie - zawołała, kiedy zamykałam drzwi sklepu. Namierzyłam najbliższy park i poszłam w tamtą stronę. Usiadłam na ławce stojącej najbliżej placu zabaw i otworzyłam pierwszego, parującego jeszcze, kebaba. Pochłonęłam go w zastraszającym tempie. Zaraz potem w moim brzuchu pojawił się jeszcze drugi kebab i niedojedzony hot-dog. 
  -Jeszcze słodycze - jęknęłam przeciągając się. Ze smakiem spałaszowałam rurki z kremem i ciastka.
  -Kogo my tu mamy - usłyszałam drwiący głos nad swoją głową. Uniosłam wzrok i zadrżałam widząc swoją byłą koleżankę, Jeny. - Panna Odejdę z Drużyny, Bo Nie Chce Mi Się Grać... No, no... Pracujesz na to, żeby być tak gruba jak ta świnia, Vivienne? - spytała z jadem godnym żmii. Dziewczyna obok niej, Shay, zachichotała głupio. 
  -Viv jest śliczna, pasztecie - powiedziałam, opluwając dziewczyny przeżutymi ciastkami. Wstałam i spojrzałam na dwie debilki z góry. - Nie zapominaj, kto pomógł ci przestać być ofiarą, Jeny. Viv ci pomogła, a ty tak się jej odpłaciłaś... Jesteś zwykłą szmatą - syknęłam wyrzucając reklamówkę z pustymi opakowaniami do kosza. Torbę z ciastem nałożyłam na przedramię, narzuciłam kaptur na głowie. Odeszłam zostawiając osłupiałe dziewczyny same.
  W autobusie ludzie znów się na mnie gapili. Tym razem z innego powodu. Teraz po prostu jadłam ogromny kawałek ciasta małym, plastikowym widelczykiem. Uśmiechnęłam się.
  -I don't care. I love it - zanuciłam pod nosem. Wysiadłam z autobusu i zarzuciłam na ramię torbę z niedojedzonym ciastem. Poszłam do domu, przy okazji mijając boisko. 
  -Charlie! Mówiłem, żebyś wycelował! - oburzył się Mat. Zatrzymałam się w pół kroku. Zabawnie wyglądająca scena rozgrywała się na moich oczach. Blond włosy chłopak próbował dorzucić piłką do kosza, a czerwonowłosy cały czas poprawiał ustawienie jego kończyn. Prychnęłam cicho i skierowałam się do klatki schodowej. Weszłam do mieszkania z dziwnym przeczuciem, że zaraz chyba zwymiotuję na wysprzątany korytarz.
  -Daisy. Gdzie byłaś? - spytał ktoś w momencie, w którym przekraczając próg mieszkania, mało nie padłam na zawał. Ojciec powitał mnie groźnym spojrzeniem. Podniosłam do góry reklamówkę z ciastem, jakby to usprawiedliwiało wszystko co robię.
  -Poszłam po słodycze - mruknęłam pociągając nosem. W moich oczach znów zakręciły się łzy, kiedy przypomniałam sobie to przytłaczające uczucie tęsknoty. Tata zmienił nastawienie tak szybko, jak skarpetki latem.
  -Co się stało? Masz czerwone oczy! Płakałaś? Ktoś cię skrzywdził? - pytania sypały się jak z worka. Pokręciłam głową, a tata zamarł uświadamiając sobie straszną prawdę. - Masz kobiece dni? - wyszeptał. Pokiwałam głową, a on spanikował, jak za każdym razem zresztą. - Byłaś w szkole? Nie? To poczekaj. Zadzwonię do szkoły. Idź do salonu. Zaraz przyniosę kocyk, herbatkę i normalną łyżeczkę do tego ciasta.. - powiedział krzątając się po kuchni. Uśmiechnęłam się. Podeszłam do taty i przytuliłam go.
  -Kocham cię, wiesz? - powiedziałam i poszłam do toalety, zostawiając ciasto na stole. Odświeżyłam się i przebrana w piżamę, usiadłam przed telewizorem. Przełączyłam go na kanał sportowy. Prychnęłam zawiedziona. Piłka nożna. ZNOWU. Spojrzałam na zegarek. Zjadłam ciasto, wypiłam herbatę i jeszcze raz przeleciałam po kanałach, utwierdzając się w przekonaniu, że nic ciekawego nie przegapię. Poszłam do kuchni odnosząc naczynia i popędziłam do pokoju. Opatuliłam się kocem i czekałam. Po chwili w drzwiach zjawił się tata. Podszedł do łóżka, przykrył mnie kołdrą i cmoknął w czoło.
  -Dobranoc - szepnął, na co ja odburknęłam coś niezrozumiałego.
          Oto nasze normalne życie  pomyślałam, zasypiając zmęczona całym dniem.
*
Jest czarno, wszędzie czarno.
I nagle zrozumiałam.
Mam zamknięte oczy.
Nie mogę ich otworzyć.
Ktoś mnie prowadzi. 
Na torsie i udach czuję...
 Znajomy, chropowaty materiał.
Usłyszałam pisk butów.             
Usłyszałam uderzenie o tarczę. 
Usłyszałam świst siatki.            
Usłyszałam gwizdek.                 
Podałam komuś rękę.
Ktoś ją uścisnął.
Otworzyłam oczy.
Nareszcie.
Skoczyłam do góry...
Desperacko wyciągając rękę...
Próbując złapać piłkę...
I wreszcie poczułam się wolna.

*
  Obudziłam się wypoczęta jak nigdy. Uśmiechnęłam się szeroko, wyciągając ręce w górę. Wstałam, umyłam się i ubrałam, po czym poszłam do kuchni. Taty znów nie było, a na stole leżała jedna, pojedyncza kartka. 
                         Pojechałem do pracy. Nie będzie mnie kilka dni. Na ten czas, 
                         zamieszka z tobą Shane. Twoje kieszonkowe leżą tam, gdzie zawsze. 
                         Usprawiedliwiłem ci wszystkie nieobecności w szkole. Trzymaj się.
                                                                                                 Twój tatuś  ♥
  Zdrętwiałam, słysząc dzwonek do drzwi. Otworzyłam je, a za nimi stał różowy potwór z białą walizką. O zgrozo, uśmiechnął się do mnie.
  -Cześć, cukiereczku - zaszczebiotała, wchodząc. Odsunęłam się, robiąc przejście w drzwiach, po czym zatrzasnęłam je za Shane. 
  -Cześć - mruknęłam i skierowałam się do kuchni. Nasypałam do miski trochę płatków i zalałam je mlekiem. Musiałam zostawić sobie miejsce w żołądku na później. Kobieta zaniosła walizkę do pokoju ojca i wróciła do mnie. Akurat skończyłam jeść i szłam umyć zęby. Do tej czynności nałożyłam buty i poszłam po plecak. 
  -Nie przebierasz się z domowych ciuchów? - spytała zdziwiona Shane. 
  -Tak chodzę ubrana do szkoły - powiedziałam beznamiętnie. - A teraz wybacz, ale jeśli się nie pospieszę, to mogę spóźnić się na otwarcie nowej budki z kebabami - powiedziałam, po czym zamknęłam za sobą drzwi. Zbiegłam po schodach, ale przy wyjściu potknęłam się o własne nogi i wpadłam na czyjeś plecy.
  -Ale ty jesteś niezdarna - westchnął Mat odwracając się. Rozmasowałam bolący nos.
  -Praszam - mruknęłam mrużąc jedno oko. Skinęłam mu głową na pożegnanie i pobiegłam przed siebie.
  -Gdzie tak pędzisz? - zawołał za mną. 
  -Do fast fooda! - odkrzyknęłam, zwalniając na chwilę. Po kilku sekundach Mat biegł ze mną ramię w ramię. Dotarliśmy na miejsce bez większych problemów i stanęliśmy na końcu krótkiej kolejki.
  -Mało ludzi coś... - stwierdził rozglądając się po knajpce. Wytłumaczyłam mu, że niedawno została otwarta, więc nie przyjdzie tu od razu dużo ludu. Przed Matem stała tylko jedna osoba. Chciałam coś jeszcze powiedzieć, kiedy nagle...
  -Jeden duży kebab, colę i... czy twoje cycki są prawdziwe? - powiedział znajomy głos. Odruchowo zerknęłam na swój biust. 
  -Zaraz przyniosę zamówienie. Proszę iść do stolika - warknęła dziewczyna, zachowując ostatnie resztki spokoju jakie w sobie odnalazła. Kiedy chłopak odszedł, zaklęła cicho. Roześmiałam się.
  - Dlatego kocham chodzić do fast foodów - mruknęłam do siebie, wycierając łzę rozbawienia. Kiedy Mat zamówił pięć hamburgerów i colę, przyszła kolej na mnie. - Jeden duży kebab z sosem czosnkowym i mięsem ekstra, a do tego czekoladowy shake - powiedziałam. Dziewczyna uśmiechnęła się miło, powtarzając wyuczoną na pamięć formułkę. Podeszłam do stolika, przy którym Mat już zajął miejsce. 
  -Tak w ogóle - zaczął, kiedy odłożyłam plecak i z ulgą zwaliłam się na krzesło. - Nie powinnaś być w drodze do szkoły?
  -Nie, mamusiu. Mam na dziesiątą, więc luz - drugie zdanie wymruczałam, z niechęcią przypominając sobie powód wcześniejszego wyjścia z domu. - A ty? - zwróciłam się do chłopaka siedzącego naprzeciwko.
  -Ja mam na dziewiątą - zaśmiał się. Kiedy nasze jedzonko dotarło do stolika, kelnerka pochyliła się tak, że jej biust widać było z daleka. Prychnęłam cicho.
  -Co się stało? - spytał Mat, już przeżuwając kolejny kęs swojego żarełka. Kiwnęłam palcem, żeby przysunął się do mnie, co natychmiast uczynił. 
  -One na pewno są sztuczne - wyszeptałam, zmuszając się do opanowania wesołości. Mat prychnął, ledwo powstrzymując się od wybuchu śmiechu, jak i przed opluciem wszystkich przeżutym hamburgerem. 
  -Z czego się tak śmiejecie, gołąbeczki? - spytał ktoś, nagle wyrastając obok naszego stolika. Przysunął sobie krzesło i zwalił się na nie, jak ja wcześniej. 
  -Z wypchanego biustu kelnerki - prychnęłam, dusząc się ze śmiechu. Wzięłam do ręki swojego kebaba, który po chwili zniknął z moich dłoni.
  -Prawidłowo - mruknął Simon, wgryzając się w MOJE żarełko. 
  -Daisy? - zwrócił się do mnie Mat. Zagryzłam dolną wargę, by nie było widać jak bardzo drży. - Co się stało? Ej...
  Przerwałam mu, wstając gwałtownie. Wyrwałam jedzenie z rąk Simona z szerokim uśmiechem mówiącym 'potem cię znajdę i ubiję jak świnię' i wybiegłam z budki, zabierając swój plecak. 
  -Ej! Daj jeszcze gryza! - krzyknął za mną Simon, stojąc w drzwiach knajpki. Odwróciłam się, odkrzyknęłam z pełnymi ustami, że może sobie pomarzyć i popędziłam w kierunku szkoły. Kiedy zniknęłam z zasięgu wzroku chłopaków, zwolniłam i zjadłam swoje śniadanie do końca. Obejrzałam się. Nigdzie nie było widać żadnego z moich towarzyszy, więc cała w skowronkach przebiegłam przez jezdnię. Będąc blisko szkoły, przyspieszyłam kroku. Usłyszałam pisk butów i wesołe pokrzykiwania z sali gimnastycznej. Zaciekawiona, podeszłam do otwartych drzwi. W środku było coś koło dwudziestu ludzi i każdy coś robił, bez wyjątków. 
  W głębi sali dostrzegłam jak chłopak o ciemnych blond włosach kłaniał się przed czarnowłosym okularnikiem. Obu skądś kojarzyłam. Po chwili uświadomiłam sobie, że patrzę na Mike'a, mojego blond kolegę z klasy i dwa lata starszego kapitana szkolnej drużyny koszykówki, Adama. 
  -Przepraszam, przepraszam, przepraszam - powtarzał Mike z autentycznymi łzami w oczach. 
  -Przestań wreszcie - powiedział Adam, ale blondyn nie usłyszał go i nadal przepraszał. Westchnęłam cicho i wtargnęłam na salę gimnastyczną. Przekraczając linię wyznaczającą początek boiska, usłyszałam wkurzone pomruki. Grali mecz, a ja tego nie zauważyłam. Ups. No cóż. Jak się powiedziało A, to trzeba powiedzieć B. Nie zważając na krzyczących chłopaków, szłam przez środek boiska. Nagle z boku nadleciała piłka.
  -Uważaj! - krzyknął ktoś. Zatrzymałam się i w ostatniej chwili wyciągnęłam rękę w bok. Bez mrugnięcia okiem zatrzymałam nadlatującą piłkę, która po chwili opadła na ziemię. Podniosłam ją i odrzuciłam w kierunku, którego nadleciała. Poprawiłam plecak wiszący mi na ramieniu i kontynuowałam swój marsz ku końcowi sali. Tym razem obyło się bez pomruków. Było cicho. Nawet starszy o rok, zazwyczaj wrzeszczący zastępca kapitana Drake, stał spokojnie, patrząc na mnie. Podeszłam do kapitana drużyny, Adama, i skinęłam mu głową na powitanie. Odwróciłam się do bojaźliwego Mike'a.
  -Chodź ze mną na chwilę - powiedziałam, łapiąc go za przedramię i ciągnąc z powrotem przez środek sali. Puściłam do dopiero za drzwiami. Nachyliłam się lekko nad mniejszym chłopakiem. - Czy Simon chodzi na treningi?
  -Nie - Mike potrząsnął głową, kuląc się w sobie. O nie. Wyprostowałam się, gdy zobaczyłam w jego oczach świeże łzy. Nie. Tylko nie to. Nie. Nie zacznij przepraszać. Nie. Nie. NIE. SŁYSZYSZ MOJE MYŚLI? Mówię. Że. Masz. Nie. Przepraszać. - Przepraszam - no i cały misterny plan poszedł w.. - Przepraszam, powinienem być bardziej stanowczy i go tu ściągnąć. Przepraszam - jęczał. Machnęłam ręką i wiedząc, że nic więcej z niego nie wydobędę, pchnęłam go z powrotem na salę. Wzięłam głęboki oddech i wypuściłam powietrze przez zaciśnięte zęby. Spojrzałam na salę, znów pełną rozbawionych okrzyków ludzi. Coś ścisnęło mnie za serce. Pogłaskałam drzwi sali gimnastycznej, ku zdziwieniu kilku chłopaków. Miałam ochotę im powiedzieć, czemu to zrobiłam, ale po co? Odeszłam stamtąd powłócząc nogami, które nagle stały się ciężkie jak ołów. Ledwo mogłam je unieść, kiedy pokonywałam kolejne stopnie schodów prowadzące na drugie piętro szkoły. Będąc już pod swoją salą, rzuciłam plecak pod drzwi. Opadłam na ziemię kilka centymetrów od swojego tornistra, opierając się plecami o ścianę. Wyjęłam komórkę i odblokowując ją, rozplątałam słuchawki. Podłączyłam je do telefonu, włożyłam do uszu i włączyłam najgłośniejszą piosenkę jaką miałam. Westchnęłam głęboko, zamykając oczy i odchylając głowę do tyłu. Podczas gdy w głowie zaczynało mi przyjemnie szumieć od muzyki, poczułam w ręku lekkie wibracje. Odczytałam SMS-a od Alice mieszkającej 150 kilometrów od mojego miasta. Uśmiechnęłam się, czytając jej obawy o mnie. Mimo, że poznałyśmy się przez chat, martwi się o mnie bardziej niż ludzie, których znam na żywo. Odpisałam jej, że nie ma się czym martwić, jestem względnie silna i dam sobie radę. Kliknęłam przycisk 'wyślij'. Uśmiech mi zrzedł. Nie byłam silna. Nie teraz. 
  Mimo słuchawek w uszach, usłyszałam jak ktoś wchodzi po schodach. To dziwne, wiem, ale to nie tak, że to słyszę. To jest, takie jakby przeczucie. No nieważne. Podniosłam głowę i już miałam dość szkoły na cały dzień. Westchnęłam zrezygnowana. Simon usiadł naprzeciwko mnie, pod oknem i zaczął mlaskać, wgryzając się w swoją kanapkę. Przymknęłam oczy, chcąc bezkarnie wpatrywać się w chłopaka. Wyglądałam jakbym chciała spać, zniknąć, ukryć się, ewentualnie zapaść pod ziemię, ale tak nie było. Taka szalona. Simon gapił się na mnie, przeżuwając ostatni gryz kanapki. Wstał i nagle zjawił się koło mnie, dotykając mojego kolana. Poderwałam głowę do góry, wyrywając słuchawki z uszu.
  -Ooo. To dlatego nie odpowiadałaś. Myślałem, że nadal jesteś zła za tego kebaba - mruknął, siadając obok mnie. Wbiłam wzrok w szare niebo za oknem.
  - Bo jestem - warknęłam nadymając policzki. Simon zaśmiał się, ale chwilę potem przybrał poważny wyraz twarzy.
  -Jaką masz pierwszą lekcję? - spytał wstając i zarzucając plecak na ramię.
  -Fizykę - jęknęłam, oplatając ramionami kolana.
  -Ja matmę. Idziesz? - spytał, wskazując schody na dach. Kiwnęłam głową i wstałam. Podskoczyłam, kiedy nad moją głową niespodziewanie rozbrzmiał dzwonek na przerwę. Simon puścił się biegiem na dach, a ja popędziłam za nim. Wyprzedziłam go i wypadłam za drzwi. On wbiegł zaraz za mną i zamknął nas na klucz. Wpięliśmy się na daszek nad drzwiami i tam położyliśmy się patrząc w jaśniejące niebo. Po kilku minutach usłyszeliśmy jak ktoś przekręca klucz w zamku i wchodzi przez drzwi głośno tupiąc. Nie obeszłoby mnie to, gdyby ta osoba nie wchodziła właśnie do naszej kryjówki. Po chwili przed nami, w lekkim rozkroku stanęła Miriam. Simon westchnął przeciągle, podnosząc się na łokciach.
  -Simon! - powiedziała zgorszona, jakby przyłapała nas na nie wiadomo czym. - Czemu nie było cię na spotkaniu drużyny?!
  -Miriam. Przestań. Ja tu odsypiam noc przy grach wideo - mruknął, znów kładąc się na wznak z rękami pod głową.
  -Simon - powiedziała dobitnie. - Dziś idziemy oglądać mecz między Oliverem i Charlie'm.
  -Nie chce mi się - jęknął, po czym zaczął chrapać. Zaśmiałam się. Nie powiem, jest szybki.
  -Zawsze taki jest - warknęła Miriam, jakby czytała mi w myślach. Skierowała swój przeszywający wzrok na mnie. - Pójdziesz ze mną? Trochę dziwnie tak iść samej.
  -Boisz się? - spytałam wstając.
  -Tak. Boję się - burknęła zawstydzona. Wzięłyśmy swoje plecaki i wyszłyśmy ze szkoły. Nie wiem jak dziewczynie udało się zdobyć pozwolenie na wyjście w trakcie zajęć, ale lubiłam ją coraz bardziej. Siedząc już w autobusie nie rozmawiałyśmy za dużo, podziwiając widoki za oknem. A było co oglądać, wszystko było pięknie oświetlone porannym słońcem. Nawet nie zauważyłam kiedy dojechałyśmy do liceum M. Weszłyśmy na salę zaraz po gwizdku. Wytrzeszczyłam oczy widząc Mata wyskakującego po piłkę. Na boisku był także Charlie, Rick, Jules i Alex. Spojrzałam na Olivera. Właśnie dostał piłkę od swoich kolegów i pędził na swój kosz, mijając przy okazji czterech zawodników Liceum K. Pod koszem dorwał go Mat. Wyskoczył w górę i wybił blondynowi piłkę, która wyleciała za boisko i podskakując dotoczyła się pod moje nogi. Podniosłam ją i podałam sędziemu. Alex przechwycił ją zaraz po podaniu i przekozłował na swoją połowę. Zatrzymał się gwałtownie i rozejrzał po sali. Podał do Mata, a ten zrobił wsad. Usłyszałam trzask, a chwilę potem cała sala zamarła. Czerwonowłosy runął na ziemię trzymając w dłoni obręcz kosza.
  -On ją wyrwał? Dobrze widziałam? - szepnęłam, ale Miriam westchnęła, by po chwili wymruczeć, że podobną sytuację miała z Simonem przed końcem gimnazjum. Odrzuciła włosy do tyłu. Spojrzałam na nią, co nie było dobrym pomysłem, bo w tym momencie narobiłam sobie kompleksów.
  Grę wznowiono na całej sali, zamiast na jej połowie. Nagle piłka zniknęła za jednym z chłopaków i wyleciała zza niego o wiele szybciej. Chłopak ruszył się, a ja dostrzegłam Charliego poprawiającego stabilizator na nadgarstku. Jego podanie dosięgło Julesa, a ten rzucił sprzed linii za trzy punkty. Wstrzymałam oddech, kiedy piłka wirowała w powietrzu, by po chwili wpaść w siatkę.
  Mecz z początku był niemrawy, ale kiedy na początku czwartej kwarty Mat zgrał się z resztą drużyny, grali na zupełnie innym poziomie. Oczywiście Oliver nie pozostawał dłużny. Spojrzałam na zegar. Zostało 12 sekund do końca, a liceum K przegrywało 1 punktem. Zagryzłam wargę. Muszą coś zrobić. Muszą wygrać. Znów skierowałam swoją uwagę na boisko. Charlie mówił coś do Mata, a ten pokiwał głową. Przez chwilę zdawało mi się, że w jego oczach widzę tańczące płomienie.
  Jules wyrzucał spod kosza. Podał do Alexa. Ten przekroczył połowę. Zostało 8 sekund. Myślałam, że serce wyskoczy mi z piersi. Podanie do Charliego. Czekałam na kolejne, ledwo widoczne podanie, ale się go nie doczekałam. Blondyn pędził na Olivera. Sam. On jeden. Co on próbuje osiągnąć? Metr sześćdziesiątpare Charliego kontra metr osiemdziesiątkilka Olivera. Westchnęłam zrezygnowana. Zostało 5 sekund.
  -To koniec - szepnęłam chcąc wyjść, ale Miriam złapała mnie za ramię i siłą zmusiła do patrzenia na boisko.
  -Nie doceniasz ich - oskarżyła mnie trzymając dłonią moją twarz skierowaną ku boisku. Spojrzałam już samodzielnie w tamtą stronę. Zostały 2 sekundy. Charlie rzucił. Nie trafi. Byłam tego pewna. Nagle, nie wiadomo skąd, wybiegł Mat. Wybił się w górę i dłonią złapał odbijającą się od obręczy piłkę. Napiął mięśnie i wsadził ją w siatkę w momencie sygnału kończącego mecz.
  -Mówiłam - szepnęłam Miriam, podpierając wierzchem dłoni moją szczękę, żeby ta ze zdziwienia, nie opadła jeszcze niżej. Liceum K wygrało w widowiskowym stylu. Oliver stał dalej w miejscu, nie mogąc uwierzyć w porażkę. Spojrzałam na cieszących się z wygranej chłopaków z drużyny Charliego. Coś przykuło moją uwagę pod przeciwległą ścianą sali. Z cienia ktoś wpatrywał się w Mata morderczym wzrokiem. Dostałam niekontrolowanych dreszczy. Znałam to spojrzenie. Mordercze, sadystyczne i pełne nienawiści do każdego człowieka na powierzchni Ziemi. Spojrzenie, które mogła posiadać tylko jedna osoba.
  -Vivienne - szepnęłam zaciskając pięści.

***

to jest już koniec lol
połączyłam 5 i 6 rozdział, bo sam 5 był trochę za krótki. xD
to tyle na dziś.
miłego dnia ;3

1 komentarz: