Następny rozdział jest dodany tutaj.
Teraz mam o wiele więcej luzu, więc w czasie ferii napiszę pewnie ze 3 - 4 rozdziały czegoś.
Więc..
Co tu pisać?
Daisy powraca, a ja wraz z nią.
Miłego czytania. :3
***
Zastąpiłam drogę czarnowłosemu chłopakowi już trzeci raz. Zmarszczył brwi, zdezorientowany całą sytuacją. Graliśmy do pierwszego punktu, ale co tu mówić o punktach, skoro Alfa nie mógł nawet przekroczyć połowy boiska. Cały czas trzymałam go pod swoim koszem, nie pozwalając mu na swobodne ruchy. Nawet jeśli byłby dobry w rzutach z daleka byłoby to w tym wypadku zbyt ryzykowne. Z łatwością mogłabym mu zabrać wtedy piłkę. Atmosferę można było teraz ciąć siekierą. Mimo to poruszałam się zwinnie i szybko... O ile 180 cm żywego mięsa może się tak ruszać.
-Cholera - syknął Alfa. Podniosłam się z broniącej pozycji i z ciężkim westchnieniem, przywołałam jednego z jego osiłków. Podszedł nie zważając na pioruny, które sypały się gęsto z oczu czarnowłosego.
-Grajcie tak jak wcześniej. Ty i on na mnie. Może tak być? - powiedziałam ugodowo. Alfa kiwnął głową zgrzytając zębami. Na nowo rozpoczęliśmy grę. Osiłek stanął za mną, Alfa zaczął kozłować, a ja? Ja zrównałam się z mięśniakiem i stanęłam obok niego. Nie za, nie przed. Obok. Ruszył się o krok do tyłu. Ja za nim. On w lewo. Ja w lewo. On w przód. Ja w przód. Wyszczerzyłam się do Alfy. - Co jest? Poddałeś się? - zarechotałam cicho. Jak rozjuszony byk, ruszył do ataku. Mięśniak chciał mnie przyblokować, ale odskoczyłam mocno w prawo. W ten sposób zablokowałam Alfę. Ja po prawej, Osiłek po lewej, a Alfa nie miał jak przejść. Wybiłam mu piłkę, przebiegając obok. Kosz był co raz bliżej. Wyprzedzili mnie. Osiłek stanął między mną a moimi kolegami. Reszta takich jak on zasłaniała widok dziewczynom. W takich właśnie sytuacjach Alfa ruszał do boju. Skoczył na przód, celując nogą w moją stopę. Odchyliłam się lekko, tak by móc jeszcze spojrzeć w jego oczy. Przebijając chłopaka wzrokiem, złapałam piłkę w ręce i cofnęłam się, dostawiając jedną nogę do drugiej. Wcześniej nic nie zauważył. Zaśmiałam się w duchu. nie zauważył, że stoję w zbyt szerokim rozkroku. Rzuciłam piłkę do kosza, jednak ta odbiła się od obręczy, powodując nie małe zamieszanie. Cała nasza trójka ruszyła do zbiórki. Osiłek przysłonił widok Matthiasowi i Charliemu, a ja zostałam zatrzymana. Nastąpił mi na nogę i ani myślał z niej zejść. Syknęłam cicho. Coś szykowali. Alfa wyskoczył po piłkę, a ja już wiedziałam. Wiedziałam co chcą zrobić, widząc niebezpiecznie szybko zbliżający się do mojej twarzy łokieć. Wykorzystałam lepszą niż dotychczas przyczepność odchyliłam się mocno do tyłu, dziękując sobie w duchu za wcześniejsze próby robienia mostka. Łokieć czarnowłosego minął moją twarz o milimetry. Musnął mój nos, ale nie uderzył. Gwałtownym ruchem wyszarpnęłam stopę spod Osiłka, łapiąc piłkę w ręce. Spojrzałam Alfie w oczy. I nagle wszystko zwolniło.
Huczało mi w głowie
Wyrwałam mu ją.
Szybkie uderzenia serca.
Kozioł o podłoże.
Tum-dum-tu.
Krok w lewo.
Tum-dum-tu.
Szybki zwód.
Tum-dum-tu.
Piłka oderwała się od moich palców.
I tak dalej.
Wirowała w powietrzu.
Nieustanne bicie serca.
Po czym lekko uderzyła o tarczę.
Szybko, szybko.
I wpadła do kosza.
Niewidzialna iskra poraziła mój mózg.
Miękko wylądowałam na ziemi, a zaraz po mnie na podłożu znalazła się piłka. Odbiła się od betonu dwa razy, po czym poturlała się wprost pod nogi zdębiałego Alfy. Wszystko powróciło do swojego normalnego tempa. Wiwaty ściskających się dziewczyn, bojowy okrzyk Mata, brawa Charliego i cisza ze strony pokonanych. Spojrzałam na Alfę z góry.
-Taki styl gry nigdy nie poprowadzi cię do ostatecznego zwycięstwa. Jeśli grasz tak z dziewczynami, to źle robisz. Wbrew pozorom wcale nie jesteśmy słabe. Uważaj, bo następnym razem... - przerwałam, odbierając od Mata swój plecak, po czym znów zwróciłam się do Alfy. - Następnym razem to ty możesz zostać ofiarą.. - warknęłam, patrząc na niego obojętnym wzrokiem. To właśnie było to, czego szukałam. Obojętność. Brak empatii dla przegranych. Wściekłe pragnienie wygranej i palące pragnienie zaciekłej walki o punkty.
-Ale.. - zaczęła Nikki, kiedy kilka dni później opowiedziałam jej o swoim odkryciu. - Nie wydaje ci się, że miałaś tak tylko w pierwszej klasie gimnazjum? Potem jakoś tak się tego wyzbyłaś, kiedy dziewczyny zwracały ci na to uwagę.
-Może i tak - westchnęłam, wyciągając przed siebie zdrętwiałe nogi. Spojrzałam na wyświetlacz komórki. Dopiero 10.30, a my już siedziałyśmy za miastem. Dziś zrezygnowałyśmy z rowerów, wiał zbyt mocny wiatr. Przyjechałyśmy tu autobusem, odeszłyśmy kawałek od przystanku i usiadłyśmy w jedynym bezwietrznym miejscu w promieniu kilometra, Dosłownie mówiąc, siedziałyśmy pod mostem. Kiedy chciałam wstać, dotykałam głową spodu wiaduktu. Ciężkie jest życie wysokich ludzi.
Zamknęłam oczy opierając się plecami o ścianę.
-Ej. Co ja mam teraz zrobić? Simon się do mnie nie odzywa. Wczoraj kiwnęłam mu głową na korytarzu, a on tylko spojrzał i się odwrócił - zajęczałam głośno, wierzgając nogami. Echo moich lamentów rozeszło się we wszystkie strony. Nikki zachichotała cicho, ale w porę się uspokoiła.
-Do tej pory jakoś ci to nie przeszkadzało. Ba! Nie przeszkadzało ci to, że nawet słowa nie zamieniliście! Nie myśl, że on tak nagle zacznie za tobą biegać. Zejdź na ziemię kobieto - powiedziała poważnym tonem. Otworzyłam oczy, przyznając jej rację. Za dużo sobie wyobrażałam. Włączyłam muzykę i razem z Nikki darłyśmy się z wokalistami przez około pół godziny, robiąc dziwne miny i ruchy. Nawet nie zauważyłyśmy kiedy przestało wiać. Wyszłyśmy spod mostu i skierowałyśmy się w głąb wsi jedyną asfaltową drogą, która tu była. Doszyłyśmy po 15 minutach do tutejszego boiska do piłki nożnej i siatkówki. Obok niego, na górce, był plac zabaw i miniaturowe boisko do kosza z tylko jedną tarczą. Na kawałku betonu stała wysoka, szczupła dziewczyna. Na uszach miała duże, basowe słuchawki. Kiedy podeszłyśmy bliżej okazało się, że nie jest taka szczupła. Ubrana w szare dresy i granatową koszulkę bez rękawów sięgającą jej do kolan, związywała właśnie włosy. Po chwili schyliła się po piłkę leżącą pod nogami. Uniosła ją i delikatnie wyrzuciła. Mimo, że forma dziewczyny była dobra, piłka odbiła się od obręczy i wróciła do właścicielki. Nikki pociągnęła mnie dalej. Piaskowa drogą dotarłyśmy do lasu. Naszą wyznaczoną dróżką wspięłyśmy się na jedną z dalej położonych górek. Ta była najwyższa jaką do tej pory udało nam się znaleźć. Rozścieliłyśmy koc, wyjęłyśmy z toreb żarełko i zaczęłyśmy jeść.
-Wiem, że mi to już mówiłaś miliony razy, ale dawaj jeszcze raz. Jak poznałaś Simona? - poprosiła Nikki. Spojrzałam na nią zdziwiona. - Bo to takie słodkie, że ty, nieczuła w stosunku do chłopaków dziewczyna, mówisz o nim z takim rozczuleniem. Rozumiesz o czym mówię? - upewniła się między drugim a trzecim kawałkiem ciasta cynamonowego.
-Nie znudziło ci się to jeszcze? - zaśmiałam się, wkładając do ust kolejne ciastko z ziarnami słonecznika i dyni.
-Jak mogłoby? - obruszyła się Nikki. Położyła swój mniejszy koc obok dużego, na którym jadłyśmy i padła na niego.
-No dobra... - zgodziłam się powoli. Usiadłam wygodniej i pozwoliłam, żeby wspomnienia mnie zalały, a słowa wypłynęły ze mnie same. - To było jakieś 4 lata temu, w ostatniej klasie podstawówki. Koniec roku, ostatni dzień. Po rozdaniu świadectw razem z Vivienne poszłyśmy zagrać w kosza do parku. Najpierw jednak zatrzymałyśmy się przy budce z lodami. Na boisko z jedzeniem nie chciałyśmy wchodzić, więc usiadłyśmy na ławce niedaleko. Kończyłyśmy już swoje lody, gdy nagle nadleciała do nas piłka. Złapałam ją, unikając zderzenia z nią. Okazało się, że owa piłka należy do chłopaka o ciemnej karnacji, który nie przeprosiłby nas, gdyby nie jego kolega, blondyn. To był Simon z Oliverem. Po tym skierowali się na boisko, zajmując tylko jeden kosz. Mimo, że nasze niedokończone lody leżały na ziemi, żadna z nas nie chciała się ruszyć. Patrzyłyśmy tylko na wspaniałą grę dwóch chłopaków, którzy graliby pewnie do późna, gdyby nie deszcz. Zaczęło padać. Oliver ledwo dał radę ściągnąć Simona z boiska, jednak my wciąż siedziałyśmy w miejscu. Byłyśmy co raz bardziej mokre, jednak jedno skrzyżowane spojrzenie na siebie nawzajem i już wiedziałyśmy, że ani jedna, ani druga nie chce stąd iść. Zgarnęłam piłkę i pobiegłyśmy na boisko. grałyśmy jak zaczarowane. Po dziesięciu minutach rozpadało się tak mocno, że Vivienne jednak zdecydowała się iść do domu. Była bardzo chorowita, więc każdy taki wyskok mógł się skończyć przeziębieniem. I tak właśnie zostałam tylko ja, kosz, boisko i piłka. Grałam do późna, ale kiedy miałam zamiast iść już do domu, zauważyłam, ze przestało padać. Zadzwoniłam do mamy i uprzedziłam, że wrócę jeszcze później niż obiecywałam. Zgodziła się. Była przyzwyczajona do moich nocnych wypraw. Poza tym park znajdował się zaraz za blokiem, tam gdzie teraz jest tylko boisko. Pamiętam, że uśmiechnęłam się w stronę wschodzącego księżyca. Wiem, że mocno wtedy świecił, bo w momencie, w którym o tym pomyślałam, usłyszałam coś. Byłam przerażona. Ciemno, późno, a ja sama w parku. Przez chwilę nic się nie działo, ale potem usłyszałam cichy śmiech. Na boisko wyszedł wtedy Simon, też przemoczony do suchej nitki i też z piłką pod pachą. Powiedział, że już mnie lubi, i że chciał przeprosić za rzucenie w nas piłką. Zaczęłam ryczeć. Autentycznie zaczęłam ryczeć. Płakałam powtarzając, że cieszę się, że to nie pedofil ani morderca. Od tamtego dnia się nie widzieliśmy. Jego przyjaciel, Oliver, powiedział, że Simon się przeprowadził Byłam smutna. Chciałam jeszcze trochę porozmawiać z nim, poznać go, pograć z nim, a tu klops z malinami. Poszłam do gimnazjum, poznałam ciebie i inne dziewczyny najpierw z klasy, potem z drużyny, do której cię zaciągnęłam. Viv nie poszła ze mną do jednej szkoły, bo przeprowadziła się na drugi koniec miasta. Wtedy zaczęłam trenować na poważnie. Wszystko przychodziło mi jakoś tak łatwo, zresztą widziałaś to. W pół roku pociągnęłyśmy drużynę do góry. Grałyśmy, grałyśmy, grałyśmy, Dla mnie nie liczyło się już nic innego. Mimo, że reszta drużyny zachwycała się kibicującymi chłopakami, ja patrzyłam na boisko. Chciałam grać. Po naszym ostatnim meczu, zostałam na sali, żeby popatrzeć na trening chłopaków ze św. Marii. Chciałam podpatrzeć ich techniki i ćwiczenia, żeby zobaczyć co mam w sobie wytrenować. Wtedy na trybuny wszedł ON. Patrzył chwilę na trenujących kolegów, a zaraz potem dostrzegł mnie. Był zdziwiony i może trochę zmieszany. Okazało się, że to dlatego, że rzadko kiedy jego trener i kapitan pozwalają patrzeć na trening komuś z zewnątrz. I wtedy zobaczyłam jak wyglądał Simon w akcji. To było jak grom z jasnego nieba. Zakochałam się w nim po uszy. Potem była praktycznie na każdym jego meczu, zawsze siedziałam w pierwszym rzędzie i darłam się razem z fankami Olivera. Oczywiście ja kibicowała Simonowi. Potem przyszłam do liceum i nagle zostałam zmuszona do obcowania z moim bogiem koszykówki. To było dla mnie jak cud - westchnęłam po wyczerpującym monologu. Poczułam coraz szybsze bicie swojego serca. Coraz mocniej krążyła krew w moich żyłach. Podniosłam się gwałtownie nie wiedząc co się dzieje. Zamknęłam oczy i wsłuchałam się w siebie. Czego chciało moje ciało? Wstałam, otwierając oczy i otrzepałam tyłek z liści.
-Gdzie idziesz? - spytała zaciekawiona Nikki, ledwo uchylając jedną powiekę.
-Chce mi się biegać, więc idę - wskazałam kciukiem za siebie. Nicole skinęła głową, a ja odwróciłam się na pięcie i zbiegłam ze wzgórza, szeroko rozkładając ramiona. O mało nie wywaliłam się na nos, kilka razy prawie wpadłam na drzewo, ale dalej pędziłam, śmiejąc się na cały głos. Z szerokim uśmiechem na ustach ruszyłam przed siebie, pamiętając, żeby skręcać tylko w lewo. Robiąc tak, zatoczę koło i wrócę do Nikki. Teraz jednak skupiłam się na tym co miałam przed sobą. Co kilka metrów musiałam podskakiwać, żeby nie potknąć się o korzeń drzewa. Krew huczała w moich uszach, oddech był cięższy niż kiedykolwiek, ale nadal się uśmiechałam. Pędziłam między drzewami, śmiejąc się z niczego. Po mniej więcej dwudziestu minutach biegu, zdyszana jak nigdy wróciłam do swojej przyjaciółki. Spakowałyśmy wszystko oprócz butelki wody i zdecydowałyśmy pójść na mini boisko. Kiedy już na nie dotarłyśmy, okazało się, że dziewczyna z wcześniej, nadal tam jest i niezmordowanie rzuca do kosza.
-Wytrwała jest - szepnęła Nikki. Spojrzałam w niebo, próbując przypomnieć sobie imię dziewczyny i nagle mnie olśniło.
-Madlene! - zawołałam, wskazując dziewczynę. Ta jednak nie zareagowała. No tak. Słuchawki. Stanęłam przed nią z szerokim uśmiechem.
-Cześć - powiedziała ściągając słuchawki. Okazało się, że widziała nas wcześniej, ale głupio jej było tak po prostu podejść. Pogadałyśmy chwilę z sąsiadką mojej cioci, po czym zabrałam Nikki i wróciłyśmy do miasta. Obejrzałyśmy kilka filmów, Nicole poszła do siebie, a wszystko stało się to tak szybko, że nie zdążyłam nawet spostrzec kiedy minęła trzecia po południu. Padłam na łóżko, czując nagłą chęć odpoczynku.
Otworzyłam gwałtownie oczy. Zerwałam się na równe nogi i z komórka w ręku pobiegłam do kuchni. Zerknęłam pobieżnie na zegarek, obliczając szybko, że spałam bite cztery godziny. Zaczynało już zmierzchać, a ja trzęsłam się ze strachu pod kuchennym stołem. Nagle uświadomiłam sobie, że to czego się tak bałam, było tylko snem. Zaczęłam się śmiać. Śmiałam się bardzo głośno i długo. Nagle i w pełni świadomie przywaliłam czołem w krzesło, dysząc lekko. Rozpierała mnie energia. Dawno nie miałam takiego uczucia. Zapomniałam już jak sobie z nim poradzić. Co mogę zrobić? Co zrobić? Siedziałam pod stołem, zachowując się jak osoba z zaawansowanym stadium ADHD. Przygryzłam paznokieć prawego kciuka, wydając z siebie ciche pomruki. Nagle mnie oświeciło. Matthias! Wypadłam spod stołu i zdążyłam tylko zmienić spodnie na dresy, bo nogi same poprowadziły mnie do drzwi. Nie zawracając sobie głowy zamykaniem mieszkania na klucz, w niezawiązanych adidasach przebiegłam przez klatkę schodową i zapukałam energicznie. Po drugiej stronie drzwi usłyszałam krzątaninę, a po chwili ciche kliknięcie otwieranych drzwi. Szybkie pytanie, twierdząca odpowiedź i już biegliśmy na boisko za blokiem. Śmiech i rzuty do kosza. Zwody i bloki. Szybkie one-on-one i rozmowy podczas nich.
-Gdzie idziesz? - spytała zaciekawiona Nikki, ledwo uchylając jedną powiekę.
-Chce mi się biegać, więc idę - wskazałam kciukiem za siebie. Nicole skinęła głową, a ja odwróciłam się na pięcie i zbiegłam ze wzgórza, szeroko rozkładając ramiona. O mało nie wywaliłam się na nos, kilka razy prawie wpadłam na drzewo, ale dalej pędziłam, śmiejąc się na cały głos. Z szerokim uśmiechem na ustach ruszyłam przed siebie, pamiętając, żeby skręcać tylko w lewo. Robiąc tak, zatoczę koło i wrócę do Nikki. Teraz jednak skupiłam się na tym co miałam przed sobą. Co kilka metrów musiałam podskakiwać, żeby nie potknąć się o korzeń drzewa. Krew huczała w moich uszach, oddech był cięższy niż kiedykolwiek, ale nadal się uśmiechałam. Pędziłam między drzewami, śmiejąc się z niczego. Po mniej więcej dwudziestu minutach biegu, zdyszana jak nigdy wróciłam do swojej przyjaciółki. Spakowałyśmy wszystko oprócz butelki wody i zdecydowałyśmy pójść na mini boisko. Kiedy już na nie dotarłyśmy, okazało się, że dziewczyna z wcześniej, nadal tam jest i niezmordowanie rzuca do kosza.
-Wytrwała jest - szepnęła Nikki. Spojrzałam w niebo, próbując przypomnieć sobie imię dziewczyny i nagle mnie olśniło.
-Madlene! - zawołałam, wskazując dziewczynę. Ta jednak nie zareagowała. No tak. Słuchawki. Stanęłam przed nią z szerokim uśmiechem.
-Cześć - powiedziała ściągając słuchawki. Okazało się, że widziała nas wcześniej, ale głupio jej było tak po prostu podejść. Pogadałyśmy chwilę z sąsiadką mojej cioci, po czym zabrałam Nikki i wróciłyśmy do miasta. Obejrzałyśmy kilka filmów, Nicole poszła do siebie, a wszystko stało się to tak szybko, że nie zdążyłam nawet spostrzec kiedy minęła trzecia po południu. Padłam na łóżko, czując nagłą chęć odpoczynku.
Otworzyłam gwałtownie oczy. Zerwałam się na równe nogi i z komórka w ręku pobiegłam do kuchni. Zerknęłam pobieżnie na zegarek, obliczając szybko, że spałam bite cztery godziny. Zaczynało już zmierzchać, a ja trzęsłam się ze strachu pod kuchennym stołem. Nagle uświadomiłam sobie, że to czego się tak bałam, było tylko snem. Zaczęłam się śmiać. Śmiałam się bardzo głośno i długo. Nagle i w pełni świadomie przywaliłam czołem w krzesło, dysząc lekko. Rozpierała mnie energia. Dawno nie miałam takiego uczucia. Zapomniałam już jak sobie z nim poradzić. Co mogę zrobić? Co zrobić? Siedziałam pod stołem, zachowując się jak osoba z zaawansowanym stadium ADHD. Przygryzłam paznokieć prawego kciuka, wydając z siebie ciche pomruki. Nagle mnie oświeciło. Matthias! Wypadłam spod stołu i zdążyłam tylko zmienić spodnie na dresy, bo nogi same poprowadziły mnie do drzwi. Nie zawracając sobie głowy zamykaniem mieszkania na klucz, w niezawiązanych adidasach przebiegłam przez klatkę schodową i zapukałam energicznie. Po drugiej stronie drzwi usłyszałam krzątaninę, a po chwili ciche kliknięcie otwieranych drzwi. Szybkie pytanie, twierdząca odpowiedź i już biegliśmy na boisko za blokiem. Śmiech i rzuty do kosza. Zwody i bloki. Szybkie one-on-one i rozmowy podczas nich.
Szczęście zawirowało mną jak nigdy.
Zakręciło mi się w głowie. Dyszałam ciężko. Szeroki uśmiech wypłynął mi na twarz. Dawno tak dobrze się nie bawiłam.
I po chwili zemdlona padłam na ziemię.
-... nie potrafisz zrobić nic bez uszczerbku na swoim zdrowiu - warknął znajomy głos. Otworzyłam leniwie oczy. W pokoju było zupełnie ciemno. Czułam, że piecze mnie twarz, a mimo to trzęsłam się z zimna.
-Kto? Gdzie? - wycharczałam, a moje gardło zapłonęło żywym ogniem. Z oczy popłynęły mi łzy. Ni byłam smutna. Nie panowałam nad wodospadem wydobywającym się z mojego organizmu.
-Matthias był tak miły i przyniósł cię do domu, kiedy mu na boisku zemdlałaś - powiedział tata odrobinę za głośno. Pulsujący ból zdawał się przebijać i rozrywać moją głowę na kawałki. Widząc moją zbolałą minę, tata już nic nie mówił, tylko podał mi leki i wyszedł zamykając cicho drzwi. Z ledwością przełykałam ślinę, nie mówiąc już o gadaniu do siebie. Głowa pulsowała niemiłosiernie, jakby chciała obwieścić punkt kulminacyjny końca. Ciężką niczym ołów ręką sięgnęłam pod poduszkę. Wyciągnęłam spod niej komórkę i zdążyłam tylko zerknąć na godzinę, po czym zaczęłam umierać na niewyobrażalny ból za oczami. Rzucałam się po łóżku, próbując znaleźć najwygodniejszą dla siebie pozycję, aż w końcu usnęłam skulona pod kołdrą niczym kot.
Znów byłam na boisku. Stałam tuż pod obręczą kosza, a za moimi plecami rozciągała się reszta boiska. Nagle piłka wpadła w siatkę i uderzyła mnie w głowę.
-To bolało! - zawołałam trzymając się za czaszkę. Odwróciłam się przodem do boiska. Mat uśmiechnął się szeroko.
-Bonus - zaśmiał się i zniknął. Zaraz po nim zjawiali się wszyscy nastoletni koszykarze jakich znałam osobiście. Wszyscy pojedynczo, wszyscy byli z gimnazjum. Nie tylko ze św. Marii, ale i innych szkół, Każdy coś mówił. Każdy mówił to samo co inni. Najgorsze było to, że nic nie słyszałam. Nagle pojawiłam się ja. Moja młodsza wersja podeszła do mnie i ujęła moją twarz w dłonie uśmiechając się szeroko.
Poderwałam się do góry zlana potem. Kilka sekund później zrozumiałam co mówili. Zrozumiałam co powiedziałam sama do siebie. Mówiłam to zawsze kiedy wchodziłam na boisko w gimnazjum. Popatrzyłam na swoje dłonie, po czym zacisnęłam je w pięści. Uśmiechnęłam się lekko.
-Witaj z powrotem - wyszeptałam, po czym padłam na łóżko zasypiając głęboko.
***
No więc..
Teraz zaczyna się coś miłego, bo romansik będzie. Hehee. XD
Następny rozdział będzie z "Kill them all".
Miłych ferii.
Albo szkoły jeśli ktoś jeszcze chodzi. D:
Do następnego~. :3