piątek, 7 lutego 2014

Roz.3

coś tak patrzę, że nikt tego nie czyta :<
czemu? ;_;
może i akcja zaczyna się dopiero w 4 rozdziale, ale cóż..
CZEMU NIKT TEGO NIE CZYTA?! ;_;
czuję się opuszczona ;_;

***

  Cały dzień siedziałam w gabinecie pielęgniarki z na zmianę mnie pilnującymi, Nikki i Simonem. Potem moja przyjaciółka odprowadziła mnie na posterunek. Pożegnałyśmy się przed drzwiami, a kiedy przekroczyłam próg komisariatu, dopadł do mnie ten sam policjant, który wczoraj ze mną rozmawiał.
  -Dobrze, że jesteś. Słuchaj. Musisz szybko złożyć zeznania, bo będzie za późno - wyszeptał ciągnąc mnie do sali przesłuchań. Powiedziałam z wieloma szczegółami co zrobił mi mój trener, a policjant zamiast notować, patrzył na mnie za współczuciem. Kiedy zwróciłam na to uwagę, powiedział, że wszystko co mówię, jest nagrywane. Wtedy kiwnęłam głową, dając znak, że to wszystko co miałam do powiedzenia w tej sprawie.
  -Dobrze.. Przesłuchałem dziś wiele ofiar tego dupka, ale tylko ty wydajesz się... No nie wiem. Wydajesz się silniejsza, jakby to co ci zrobił było snem, który cię wzmocnił - powiedział policjant, kiedy wyszliśmy z sali przesłuchań.
  -Dla mnie to tylko koszmar - westchnęłam zaczesując palcami grzywkę do góry.
  -Jeszcze jedno.. - zatrzymał mnie policjant, kiedy ruszyłam do wyjścia. - On próbował uciec. ktoś go złapał niedaleko komendy, ale wymierzył mu własną sprawiedliwość. Jedno jest pewne. ten gwałciciel nie wstanie z wózka do końca życia - mruknął do mnie i puścił mój rękaw. Uśmiechnęłam się. Odwracając się miałam wrażenie, że mignęły mi takie same włosy jak w moim śnie. Po kilku sekundach machnęłam na to ręką i poszłam do domu. Stojąc pod drzwiami do mieszkania grzebałam w torbie coraz bardziej nerwowo. W końcu kopnęłam w drzwi i usiadłam na schodach. Schowałam twarz w dłoniach i cicho rzucałam każdym przekleństwem jakie przyszło mi do głowy pod adresem taty, który wspaniałomyślnie wyjął moje klucze z torby szkolnej. Odblokowałam komórkę z zamiarem zadzwonienia do Nikki, ale wyświetlacz błysnął tylko na niebiesko, pokazał kilka razy czerwoną baterię i zrobił się czarny. Rzuciłam komórką  ścianę obok moich drzwi i schowałam twarz w ramionach. Nagle usłyszałam kilka par nóg wychodzących z windy.
  -Cholera... Ciężkie - usłyszałam przeciągły jęk i uderzenie trzech kartonów na podłogę, a moim oczom ukazał się czerwonowłosy chłopak w skórzanej kurtce i za dużych dżinsach. Na szyi miał zawieszone słuchawki, a w kartonie pod jego nogami leżała piłka do koszykówce.
  -Sami sportowcy naokoło - mruknęłam podnosząc się. Chłopak odwrócił się w moją stronę ze zdziwieniem w oczach. - Cześć - podniosłam do góry dłoń.
  -Cześć - powiedział niemrawo. Podniosłam swoją komórkę, złożyłam w całość i włożyłam do plecaka. Naokoło czerwonowłosego stało jeszcze kilku chłopaków. Jeden był w różowej koszulce, drugi miał okulary, trzeci zamiast włosów miał jakby tlenione siano, a czwarty nie wyróżniał się niczym.
  -Znacie się? - spytał okularnik zdziwiony poprawiając okulary. Czerwonowłosy pokręcił głową.
  -Nigdy go nie widziała - potwierdziłam.
  -Więc czemu..? - spytał nie wyróżniający się człowiek.
  -Każdy kto gra w kosza  jest moim kumplem - powiedziałam uśmiechając się i podchodząc do chłopaków. - Mogę zadzwonić? - wskazałam na komórkę chłopaka w różowej koszulce.
  -Jasne - powiedział podając mi telefon.
  -Rick! - zbeształ go okularnik. - Ledwo ją znasz..
  -Spokojnie Jules. Chce, to niech dzwoni. Co ci to przeszkadza? - powiedział domniemany Rick z uśmiechem. Przyjęłam komórkę z wdzięcznością i wystukałam numer ojca. Po trzech sygnałach, wreszcie odebrał.
  -CZEŚĆ, TATO - powiedziałam dobitnie przez zaciśnięte zęby.
  -Daisy? Co tam? - spytał. Słyszałam wyraźnie jego uśmiech. Słyszałam wyraźnie grającą w tle muzykę. Słyszałam śmiech. Słyszałam uderzanie kieliszków i szklanych butelek.. Słyszałam też ten kobiecy głos należący do dziewczyny ojca.
  -Nie zostawiłeś mi kluczy - powiedziałam czując napływający smutek. Jeszcze chwila, a załamie mi się głos. Serce rozrywało mi się na miliony kawałków.
  -Och..  Nie możesz przenocować u Nikki? Nie wrócę wcześniej niż o.. czwartej - powiedział. Zająknął się przy wyborze godziny.. To znaczyło, że wróci później.
  -Dobra.. Cześć. I nie dzwoń pod ten numer - powiedziałam szybko i rozłączyłam się oddając telefon. - Dziękuję za użyczenie komórki. A teraz wybaczcie..
  -Czekaj! - zawołał czerwonowłosy. Zatrzymałam się przy swoich drzwiach i podniosłam plecak. Podeszłam z powrotem do grupki chłopaków. - Będę tu teraz mieszkać, więc może się przedstawię. Jestem Matthias Joplin.
  -Daisy Andrews. Miło mi cię poznać, Mat - uśmiechnęłam się.
  -Rick McCornick - chłopak w różowej koszulce podał mi rękę.
  -Jestem Alex Buck - powiedział chłopak nie wyróżniający się. Okularnik westchnął poprawiając okulary środkowym palcem.
  -Jules Marinelli - mruknął, a ja uśmiechnęłam się promiennie.
  -A ty? - spytałam tlenionego blondyna. Zaskoczony podniósł głowę. Był niski. Koło metra sześćdziesiąt wzrostu. Miał duże, niebieskie oczy... Ich kolor przywiódł mi na myśl bezkresny ocean.
  -Charlie Strangberg - powiedział monotonnym głosem.
  -Miło mi, ale muszę lecieć. Narka - pomachałam chłopakom zostawiając ich samych. W rzeczywistości zostałam w tym bloku, tyle że piętro niżej. Łzy smutku dławiły mój ogień wściekłości.. Kurde.. Nadaję się na poetkę, nie ma co. Ale wracając do tematu. Jak ojciec może umawiać się z tą kobietą, Shane? Przecież mama zmarła nie dalej niż rok temu, w listopadzie.
  Walnęłam sama siebie po twarzy aż rozeszło się echo plasku. Przekopałam tornister i w końcu znalazłam to czego szukałam. Poszłam na górę, kucnęłam pod drzwiami i zaczęłam szperać wsuwką w dziurce od klucza. Po kilku sekundach zamek kliknął cichutko i drzwi stanęły przede mną otworem. Zadowolona z siebie weszłam do środka z zamiarem zapicia smutków.
  Rzuciłam plecak w kąt pokoju i nie zatrzymując się ani na chwilę podeszłam do barku. Otworzyłam go zamaszyście wyjęłam z niego półtora litra wiśniowej nalewki. Postawiłam ją na stole i poszłam po szklankę do kuchni. Po drodze zgarnęłam też laptop i tak uzbrojona zasiadłam w swoim pokoju zamknięta na klucz od wewnątrz. Zalogowałam się na komunikator i zadzwoniłam do Bas-life.
  -Heja. Co tam? - spytała, między potężnymi łykami wiśniówki.
  -Nic specjalnego. Dziś skończyłem rozpakowywać rzeczy w nowym mieszkaniu - zaśmiał się wesoło. - A jak u ciebie? Słyszę, że nie najlepiej...
  Chlipnęłam już enty raz kiedy nalałam sobie trzecią szklankę wiśniówki.
  -Hej.. Mieszkam niedaleko ciebie, nie? Jesteśmy w tym samym mieście. Przyjść do ciebie? - spytał spokojnie. Zaprzeczyłam. Odechciało mi się gadać. Muszę kogoś przytulić... Teraz, zaraz, bo inaczej się rozpadnę.
  -Pogadajmy jutro - powiedziałam chlipiąc jeszcze mocniej. Wlewałam w siebie alkohol całymi szklankami. Szła jedna butelka po drugiej. Kiedy byłam już w połowie trzeciej mocno kręciło mi się w głowie. otworzyłam laptopa. Było mi naprawdę źle. Nikki już pewnie śpi. Poza tym, po ostatnim pobycie u mnie miała niezły opieprz. Nie przyjdzie. Haha. Biedna ja. Wstukałam swój adres i wysłałam do Bas-life. Potem napisałam "Czekam." i puściłam się biegiem do łazienki. Uklękłam z biegu przed kiblem i zwróciłam wszystko co dziś jadłam. Ktoś zapukał do drzwi. Nie mogłam wstać. Nogi mi drżały, cały czas wymiotowałam. Łzy rozlały się po mojej twarzy. Znów zwymiotowałam. Poczułam się lepiej. W tym momencie usłyszałam trzask drzwi. Ktoś szybkim krokiem przemierzył korytarz i wpadł do łazienki. Ukląkł obok mnie i zaczął głaskać moje plecy.
  -Wszystko będzie dobrze. Dawaj.. Zwróć wszystko. Poczujesz się lepiej - szeptał trzymając moje włosy. Rzeczywiście. Po jeszcze kilku razach poczułam się na tyle dobrze, że sama umyłam zęby i napiłam się wody. Spojrzałam na kogoś kto przyszedł do mojego mieszkania. Zamarłam. W drzwiach mojego mieszkania stanął nagle zdyszany chłopak z komisariatu, a w ramionach trzymał mnie Mat. Tylko teraz... Który to który? Zanim zdążyłam chociażby pomyśleć, zrobiło mi się czarno przed oczami i odpłynęłam w niebyt.

***

NO.
starczy.
tego.
dobrego.
czwarty rozdział jest fajniejszy ;_;
ciiicho. nie wiedzieliście.
a może by tak ktos coś skomentował, co?
ej.
kocham was <3

poniedziałek, 3 lutego 2014

Roz. 2

  Obudziłam się wcześnie rano. Podniosłam się do pozycji siedzącej i przecierając zaspane oczy wspominałam piękny sen, co było dziwne, bo od roku śniły się tylko koszmary.
  Mój dzisiejszy sen był o meczu koszykówki rozgrywającym się w kinie i na terenie całej galerii handlowej. Biegałam po całym budynku kozłując piłkę i śmiejąc się głośno. Kiedy usiadłam na ławce chcąc odpocząć, zobaczyłam ciemnoskórego chłopaka w barwach najsilniejszej z gimnazjalnych drużyn. Wtedy zrozumiałam, że to on, as drużyny koszykówki z gimnazjum imienia św. Marii. Siedział sam, smutny z piłką w rękach. Podeszłam do niego i wyrwałam mu piłkę, a potem wzięłam chłopaka pod rękę i poprowadziłam przez galerię pełną kozłujących i rzucających do koszy dzieciaków. Pokazywałam mu ich uśmiech i kazałam, że on też zaczął się śmiać. Podałam mu piłkę, a on rozpromienił się jak dziecko, które dostało wyczekiwaną zabawkę. Przytulił piłkę, splótł swoje palce z moimi i pociągnął mnie za sobą. Otworzył jedne z drzwi, a za nimi była ogromna hala sportowa wypełniona ludźmi. Mocniej ścisnął moją dłoń i zaczął się przepychać między nastolatkami w strojach różnych drużyn. Kiedy byliśmy w połowie sali, jego ręka wyśliznęła mi się. Zaczęłam się rozglądać, ale jedynymi, którzy mnie otaczali, byli chłopak z komisariatu i nieznany mi, czerwonowłosy z czarnym kolczykiem w wardze. Przez chwilę stałam w miejscu, ale otoczyli mnie ciaśniej. Złapali mnie za ręce. Zaczęli się kłócić ciągnąc mnie to w jedną to w drugą stronę. Czułam, że oddalam się od podwyższenia znajdującego się na drugim końcu sali, na której stał ciemnoskóry chłopak. Zaczęłam się wyrywać, przepychać i rozpychać łokciami. Nagle wpadłam w tłum dziewczyn. Też były ubrane w stroje koszykarskie i próbowały mnie zatrzymać, ale torowałam sobie drogę z jedną myślą w głowie. Muszę wygrać najpierw se sobą. Dopiero wtedy mogą myśleć o zmierzeniu się z innymi. Uśmiechnęłam się słysząc znajomy okrzyk. Pobiegłam w tamtą stronę. Znalazłam swoją drużynę. Każda miała na sobie barwy naszego liceum. Uściskałam wszystkich, łącznie z nowym trenerem niewiele starszym od nas. Wszyscy razem zaczęliśmy się przepychać między innymi drużynami. Usłyszałam krzyk. Nikki, która była bez stroju, upadła. Reszta pędziła dalej, ale ja wróciłam do swojej przyjaciółki. Pomogłam jej wstać i razem z nią przepchałam się ponownie na sam początek mojej drużyny. Byliśmy już blisko, kiedy nagle ktoś podstawił mi nogę. Walnęłam twarzą o podłogę. Rozmasowując bolący nos spojrzałam w górę. Zobaczyłam swoją najlepszą przyjaciółkę, Vivienne. Obok niej stałam ja z trzeciej klasy gimnazjum. Byłam zapłakana i roztrzęsiona. Cały czas coś szeptałam. Wyciągnęłam rękę. Chciałam, że któraś ze stojących dziewczyn mi pomogła, ale one mnie nie widziały. Viv była zajęta pocieszaniem płaczącej wersji mnie. Wtedy zrozumiałam, że jestem zbyt słaba. Nie umiem pomóc nawet sobie. Kiedy prawie się poddałam, przed swoimi oczami zobaczyłam dłoń. Przede mną stała Nikki, cała drużyna, chłopak mi nieznany, siostrzeniec policjanta i mój tata. Wszyscy, uśmiechając się, wyciągali do mnie ręce. Złapałam ich, a oni wyciągnęli mnie na powierzchnię całego tłumu i znów postawili na samym przedzie. Wzięłam głęboki wdech i spojrzałam przed siebie. Stały tam wysokie dziewczyny, a między nimi była Viv. Razem z innymi ludźmi ze swojej drużyny, tarasowała  nam drogę.
  -We never, never, never! - krzyknęłam do swojej druzyny.
  -We never give up! - odkrzyknęły dziewczyny i z rozpędu wbiłyśmy się w wysokie zawodniczki. potrzebowaliśmy dwudziestu trzech minut, żeby się przedostać, ale potem wszystko szło gładko. Do podwyższenia zostało kilka metrów. Podeszłyśmy do niego spokojnie, jakby nie wierząc w swoją wygraną. Spojrzałam w górę, ale ciemnoskórego chłopaka tam nie było. Rozejrzałam się po sali. Chłopak stał obok mnie i trzymał moją rękę. Zorientowałam się, że złapał mnie za nią już jakiś czas temu. Jego drużyna wyciągała do niego ręce. Wszedł z powrotem na podwyższenie ciągnąc mnie za sobą. Reszta drużyny wskoczyła za mną. Zepchnęłyśmy dziewczyny w biało-czarnych strojach i zebrałyśmy wiwaty. Ciemnoskóry podniósł mnie do góry i, co niespodziewane, pocałował mnie. W tym momencie się obudziłam.
  Nadal siedząc na łóżku spojrzałam na zegarek i poderwałam się do góry, widząc, że jest pięć minut po siódmej.
  -Tato! Czemu mnie nie obudziłeś? - krzyknęłam wciągając na tyłek legginsy, a na to za dużą spódnicę. Zapinając o wiele za dużą koszulę, wpadłam do kuchni.
  -Przecież miałaś nie iść dziś do szkoły - zdziwił się, kiedy na szybko napiłam się mleka. Wzruszyłam ramionami i nałożyłam buty na nogi. Poprzedniego wieczoru zostawiłam je w kuchni, kiedy tata robił frytki według jego przepisu. Były boskie.
  Złapałam plecak i wybiegłam z domu. Wpadając do klasy, spojrzałam na zegar. Za pięć minut dzwonek. Westchnęłam głęboko, próbując uspokoić serce, które nadal biło szybciej niż powinno.
  -Mogłam nie śpieszyć się tok bardzo. ledwo żyję. Bez rozciągnięcia się, musiałam pędzić jak najszybciej umiałam - wyżalałam się Nikki na pierwszej lekcji.
  -Oj, przestań jęczeć. Ten chłopak, Simon, dziś też cię szukał. Przed lekcjami - szeptała rozweselona. - Zebrałam o nim trochę informacji. Masz - powiedziała, podsuwając mi kartę pod zeszyt.
  -Dzięki, ale...
  -Może teraz niech panienka Nicole przeczyta dalszy tekst - powiedziała rozzłoszczona nauczycielka marszcząc nos, który teraz wyglądał jak pomarszczony kartofel. Klasa zachichotała, myśląc, że Nikki ma przewalona, jednak kilku ludzi z naszego gimnazjum porozumieli się wzrokiem, który wyrażał tle co "Nie lekceważcie na". Nikki wstała, wzięła nieotwartą książkę do ręki i jednym ruchem otworzyła ją  na stronie, którą nauczycielka przed chwilą czytała. Przesunęła palcem po linijkach szukając tej właściwej i po kilku sekundach zaczęła czytać francuski tekst z nienaganną wymową. Kiedy skończyła, usiadła z powrotem na krześle i jakby nigdy nic dalej zaczęła trajkotać o swoich odczuciach co do Simona. Nieugięta nauczycielka chciała nas udupić, więc tym razem do odpowiedzi wzięła mnie.
  -Panno Andrews - zaczęła, kiedy wstałam przeczuwając najgorsze. - Proszę opowiedzieć co przeczytała pani koleżanka - odetchnęłam z ulgą i zaczęłam wybijać rytm nogą. -Co to ma znaczyć?! Zachowuj się!
  -Czytała tekst o miłości i zdradzie. Główna bohaterka kocha brata swego narzeczonego, ale jest zbyt przerażona sadystycznymi zapędami swojego przyszłego męża, więc jej szwagier, zostaje jej kochankiem i uciekają z Paryża. W końcu po długiej tułaczce kobieta umiera wskutek przemęczenia, a jej kochanek odbiera sobie życie* - wyrecytowałam jak z kartki. Po francusku zresztą, co załatwiło mi i Nikki nietykalność na następne trzy lekcje. Klasa milczała, kiedy siadałam w ławce. Przybiłam z Nikką piątkę i wyciągnęłam spod zeszytu kartkę od przyjaciółki.

Simon Blake 
16 lat
urodziny : 31 sierpnia
znak zodiaku : panna
ulubione żarło : steki, kebaby, ogólnie fast food i mięsko
nienawidzi : warzyw, przegrywać i ludzi, którzy się poddają
lubi : duże piersi, leniuchować, duże piersi, słuchać muzyki, duże piersi, jeść i duże piersi
kocha : koszykówkę, Rosy i koszykówkę Rosy
Był w drużynie gimnazjum św. Marii (tak, tej św. Marii, niepokonanym gimnazjum)
Zniknął trzy miesiące przed wakacjami z powodu kontuzji łokcia.
Na jego drzwiach wisi zdjęcie Rosy z jej ostatniego, wygranego meczu. Czci je jak boga.

  Spojrzałam speszona na Nikki, która tylko uśmiechała się wesoło.
  -Psychopata? - spytałam z powątpiewaniem w głosie. Przyjaciółka pokręciła głową.
  -W pewnym sensie tak, ale każdy kochał ciebie jako Rosy. Dzięki tobie więcej dziewczyn zaczęło grać w kosza - szepnęła, ale zawahała się na moment. Spojrzała na moje legginsy, za dużą koszulę i rozczochrane, pofarbowane na czarno włosy. - Chociaż nie. Dzięki Rosy, nie dzięki tobie..
  Zaśmiałam się cicho. Przypomniałam sobie czemu przestałam być Rosy, niepokonaną dziewczyną, która czciła koszykówkę.
  -Nie przejmuj się. Powiedziałaś, że go przymknęli, nie? - szepnęła Nikki głaszcząc mnie po plecach, kiedy ja drżałam już na całym ciele. - Sukinsyn nigdy więcej nie będzie trenerem, a już na pewno nie twoim. Jeśli coś to moja wina. Powinnam wtedy zostać, nie iść po te durne słupki - szepnęła zaciskając pięści. 
  -Proszę pani - powiedziałam wstając tak gwałtownie, że krzesło się przewróciło. - Idę do toalety. Źle się czuję - to mówiąc wybiegłam z sali i popędziłam do łazienki. Po drodze spotkałam ciemnoskórego chłopaka z wczoraj. Odbiłam się od niego i okręciłam na pięcie wbijając z kopa do męskiej łazienki. Nachyliłam się nad zlewem i zwymiotowałam wszystkim co miałam w brzuchu, czyli kilkoma łykami mleka i kilkoma gryzami kanapki Nikki. W ustach wciąż czułam ten oślizły język, który mój "trener" wpychał mi do buzi przy "czułych" pocałunkach.*
   Zsunęłam się na podłogę oparta plecami o ścianę. Łzy już leciały ciurkiem po moich policzkach. Trzęsłam się oplatając ramionami kolana przyciągnięte do klatki piersiowej.
  -Nie.. Ja nie chcę.. Nie rób mi tego - szepnęłam wpatrzona w ślinę skapującą na moją koszulę. Potarłam nerwowo czoło dłonią. 
  -Czego mam ci nie robić? - usłyszałam męski głos. W drzwiach stał ON. Mój były trener gapił się na mnie tymi obleśnymi oczami. Skuliłam się w sobie. Zbliżył się szybkimi krokami i kucnął obok moich stóp. - Co się stało? Czemu się mnie boisz? - spytał odgarniając mi włosy z twarzy. Wstał i podniósł mnie za ramiona. Wstrząsnął mną dreszcz i znów zaczęłam płakać.
  -Proszę.. Nie rób mi tego.. Nie znowu.. Nie gwałć nie - wyjęczałam przez łzy trzymając go na wyciągnięcie rąk. W jego oczach dojrzałam zdziwienie i strach. Oczy mojego trenera z gimnazjum zmieniły się w oczy ciemnoskórego chłopaka, który trzymał mnie za ramiona.
  -Kto ci to zrobił? - spytał na pozór spokojnie. Pokręciłam głową. Chciałam wyrzucić z siebie wszystko co mi leżało na duszy, a kto nadawał się do tego lepiej niż chłopak, którego imienia nawet nie znam? 
  -Zmuszał mnie do tego. Nie chciałam zostawać po treningach, ale groził mi wyrzuceniem z drużyny. Kazał mi biegać na bieżni, a on cały czas patrzył. Obleśny wzrok.. Cały czas go na sobie czułam. I wtedy.. Ostatni trening przed Mistrzostwami. Też zostałam, ale on już nie patrzył. Najpierw dotknął mnie w talii. kiedy się odsunęłam, on.. Walnął mnie czymś.. Straciłam przytomność, a kiedy się ocknęłam, on zaczął się do mnie dobierać. Nie mogłam nic zrobić, przywiązał mnie. Wczoraj znów przyszedł.. Ja nie chcę.. Nie. - wyszeptałam z opuszczoną głową. Potok słów wylał się ze mnie jak woda z przebitego balonu. Ciemnoskóry chłopak przytulił mnie mocno. Bez wcześniejszego uprzedzenia, podniósł mnie jak księżniczkę i wyszedł na korytarz. Spojrzałam na niego załzawionymi oczami. Nie wyglądał jakby niesienie mnie nie sprawiało mu kłopotu mimo mojego wzrostu i wagi. Wniósł mnie do gabinetu pielęgniarki i położył delikatnie na łóżku. Kiedy trochę się uspokoiłam, dowiedziałam się, że ojciec nie może po mnie przyjechać, bo jest daleko, za miastem. Zdecydowałam, że nie chcąc siedzieć sama w domu, zostanę w gabinecie pielęgniarki. Brunet zaoferował, że przy mnie posiedzi dopóki higienistka nie wróci z Nikki i moim plecakiem.
  -Ile czasu temu to było? - spytał patrząc na mnie.
  - Luty.. - powiedziałam rozkładając przed twarz palce i zaczęłam liczyć. - Wyjdzie z osiem miesięcy - uśmiechnęłam się niemrawo. 
  - Czemu wtedy nic wczoraj nie odpowiedziałaś? Szedłem za tobą - zmienił szybko temat.
  -Kurde.. Chłopie.. Spadłam z daszku, bo podszedłeś do mnie za blisko, tak? Widziałeś, że nie chcę, żebyś podchodził, a ty dalej swoje - powiedziałam z ironią. W tym momencie do gabinetu wpadła Nikki. Przytuliła mnie mocno i usiadła obok, na łóżku (które, mimo, że szpitalne, było nawet wygodne).
  -Przepraszam.. Nie powinnam była o tym wspominać - powiedziała, a ja potrząsnęłam głową.
  -Muszę się wreszcie ogarnąć - szepnęłam z uśmiechem. Cieszyłam się, że połowę mojej twarzy zasłaniała grzywka, bo moje oczy naprawdę się śmiały. Nawet nie wiem czemu. Może dlatego, że wreszcie wyrzuciłam z siebie cały ciężar zbierany przez osiem miesięcy.
  Nikki odwróciła się do chłopaka siedzącego przy łóżku i skinęła mu głową.
  -Siemka Simon. Dzięki, że nią zająłeś. Biedna, moja mała Ro.. Daisy.. - skarciłam przyjaciółkę wzrokiem.
  -Słyszałam, że chcesz dotrzeć do Rosy. Jestem jej bardzo bliską przyjaciółką - powiedziałam, nie dając dojść do słowa Simonowi, który po mojej wypowiedzi, zawiesił się na chwilę.
  -Gdzie ona jest? Dobrze się czuje? Mogę ją spotkać? Będzie grała w liceum? - spytał chłopak patrząc mi prosto w oczy.
  -Nie mam jej w tej szkole. Nie mogę ci powiedzieć gdzie jest, ale kiedyś już ją spotkałeś. Mówiła mi o tym. Poza tym, nie czuje się za dobrze, więc wątpię, żeby dalej grała w koszykówkę - wyrzuciłam z siebie jednym tchem.
  -Minęłaś mnie wtedy podobnie do niej. Ogólnie jesteś do niej podobna - powiedział mrużąc oczy. Przyglądał mi się dokładnie, ale byłam spokojna. Nie rozpozna mnie. Urosłam, przytyłam, zmieniłam kolor włosów i ich ułożenie.
  -Ćwiczyłyśmy to razem. Chodziłam z nią do gimnazjum, ale nie dostałam się do regularnego składu - skłamałam bez mrugnięcia okiem. Chyba czas na tłumaczenia. Trochę późno, ale lepiej późno niż wcale.
  Jestem Daisy Andews, chodzę do 1 klasy szkoły średniej. Mam 180 cm wzrostu, 80 kg wagi, niebieskie oczy podchodzące trochę pod szare i czarne włosy. Grałam kiedyś w koszykówkę. Stając się coraz bardziej popularna, wymyśliłam sobie ksywkę - Rosy. Wszyscy tak na mnie mówili od połowy pierwszej klasy gimnazjum. Kiedyś. Od TAMTEGO zdarzenia już nie gram i wątpię czy zagram jeszcze kiedykolwiek. Zaczęłam jeść i jeść. I przestałam patrzeć na grę Simona.
  -Oh. Rozumiem - powiedział, znów pochłaniając każdy najmniejszy szczegół mojego ciała podobny do Rosy. Niedoczekanie. I tak się nie dowie kto jest tajemniczą Rosy. Nikki prychnęła i już chciała wstać, ale przytrzymałam ją za rękę. Spojrzała na mnie i napotkała wzrok niesamowicie zimny i bezwzględny, jaki przybierałam tylko w ostateczności. Prychnęła jeszcze raz wyszarpując rękę z uścisku, wstała i poszła na lekcję, która właśnie się zaczęła. Nie powiedziała, że to ja jestem Rosy, i że to mnie szuka.
  -A tak na marginesie.. Co jest z tym powalonym gościem? - spytał Simon wskazując na mnie głową.
  -Jest w areszcie. dziś idę go obciążyć zeznaniami. Mam tam Zaprzyjaźnionego policjanta, który pewnie pozwoli mi troszkę uszkodzić, jebanego gwałciciela - warknęłam patrząc w oczy chłopaka. Cała moja łagodność i bezradność znikły. Już się nie bałam. Teraz byłam wściekła. I Simon musiał to wyczuć, bo więcej nie odezwał się na ten temat.
  -Nadal lubisz koszykówkę? - spytał. Pokręciłam głową, wbijając wzrok w podłogę. Co mam mu odpowiedzieć? Czemu pyta mnie o takie rzeczy? Nie znamy się. Spuściłam głowę, a po moim policzku spłynęła łza. Za nią kolejna. I następna. Otworzyłam usta, ale zaraz znów je zamknęłam. - Nie lubisz?
  -To nie tak - westchnęłam wreszcie. - W jednym z meczy dziewczyna z regularnego składu była kontuzjowana. Weszłam zamiast niej. Prze grałyśmy. Jeden raz mi wybaczyły. Jeden. A meczów było pięć. po ostatnim meczu usłyszałam, że nie powinnam nawet brać się za koszykówkę. Potem trener usunął mnie z ławki rezerwowych, bo nie zostawałam po treningach. Kilka sparingów przesiedziałam na trybunach, ale w końcu odeszłam z drużyny. Od tamtej pory zamieniłam się w to czym jestem teraz - powiedziałam wolno ważąc każde słowo. Nie okłamałam go, ani nie dałam powodu by podejrzewać mnie o bycie Rosy. Nadal go lubiłam. Lubiłam jego i jego grę. - Miałam sen, w którym wciągnąłeś mnie za salę i ciągnąłeś za sobą przez cały tłum, ale w połowie cię zgubiłam. Potem okazało się, że czas ty i licealna drużyna, wspieraliście mnie z tyłu. W końcu wszyscy stanęliśmy na podwyższeniu, na którym był napis "Królewskie drużyny"
  -Czemu mi to mówisz? - spytał po kilku sekundach ciszy. Nie widziałam jego twarzy, ale słyszałam po jego głosie, że się uśmiecha. Odetchnęłam głęboko i powoli, żeby, kiedy się odezwę, głos mi się nie załamał. Płakałam mocno.
  -Chciałam wyjaśnić ci czemu przestałam grać - powiedziałam nie podnosząc głowy.
  -Nie odpowiedziałaś mi.. - stwierdził po kilkusekundowej ciszy. - Lubisz koszykówkę?
  -Nie - powiedziałam zdecydowanym głosem i podniosłam głowę. Twarz miałam mokrą od łez. Simon spojrzał na mnie współczującym wzrokiem. Wyciągnął ramiona, a ja wczepiłam się w niego. Był ciepły. Wreszcie mogłam przytulić Simona Blake'a! Mogłam umrzeć szczęśliwa. - Nareszcie zrozumiałam - zaszlochałam cicho. - Ja nie lubię koszykówki. Ja ją kocham.

***

no. to koniec rozdziału drugiego.
pam pam pam paaaam xD
biorę się za "dziewięcioro nieśmiertelnych" xD
TO TO TOOO! XD
miłego wieczoru ;3