Nowy rozdział PLB.
Dzieje się dużo.
Daisy jest chora, Simon do niej przychodzi..
Co teraz się stanie? (͡° ͜ʖ ͡°)
Proszę Was o szczere opinie na temat tego co się tu wyprawia, bo w sumie nie wiem czy się podoba, czy nie.
***
- Na początku musimy ustalić, co będziesz jadła - powiedział Simon, siadając na rozłożonej sofie. Oparłam się plecami o jego tors, rozkładając na kolanach książkę i zeszyt. - Śniadanie musisz jeść większe, o wiele większe niż dotychczas, żeby starczyło ci sił na różne rzeczy.. Na przykład na uciekanie z lekcji - zaśmialiśmy się oboje. - Drugie śniadanie to wiadomo. Zjesz to, co weźmiesz do szkoły. Nie ma podjadania o Nicole, ona i tak jest chuda jak patyk. Na obiad jesz to co masz w domu..
- A co, jeśli nie ma nic w domu? - zapytałam, kończąc pisać, to co powiedział. Simon nie odezwał się, a ja za późno zrozumiałam jak zabrzmiało to, co powiedziałam. - Wiesz.. Tata pracuje, ja mam szkołę, Shane z nami nie mieszka..
- Żadnych kebabów ani innych śmieci. Jak nie masz obiadu, to wbijasz do mnie. To rozkaz - przerwał mi Simon. Ciarki przemaszerowały po moich plecach.
- Zrozumiano - powiedziałam kryjąc twarz, która była całkiem czerwona.
- Podwieczorku nie jedz, to tylko wzmaga apetyt. Na kolację maksymalnie dwie kanapki, jabłko albo miskę kisielu - zamyślił się. - Teraz tylko kwestia godzin. Najlepiej by było jakbyś jadła codziennie o tej samej porze i bez podjadania.
- Dużo o tym wiesz - powiedziałam, siłą powstrzymując śmiech. Simon westchnął głęboko.
- Trudno by było nie wiedzieć, skoro Miri od zawsze katowała mnie tymi informacjami. Ona ma fioła na punkcie diet i zdrowego odżywiania. To dzięki niej jeszcze chodzę zamiast się toczyć - powiedział, po czym położył rękę na moim czole. - Masz lekką gorączkę.. Dobrze się czujesz?
- Tak, tak - przytaknęłam, odpychając jego dłoń. Na szczęście Simon to tępe zwierze i nie zrozumiał, że to przez niego podwyższyła się moja temperatura. - Więc śniadanie przed szkołą, czyli gdzieś koło 7.00 - zapisałam, chcąc dać Simonowi jakąś podporę pod ułożenie planu.
- W szkole jesz na przerwie po 10.00 i o 13.30, obiad od razu po lekcjach albo po treningu, czyli koło 17.30.. Trochę późno, więc w tygodniu bez kolacji. Na weekend sama sobie ułożysz, dobra? Nie wiem o której się budzisz ani czy nie jeździsz gdzieś z ojcem.. Ale spróbuj śniadanie jeść koło 9, przekąski o 11 i 14, a kolację o 17 - westchnął. Kiwnęłam głową, choć ledwo nadążałam ze spisaniem tego, co mówił.
- A co z ćwiczeniami? - spytałam, próbując przypomnieć sobie to, co Simon mówił przed chwilą.
- Nie tak szybko. Przecież widzę, że nie nadążasz - stwierdził, po czym powtórzył wszystko co powiedział do tej pory, sprawdzając jednocześnie co mam zapisane. - Mów kiedy mam zwolnić. Nigdzie mi się nie spieszy - powiedział, opierając brodę o moje ramię. Kiwnęłam głową, próbując ukryć rumieniec. Za blisko. Był zdecydowanie za blisko. Moja wina, że usiadłam gdzie usiadłam, ale nie musiał się tak do mnie kleić. Nie, żeby mi się to nie podobało, ale jesteśmy tylko znajomymi..
- Teraz kwestia treningu - odezwał się nagle, opierając się z powrotem o oparcie sofy. - Musisz dużo biegać. Inne ćwiczenia w miarę możliwości, ale bieganie to twój priorytet. Zrozumiano?
- Ta jes', szefie! - zaśmiałam się. Przez chwilę było cicho jak w grobie, a kiedy już otwierałam usta, żeby coś powiedzieć..
- Miło się siedzie, ale co będziemy teraz robić? - spytał. Jego głos brzmiał dziwnie. Może dlatego, że jeszcze nigdy nie słyszałam go z tak bliska? Nie wiem, ale ten ton bardzo mi się podobał.
- Możemy pograć w kosza - mruknęłam niepewnie, a Simon zaśmiał się cicho. - No co? - naburmuszyłam się.
- Nic, nic. Myślałem tylko, że chyba znów jesteś sobą. Witamy z powrotem, Rosy - objął mnie ramionami. Po chwili delikatnie wyrwałam się z jego objęć.
- Idziemy grać - powiedziałam, zeskakując z sofy. Pobiegłam do pokoju, ubrałam się tak ciepło, jak tylko dałam radę i gotowa stanęłam twarzą w twarz z moim ukochanym Simonem. Razem z nim, idąc obok niego, zeszłam po schodach. Weszliśmy na boisko i zaczęliśmy grać.
- Dobrze się czujesz? - spytał, kiedy straciłam równowagę. Pokiwałam głową. Graliśmy już dobre kilkadziesiąt minut, a ja byłam trochę zmęczona. Wcale nie czułam się dobrze. Było źle, bardzo źle. Dawno już nie miałam tak mocnych drgawek i zawrotów głowy, ale widziałam jak bardzo Simonowi podoba się gra. Nie chciałam przerywać tych minut dobrej zabawy. - Na pewno nic ci nie jest? Dobrze się czujesz? - spytał, kładąc dłoń na moim ramieniu. Pokręciłam głową ledwo przytomnie.
- Daisy! - usłyszałam krzyk. Odwróciłam głowę w tamtą stronę, a to co zobaczyłam powalało na kolana. Mat biegł do mnie. Był wyraźnie wykończony, ale biegł, nie zatrzymywał się i wołał moje imię.
Zachwiałam się, ale tym razem nie starczyło mi sił na utrzymanie równowagi. Poleciałam do tyłu gotowa na bliskie spotkanie z podłożem, jednak jedyne co napotkałam to ciepły tors Simona.
- Trzymasz się? Kontaktujesz? - spytał, podtrzymując mnie w pionie. Mruknęłam, że go słyszę, ale nie widziałam nic załzawionymi od gorączki oczami. Ramię Simona nagle zniknęło, ale zaraz potem chłopak podniósł mnie, a ja przytuliłam się do niego jak wtedy, w nocy, w moim domu, w salonie. - Wracamy do domu.. - wymruczał. Zamknęłam oczy, kuląc się w jego ramionach i chłonąc jego ciepło.
- Co jest? Czemu ona jest na podwórku? - spytał wściekły Matthias. Wszystko słyszałam jakby zza drzwi pokoju. Simon uciszył go cichym warknięciem. Poczułam lekkie kołysanie, po czym odpłynęłam w niebyt.
Leżąc w łóżku, słuchałam tego, co działo się w mojej kuchni. Chciałam zasnąć, ale nie dałam rady. Skończyłam jako chora dziewczyno-podobne coś, które podsłuchuje dwójkę chłopaków. Co jeszcze?
- Widziałeś, że jest chora. Czemu wyciągnąłeś ją na podwórko? - spytał Mat. Wręcz usłyszałam w jego głosie chęć rzucenia się na Simona z pięściami.
- Sama chciała iść. Poza tym wyglądała dobrze. Za długo siedzieć w domu też nie może, bo oszaleje - odparował Simon. Nie chciałam, żeby się kłócili. Musiałam to zakończyć póki jeszcze nie powybijali sobie nawzajem zębów. Sturlałam się z łóżka i poczłapałam do drzwi.
- Przez ciebie ona czuje się teraz gorzej niż wcześniej. Nie obchodzi cię jej stan, jej zdrowie? I to jest to twoje uczucie, o którym cały czas biadoliłeś? - zatrzymałam się z ręką na klamce. Co? Jakie uczucie? O czym Mat bredził? - Jeśli naprawdę czujesz do niej coś więcej, to odpuść sobie. Nie pozwolę, żeby taki bezmyślny pajac był z moją Rose! - zawołał całkowicie rozwścieczony. Simon warknął, żeby Mat się zamknął i nastała cisza. Stałam przed drzwiami okryta kocem i czułam, że nie powinnam słyszeć tego wszystkiego. Czemu Simon nie roześmiał się i nie spytał Matthiasa o co mu chodziło? Błagałam w duchu, żeby ktokolwiek się teraz odezwał. Wreszcie usłyszałam syk wypuszczanego przez zęby powietrza.
- Twoją Rose? Ona nie jest twoja. Ona nie jest rzeczą, która może należeć do kogokolwiek - warknął Simon. Coś ścisnęło mnie za serce. - Nazywaj mnie jak chcesz, ja i tak ci się odgryzę tak, że będziesz lizał ziemię od spodu, ale nazywanie jej 'twoją' jest obrazą zbyt dużą, żeby to w ogóle komentować.
Usłyszałam, że Mat warczy coś niezrozumiałego dla mnie, ale brzmiało to jak nieudana próba odgryzienia się Simonowi. Drzwi wyjściowe trzasnęły, a ktoś głęboko westchnął. Wycofałam się po cichu do łóżka, które tym razem pozostało mi wierne i nie skrzypiało, kiedy szybko się na nim położyłam, nakrywając głowę kocem. Cicho i zwinnie jak ninja. Po chwili moja duma została wyparta przez wspomnienie słów Mata i Simona. O co im chodziło? Zdrętwiałam, kiedy drzwi do mojego pokoju się otworzyły. Któryś z chłopaków podszedł do mojego łóżka i położył rękę na mojej głowie. W tej chwili wiedziałam, że tym, który nie wyszedł zbulwersowany z mojego domu, był Simon. Siedział na podłodze, głaszcząc mnie delikatnie. Chciałam coś powiedzieć, dać znak, że nie śpię, ale usłyszałam cichy chichot.
- Skoro to, co do ciebie czuję, to nie miłość, to nie chcę wiedzieć co to - mruknął, owijając sobie kosmyk moich włosów naokoło palca. Zdrętwiałam po raz kolejny. Co? Co? Co? Co? Co on powiedział? Czy to równało się wyznaniu? O matko. Co ja miałam teraz zrobić? Po kilku minutach zdecydowałam się 'obudzić', udając, że nic nigdy nie słyszałam. Simon rozmawiał ze mną normalnie, jednak wydawało mi się, że więcej na mnie patrzył. Chyba przybiło go trochę to, co powiedział Mat. Zresztą.. Sama już nie wiem, co myśleć, nie wspominając już o mówieniu. Cały czas się plątałam, gubiłam słowa, przekręcałam zdania, ale on zrzucił to na moją gorączkę. Po kilkunastu minutach zapewniania go, że wszystko już ze mną dobrze Simon opuścił moje mieszkanie. Przez następnych kilka dni zupełnie go nie widziałam. Za to Matthias wpadał do mnie przychodził pod pretekstem zobaczenia czy grzecznie się kuruję. Kilka razy obudziłam się leżąc z głową na biurku przed komputerem, okryta kocem. Trochę źle się czułam z myślą, że kiedy Mat, który tak się o mnie troszczył, był w szkole, ja wychodziłam na podwórko biegać, a w domu ciężko ćwiczyłam. Mimo to zdrowiałam w zastraszającym tempie i po tygodniu "leżenia w łóżeczku" mogłam wrócić do szkoły.
-Siemasz Nikki. Tęskniłaś? - zaśmiałam się, tuląc dziewczynę z zaskoczenia. Kiedy spytała za co ją podduszam, odparłam, że za nic i zaczęłam się głośno śmiać. W ciągu siedmiu dni nic nie robienia miałam czas na wiele rzeczy. Ćwiczyłam, kiedy miałam pewność, że nikt mnie na tym nie przyłapie. Przypomniałam sobie jak to jest tęsknić za wysiłkiem fizycznym, ale przez ostatni tydzień wreszcie sobie to przypomniałam. Jednak najważniejsze było to, że miałam masę czasu, żeby sobie wszystko przemyśleć. Trochę głupio byłoby się ot tak przyznać do usłyszenia wyznania pod swoim adresem po tak długim czasie. Nie miałam co prawda taktu ani nie miałam w sobie krzty zrozumienia dla uczuć innych, ale wiedziałam, że czegoś takiego się po prostu nie robi. Mając informacje od Miriam i wsparcie Nikki, chciałam ułożyć plan. Może nie byłby jakiś nadzwyczajny, ale miał na celu sprowokowanie rozmowy o naszych uczuciach. Jednak był jeden problem. Simon unikał mnie jak ognia. Dni mijały, a ja zamieniałam z nim jedno, góra dwa zdania dziennie, które treścią ograniczały się do zwykłego powitania.
- Czemu on mnie ignoruje? - wrzasnęłam w poduszkę, po czym spadłam z łóżka i przeturlałam się pod ścianę.
- Nie śliń się - warknęła Nikki, okrywając się szczelnie kocem. - Nie ignoruje cię. Przecież się ze sobą witacie.
Spojrzałam na dziewczynę z byka. Przyszłam do niej na weekend, żeby pogadać z nią o tym, co mnie nurtowało, ale ona od kilku godzin zbywała mnie machnięciami ręki albo jednozdaniowymi wypowiedziami.
- Nie pomagasz - łypnęłam na nią wrogo, a ona uniosła ręce.
- Może jest na ciebie zły czy coś. A może... - złapała się z brodę, pochylając się do przodu. Zmarszczyła brwi. - Może stracił tobą zainteresowanie, bo okazałaś się inna niż to sobie wyobrażał.
- Przestań - przewróciłam oczami. Nagle w mojej klatce piersiowej coś zapiszczało. Usiadłam prosto, przytulając do siebie poduszkę. Przemyślałam to co Nikki właśnie powiedziała. Podniosłam wzrok na dziewczynę i rzuciłam w nią miśkiem jej starszej siostry. - Czemu musisz mieć rację? - warknęłam. Czułam, że zaraz się poryczę. Nikki chyba też to zauważyła, bo zaproponowała gorącą czekoladę, koc i jakąś komedię. Zaproponowała, bo i tak skończyłyśmy z mnóstwem żarcia, zimną colą i krwawym mordobiciem. Po obejrzeniu kilku filmów zaczęłyśmy już na spokojnie gadać. Ustaliłyśmy, że muszę wyjaśnić sobie tą całą sprawę z Simonem twarzą w twarz, inaczej nigdy niczego się nie dowiem. Odwołałam też ten cały plan z gadaniem o uczuciach. I tak nie udałoby się tak, jak to sobie zaplanowałam. Obie wiedziałyśmy, że takie rzeczy zdarzały się tylko w dennych romansach, które uwielbiałyśmy.
- Masz okazję z nim pogadać. Nie spieprz tego. I ani słowa o pogodzie - syknęła Miriam z poniedziałek, kiedy ja próbowałam wymigać się od rozmowy z Simonem. I pomyśleć, że do wczoraj miałam w sobie tyle odwagi.
- Ale co jeśli jest za coś zły? Albo mnie nie lubi? - szepnęłam spanikowana. - Powiedziałam ci co słyszałam, ale miałam wtedy wysoką gorączkę. Mogło mi się przesłyszeć, mogłam mieć omamy..
- Idź i nie marudź - warknęła Nikki, popychając mnie mocno do przodu. Straciłam równowagę, potykając się o własne nogi i wpadłam na kogoś z impetem. Przeklinam swoje pechowe szczęście i wszystko co przekląć mogę. Sodoma i Gomora, piekło na Ziemi, a poza tym...
- Nic ci nie jest? - spytał Simon, przytrzymując mnie w pionie, a jego koledzy spojrzeli na mnie zdezorientowani. Pokręciłam głową, czując, że moja twarz płonęła.
- Przepraszam, że na ciebie wpadłam. Nie patrzyłam gdzie idę - powiedziałam, starając się nadać swojemu głosowi swobodny ton, jednak ciężko mi to szło. Simon patrzył na mnie chwilę.
- Jak się czujesz? Zdrowa już? - spytał spoglądając na mnie pobieżnie.
- Lepiej jak widać - uśmiechnęłam się i zrozumiałam, że rozmowa skończona. Simon odwrócił się do swoich kolegów, nie zwracając uwagi na to czy stoję obok, czy już sobie poszłam. Nie zwracał uwagi na mnie.
- Nie przejmuj się. Czuję, że się między wami ułoży - pocieszała mnie Miriam, głaszcząc mnie po plecach. Nikki ścisnęła moją talię swoimi kościstymi ramionkami i obie uśmiechnęły się do mnie pocieszająco. Skinęłam głową, odwzajemniając uśmiech. Co tam miłość? Jedna nie wyjdzie, to mam jeszcze drugą w zanadrzu. Od czego ma koszykówkę?
- Daisy! Skup się! Co z tobą? - wrzasnął Peter, kiedy kolejny raz spaprałam akcję. Jak zwykle po lekcjach - trening. Jak zwykle na treningu - mecz. Jak zwykle na meczu - ja i piłka. Tylko to miało się teraz liczyć. Wyrzucić Simona z głowy. Teraz tylko ja i piłka. Oddech, kozioł, krok, wyskok, rzut. Dźwięk gwizdka zdezorientował mnie. Obejrzałam się na wujka, który wskazał wynik, po czym jego brwi powędrowały w górę. 13 do 34. - Schodzisz - powiedział wuja surowym głosem. Posłusznie powlokłam się na ławkę, po czym pacnęłam na nią wypompowana. - Co to miało być? Co się z tobą dzieje? Tak jest od kilku dni. Chcesz o czymś pogadać? Coś cię martwi? - wypytywał Peter, patrząc mi prosto w oczy. Pokręciłam głową. Gdybym musiała coś powiedzieć, to prędzej bym się rozpłakała niż wydusiłabym z siebie choć słowo. Wujek odszedł nadzorować grę, a ja zerknęłam w stronę ćwiczących chłopaków. Simon siedział pod ścianą, patrząc na mecz kolegów. Odwrócił głowę i nagle jego wzrok spoczął na mnie. Nie odwróciłam się, nie uciekłam spojrzeniem. Normalnie bym tak zrobiła, jednak przez szok nie dałam rady wziąć nawet kolejnego oddechu. Jego wzrok był dziwny. Jakby zimny, wręcz lodowaty. Mimika jego twarzy wyrażała coś na granicy złości i niezrozumienia. Powoli, powolutku odwróciłam całe ciało w stronę dziewczyn. Z ławki nie zeszłam do końca treningu, przez co miałam czas do namysłu. Postanowiłam zaczekać aż Simon będzie sam i dopiero wtedy wypytać go o wszystko. O powód jego ignorancji, o jego złość, o to, czemu ze mną nie rozmawiał... I może o wyznanie, jednak wątpiłam, że starczy mi odwagi. Przebrana w mundurek wybiegłam z szatni. Przeskoczyłam schody prowadzące z piwnic na parter i zatrzymałam się na chwilę przy pokoju trenerów. Drzwi szatni chłopaków były jeszcze zamknięte. Dobra. Teraz wystarczyło zaczekać..
- Czemu o nią pytasz? - odezwał się Peter zza zamkniętych drzwi. Ktoś wymruczał niewyraźną odpowiedź. Po głosie poznałam, że to był chłopak. - Rozumiem, martwisz się, ale czy nie byłoby lepiej, gdybyś sam ją zapytał?
Machnęłam na to ręką i odwróciłam się w stronę wyjścia z bloku sportowego. Wtedy naszły mnie dziwne myśli. Co jeśli to Simon? Co jeśli pytał o mnie? Co jeśli jednak się martwił? Co jeśli wcale nie jest zły ani znudzony? Drzwi do męskiej szatni otworzyły się powoli i moje nadzieje prysły jak bańka mydlana. Pokój trenerów znajdował się za mną, a pomieszczenia naprzeciwko wyszedł Simon. Znów zaszczycił mnie chłodnym spojrzeniem, ale coś się zmieniło. Jakby coś w nim było takiego, że wiedziałam, że nie jest wcale tak jak mi się wydawało. Mały płomień przebijał się przez lodowatą barierę jego wzroku. Właśnie ten mały płomień sprawił, że zmusiłam swoje nogi do ruchu. Krok za krokiem. Simon stanął w miejscu, widząc, że do niego idę. Dostawiłam prawą stopę do lewej albo odwrotnie i stanęłam przed nim. Wzięłam głęboki wdech, uniosłam głowę i wreszcie stanęłam z nim twarzą w twarz.
- Mogę.. Mogę cię o coś zapytać? - spytałam ze ściśniętym gardłem. Czekając na odpowiedź, przez kilka długich sekund, czułam jakby moje serce zwolniło, dudniąc niemiłosiernie. Słyszał?
- Jasne, mów - odpowiedział Simon stając luźno. Wpakował ręce do kieszeni, ale w przelocie zobaczyłam, że zaciska dłonie w pięści. Otworzyłam usta, ale żaden dźwięk nie chciał się z nich wydostać. Splotłam ręce za plecami, żeby nie zauważył jak bardzo mi drżały. Pochyliłam głowę i wzięłam głęboki wdech. Teraz albo nigdy.
- Jesteś na mnie za coś zły? Zrobiłam coś nie tak? - wydusiłam na tyle głośno, na ile pozwalał mój drżący głos. Cisza, która zapadła, była gorsza niż jakakolwiek jasna odpowiedź. Chciałam uciec, powiedzieć, żeby zapomniał o wszystkim i odbiec.. Mimo to uparcie czekałam. Nie chciałam być kolejną bohaterką żałosnego dramatu, która boi się usłyszeć prawdę. Nie mogłam uciec. Nie kiedy zaszłam tak daleko.
- Nie - odpowiedział nagle. - Nic nie zrobiłaś. Nie jestem na ciebie zły - podniosłam głowę z ulgą, ale zaraz potem znów poczułam jakby ktoś wlał we mnie kilka ton cementu. Czyli Nikki miała rację? Simon mnie nie lubi?
- Więc czemu nie chcesz ze mną gadać i patrzysz na mnie takim strasznym wzrokiem? - spytałam, zanim zdołałam to chociaż przemyśleć. Simon spojrzał mi prosto w oczy. Był zdziwiony, bardzo zdziwiony.
- Tak to wygląda? Naprawdę jest ze mną aż tak źle? - wysyczał, pocierając twarz dłonią. Zadrżałam lekko. - Nie jestem zły, ale z pewnego powodu czuję się trochę dziwnie. Dla ciebie to wyglądało jakbym cię ignorował, ale ja po prostu nie dałem rady z tobą gadać. To nie była twoja wina, to ja.. A z tym wzrokiem to nie tak. Po prostu byłem trochę zdziwiony tym, jak źle ci ostatnio idzie gra. Niedokładne podania, nietrafione rzuty spod kosza - zakończył swoją wypowiedź głośnym wdechem. Nie dałam rady się odezwać, więc tylko patrzyłam na chłopaka stojącego przede mną. I po co ja się martwiłam? Simon jest przecież typem, który mówi to, co myśli. Może nie wszystko, ale większość. - Trochę ciężko było mi z tobą gadać też dlatego, że myślałem, że może masz mi za złe pogorszenie stanu twojej choroby - mruknął odwracając wzrok. W moich oczach pojawiły się łzy ulgi, które po chwili pociekły mi po policzkach. Zrobiłam krok w przód, rozkładając szeroko ramiona. Przykleiłam się do Simona zanim też zdążył cokolwiek powiedzieć. Zacisnęłam palce na jego koszulce, bezgłośnie płacząc.
- Hej, co się stało? Co jest? - spytał zdezorientowany. Wyburczałam, że nic, mocniej ściskając jego klatkę piersiową. Pogłaskał mnie po głowie, ale nie zdążył odwzajemnić uścisku, bo za mną otworzyły się drzwi. Za Simonem też. Usłyszeliśmy kroki i po chwili również chichot. To były dziewczyny, które już się przebrały i wychodziły z szatni. Mój mózg to zignorował, każąc mi nadal tulić się do chłopaka, który najwyraźniej nie miał nic przeciwko. Ktoś zawył, ktoś zagwizdał. Zamigały lampy błyskowe w telefonach. Nikki wołała, że tak nie wolno, i żeby przestali robić zdjęcia. Oczywiście sama robiła ich całą serię. Oderwałam się od Simona i pobiegłam do wyjścia. Zaraz za mną ruszył on. Wybiegliśmy przed szkołę i śmiejąc się głośno, ruszyliśmy do bramy.
-Przepraszam za tą scenkę. Przeze mnie robili ci te zdjęcia - powiedziałam speszona, kiedy mieliśmy już się rozejść. Simon wzruszył ramionami.
- Co tam kilka zdjęć? Niech mają się czym chwalić, głupie ludziki. Udało im się sfotografować moją zajebistość, a to już coś - wyszczerzył się, czochrając moje włosy. Zaśmiałam się głośno.
- No to.. Do jutra - powiedziałam po kilku sekundach ciszy. Simon zrobił jeden duży krok i już był przy mnie. Szybko zbliżył swoją twarz do mojej i musnął moje usta swoimi.
- Do jutra - zaśmiał się, odchodząc w swoją stronę. Dotknęłam czubkami palców swoich warg. Chłopak zniknął za rogiem i dopiero wtedy odważyłam się ruszyć, choć miałam z tym mały problem. Nogi się pode mną uginały, twarz piekła mnie jakbym ją wsadziła w ogień, a mózg zawiesił się na trochę więcej niż chwilę.
- Daisy! - krzyknęła Nikki, biegnąc w moją stronę szybciej niż kiedykolwiek na meczach. - Daisy! Daisy! Daisy! Wielkoludzie! Czy to było to co myślałam, że było?! - zawołała, doskakując do mnie i ciągnąc za moją koszulę. Spaliłam jeszcze mocniejszego buraka niż kilka sekund wcześniej.
- Nie, to nie tak. To nie było to, przysięgam. On tylko się potknął. To było niechcący - plątałam się w zeznaniach, uciekając wzrokiem w bok. Kiedy zerknęłam z powrotem na Nikki, wiedziałam, że popełniłam błąd. Nie chodziło jej o to, co stało się przed chwilą. - O co chodzi? - spytałam niewinnie.
- Chodziło mi o te ściskanie się na środku korytarza, ale widzę, że coś ukrywasz, córciu - skrzyżowała ręce na piersiach. Jej brwi powędrowały w górę. Mruknęłam coś, żeby uciec od odpowiedzi, coś o tacie, że muszę obiad zrobić, ale Nikki nie chciała nawet o tym słuchać. Wzrokiem żądała wyjaśnień. Zrobiłam głęboki wdech.
- Bo tak ogólnie to Simon nie jest na mnie zły ani nic i nawet mu trochę głupio było przez to, że mi się pogorszyło jak wyszłam z nim na podwórko, ale to sobie następnym razem dokładniej wyjaśnimy, chciałam dziś, nie zdążyłam, bo tak pobiegliśmy i on pocałował i poszedł i nie wiem jak ja mu jutro w twarz spojrzę - wystrzeliłam słowami jak z karabinu, nie robiąc pauz ani nie biorąc oddechu. Nicole stała jak zamurowana. Jej szczęka zwisała praktycznie bezwładnie, a gałki oczne wychodziły z orbit.
- Czekaj moment - odezwała się w końcu, mrugając szybko powiekami. - Mówisz, że wszystko jest dobrze, nie jest źle, ale nie spojrzysz mu w oczy, bo... - uniosła brwi, czekając na odpowiedź.
- Matko, Nikki. Simon mnie pocałował - powiedziałam cicho. Nikki pisnęła głośno, rzucając mi się na szyję. W tej chwili w jej główce rodziły się pewnie plany i marzenia odnośnie zaręczyn, ślubu, bycia ciocią.. Mogłam to wyczytać tylko z jej oczu.
Podczas, gdy Nicole topiła swoją świadomość w świecie marzeń i fantazji, ja odwróciłam się z zamiarem szybkiego zniknięcia z zasięgu jej wzroku.
- Czy ty myślisz, że pozwolę ci uciec? - zaćwierkała Nikki. Zerknęłam na nią przez ramię.
- Tak - powiedziałam całkowicie poważnie. Chwilę potem zaczęłyśmy się opętańczo śmiać ze wszystkiego co zauważyłyśmy. Wszystko nas tak bawiło, że po kilku minutach padłyśmy na ziemię, ocierając łzy rozbawienia.
- Wstawaj, bo znowu zachorujesz - usłyszałam za plecami, a zaraz potem dwa silne ramiona podniosły mnie do pionu, po czym zaczęły otrzepywać moje plecy. - Zaczniesz w końcu o siebie dbać czy ja mam to robić? - warknął Mat patrząc na mnie z byka. Pokręciłam głową, pomagając Nikki wstać. - Z czego tak się śmiałyście? - spytał po chwili normalnym tonem.
- Z niczego - powiedziałam szybko. - Po prostu mamy dobry humor..
- Wyjaśniła sobie wszystko z Simonem i teraz jest już dobrze, a nawet lepiej, prawda, kochanie? - Nikki złożyła usta w dzióbek i zacmokała głośno. Pokręciłam głową teatralnie, rzucając przyjaciółce mordercze spojrzenie, po czym zwróciłam się ku Matthiasowi. Znieruchomiałam. Był zszokowany, jakbym właśnie powiedziała, że go adoptowałam. Po chwili jego oblicze zmieniło się. Złość wypływała z niego falami, które dało się wyczuć kilometr stąd i wszyscy wiedzieli, że nikt nie jest już bezpieczny. Spojrzałam zdezorientowana na Nikki. Ona też nie rozumiała reakcji Matthiasa.
- Chyba już czas wracać do domu, prawda? Bo znowu się rozchorujesz - powiedział wyraźnie wściekły. Pokiwałam głową. Szepnęłam do przyjaciółki, że napiszę do niej jak będę miała czas. Na moje szczęście, zrozumiała aluzję, oddalając się szybko.
Całą drogę szliśmy w milczeniu, co dało mi trochę czasu na przemyślenie reakcji Mata. Z tego co stało się dwa tygodnie temu mogłam wywnioskować to, że nie za bardzo lubił Simona, ale czemu od razu na wzmiankę o nim zareagował taką wściekłością? - Uważaj - mruknął, ciągnąc mnie za ramię do tyłu. Nie zauważając czerwonego światła na przejściu dla pieszych, prawie wpakowałam się pod nadjeżdżający samochód. Przeprosiłam Mata cicho, ale on się nie odezwał, znów chowając ręce do kieszeni. Kiedy stanęliśmy przed drzwiami swoich mieszkań, nawet się nie pożegnał, od razu barykadując się w domu od środka. U mnie jak zwykle było cicho. Rzuciłam plecak w kąt salonu i ruszyłam do kuchni. Odgrzałam sobie wczorajszy obiad, składający się z kaszy i kawałka pieczeni i zasiadłam przed telewizorem. Włączyłam pierwszy lepszy film, od razu zaczynając jeść. Po kilku minutach zrezygnowałam z oglądania. Nie dałam rady skupić się na fabule, bo mój mózg nadal zaprzątały myśli a'propos Matthiasa. Z Simonem się pogodziłam, a teraz Mat jest zły. Ludzie, co się dzieje? Odstawiłam pusty talerz do zlewu i nie zmieniając ciuchów, przeszłam przez klatkę schodową.
- Mat, to ja - zawołałam, pukając do drzwi. Zamek szczęknął i chłopak pojawił się przede mną. Jego ręce umazane były do połowy przedramion w mące.
- Co jest? - spytał, usilnie starając się ukryć swój zły humor. Patrzyłam mu w oczy, nie rozumiejąc jego zdenerwowania. - Wchodzisz? - spytał, robiąc przejście w drzwiach. Minęłam go, zatrzymując się w korytarzu. - Idź do kuchni. Zaraz przyjdę.
Posłusznie usiadłam za stołem, plując sobie w brodę, że tu przyszłam. Nie przemyślałam tego. No bo co? Co ja mu powiem? Od tak wyskoczę z pytaniem o to, czemu nienawidzi Simona albo czemu tak nagle zrobił się zły?
- Herbaty? - drgnęłam słysząc jego głos. Mat stanął przy blacie, oglądając się na mnie. Kiwnęłam głową, a on wstawił wodę do zagotowania. - Więc.. - zaczął, krzątając się po kuchni. - Przyszłaś tu, bo..?
- Bo? Nie mogłam po prostu przyjść i posiedzieć? - zdziwiłam się szczerze.
- Mogłaś, ale wydawało mi się przed chwilą, że coś chcesz powiedzieć - spojrzałam na jego plecy, uśmiechając się smutno. Mimo upływu tylu lat, nadal wiedział kiedy coś się ze mną działo.
- Tak, chciałam spytać cię o jedną rzecz - zawiesiłam się na chwilę, czekając aż Mat usiądzie. Postawił przede mną kubek z parującą herbatą.
- Chodzi ci o moją reakcję przy Nicole, kiedy wspomniała o Simonie? - to mówiąc, usiadł po przeciwnej stronie stołu. Przytaknęłam, wpatrując się w bursztynową ciecz. Otoczyłam kubek dłońmi, które zrobiły się mile ciepłe. - Najpierw to ty mi powiedz co się stało. Naprawdę coś między wami..? - spojrzał na mnie wyczekująco. Uniosłam brwi. - Iskrzy między wami?
Zastanowiłam się.
- Nie mam pojęcia - powiedziałam wreszcie, a Mat popatrzył na mnie z niedowierzaniem. - Serio. Nie rozumiem tego co się dzieje, to pierwsza taka sytuacja, kiedy nic już nie wiem. Najpierw przychodził jak byłam chora i się mną opiekował - Mat skrzywił się, ale dałam mu znak dłonią, żeby pozwolił mi dokończyć. - Potem, w szkole, ignorancja totalna, a teraz to, co słyszałeś - westchnęłam. Spokojnie upiłam łyk gorzko-kwaśnego napoju. Idealny. - Jeśli chciałbyś odpowiedź tak na teraz, to zbierając do kupy wszystko co się dziś zdarzyło, odpowiedź brzmiałaby 'tak'.
- Więc.. Co się dziś takiego stało? - spytał na pozór spokojnie. Na jego nieszczęście też umiałam jeszcze wyczytać z niego emocje. W środku aż się gotował. Jego kłykcie zbielały. Za mocno ściskał kubek, bałam się, że w pewnej chwili usłyszę trzask i naczynie pęknie.
- Ogółem rzecz biorąc to wyjaśniliśmy sobie, że nie był zły ani nic, a potem go przytuliłam.. Wiesz, przez ulgę. Okazało się, że widzieli to ludzie z naszych drużyn, więc uciekliśmy, pogadaliśmy chwilę przed bramą, a potem pocałował mnie na pożegnanie - wyjaśniłam, nie chcąc zagłębiać się szczegóły. Matthias napiął mięśnie, zaciskając znów palce na kubku.
- Kochasz go? - wymamrotał, patrząc na mnie. Kiwnęłam głową zdecydowanie. - Wkurzyłem się. Wtedy, przed szkołą, byłem wkurzony. Przez niego czułaś się gorzej. Nieodpowiednio się tobą zaopiekował, kiedy byłaś chora. Potem usłyszałem od Miriam, że praktycznie się do siebie z Simonem nie odzywacie, a tu nagle dowiaduję się, że do czegoś między wami dochodzi, jest już dobrze i ogólnie błyszczysz i jebiesz kwiatkami szczęścia na kilometr.
- Serio tak wyglądałam? - zdziwiłam się. Chłopak przytaknął. - No dobra. Nadal nie rozumiem powodu twojego złego nastroju. Chyba nie byłeś zły, bo nie wiedziałeś jak to jest między nami?
- Nie, nie o to chodziło. Wkurzyłem się, bo Simon jest totalnym bez mózgiem. Do jasnej cholery! Cały czas mi jęczał i jęczał, o czym to nie ważne, ale żalił się tyle czasu, mówił, że by się tobą opiekował, a jak przyszło co do czego to zabiera cię chorą na podwórko! To totalny tępak! Jest nieodpowiedzialnym, aroganckim, egoistycznym i ni cholery empatycznym dupkiem! - wrzasnął Mat, uderzając dłonią w stół. - Zapomniałem jeszcze dodać, że jest zboczony, nieodpowiedzialny i nic go nie obchodzi!
- Matthias! - wrzasnęłam, podrywając się na równe nogi. - Nie mów tak o nim! Może i taki się wydaje, ale naprawdę jest miłym, opiekuńczym i troskliwym chłopakiem! On po prostu to ukrywa! Wstydzi się tego, rozumiesz?! - do moich oczy napłynęły łzy wściekłości.
- Idealizujesz go, bo się zakochałaś! - krzyknął podrywając się z krzesła. Spojrzałam na niego z bolącym sercem. Nie pokażę tego, nie pokażę jak bardzo ranił mnie obrażając Simona.
- W takim razie nie wiesz jaki jest naprawdę! - krzyknęłam. Nie zamierzałam się ugiąć. Nie przyznam mu racji choćby nie wiem co.
- Ah tak?! To proszę, powiedz mi, gdzie był, kiedy zaciskałaś zęby, próbując zmusić się do kolejnego kroku, do przebiegnięcia tych kilku ostatnich metrów!? Gdzie był, kiedy na początku roku schlałaś się w trupa, bo czułaś się samotna?! Gdzie był, kiedy podczas choroby ćwiczyłaś w domu?! Gdzie był, kiedy ostatkiem sił wchodziłaś do mieszkania?! Gdzie był, kiedy byłaś załamana po kłótni z Vivienne?! Gdzie był, kiedy grałaś poważnymi obrażeniami?! No powiedz! Gdzie?! - wywrzeszczał chaotyczne zdania, po czym nagle zamilkł. Zacisnęłam pięści.
- To zupełnie inna sytuacja! - wrzasnęłam. - To tak, jakbym ja zapytała ciebie, gdzie byłeś, kiedy nienawidziłam siebie, kiedy zostałam zgwałcona, kiedy umarła moja mama, kiedy prawie zostałam zgwałcona po raz drugi! Simon nie wiedział wtedy kim jestem, bo nawet nie byłam sobą! Nie jest też jasnowidzem, żeby wiedzieć gdzie aktualnie jestem i co robię, jak się czuję! Jak możesz go tak pochopnie osądzać?!
- To zupełnie inna sprawa! - walnął pięścią w stół.
- Zupełnie taka sama! Jego nie było, ciebie nie było! Nikogo nie było! - krzyknęłam. Moje gardło powoli zaczynało boleć. - Czemu tak nagle?! Czemu nagle zacząłeś go nienawidzić?!
- Nigdy go nie lubiłem! Od razu wydał mi się tym złym! - poczułam, jakby mnie ktoś spoliczkował. Łzy. Ledwo je powstrzymywałam.
- Aż tak zależy ci na tym, żebym przyznała ci rację?! Aż tak go nie lubisz?! - zawyłam, po czym opuściłam głowę, zbierając w sobie resztki sił.
- Gdybyś nie czuła do niego nic więcej, gdybyś chciała tylko przyjaźni, to mógłbym go nawet polubić. Ale nie będę tolerował tego, że kręci się przy tobie taki dupek! - powiedział, akcentując ostatnie zdanie. Poczułam kolejny solidnie wymierzony policzek.
- Ty nie wiesz jaki on naprawdę jest. Osądzasz go po jednym czy dwóch wydarzeniach, które nie były jego winą. To ja chciałam wyjść na podwórko. Czułam się dobrze, a kiedy mi się pogorszyło, Simon zaniósł mnie do domu. Pech chciał, że to widziałeś i polazłeś za nami nie wiadomo czemu! - wzięłam głębszy wdech. Tak, teraz zrobię coś nieplanowanego i zupełnie głupiego. Takie rzeczy można wyciągać na wierzch tylko w kłótniach. Tylko, że to nie była zwykła kłótnia. Czułam, że coś między nami pękało. Mat, przecież tak dobrze odczytywałeś moje emocje. Czemu tym razem nie zobaczysz jak bardzo mi zależy? - Poza tym, o co chodziło ci z tym jego jęczeniem, biadoleniem i uczuciem? Przychodził się do ciebie spowiadać czy co?! Mogę być z kim chcę i nikt mi tego nie zabroni, a szczególnie nie ty! Nie należę do ciebie, nie jesteś nawet moją rodziną! Jeśli jeszcze raz zechcesz powiedzieć, że ktoś nie może nawet pogadać z 'TWOJĄ ROSE' to najpierw zastanów się czy aby na pewno jeszcze jestem tą Rose i czy jestem twoja! - wywrzeszczałam ledwo nabierając powietrza. Zakręciło mi się w głowie, ale to Mat opadł bezwładnie na krzesło.
- Ty.. Słyszałaś? Myślałem, że zemdlałaś - wychrypiał.
- Myślałeś! - zaśmiałam się w głos. - Otóż nie! Czułam się na tyle dobrze, żeby jeszcze słyszeć, ba! rozumieć, o czym gadaliście! Simon miał wtedy rację! Nie jestem twoja! Nie jestem niczyja, póki nie będę chciała czyjaś być! - wrzasnęłam, a po moich policzkach popłynęły łzy. Czułam, ze to już koniec. Poddał się, nie miał już argumentów. Nie dał rady mnie pokonać, bo to ja miałam rację. teraz tylko patrzył się tępo w szklankę herbaty, która teraz była już zimna.
- Nie powinnaś go tak chronić. On nie jest taki za jakiego go uważasz - powiedział, znów praktycznie miażdżąc kubek z herbatą. Tym razem trzymał mój, jakby tym mógł mnie przy sobie zatrzymać. Pokręciłam głową.
- Gówno prawda - warknęłam. Mój głos się załamał, odwróciłam się w stronę wyjścia, ale kątem oka zauważyłam jeszcze, że Mat widział, że płakałam. Zamaszystym krokiem wyszłam z jego mieszkania, zatrzaskując za sobą drzwi. Pędem weszłam do swojego domu, zamykając z hukiem drzwi. Zatrzymałam się w korytarzu i otarłam łzy. Poczułam w sobie pustkę. I nagle zrobiło się cicho.
Cicho, jak jeszcze nigdy nie było.