piątek, 15 sierpnia 2014

Roz. 14

I jest!
Czternasty rozdział!

Pozdrowienia na dziewczyny, która 'NORMALNIE JUŻ CIERPI' na brak rozdziałów.
              ///Pozdrowienia dla Patrycji ****i Alicji. Wreszcie wiem jak się nazywasz.\\\

***

  -Znów gram - Powtórzyłam spokojnie. Ojciec zatrząsł się i opadł na kanapę, obok nadal siedzącej Shane. Odetchnął głęboko kilka razy i wrócił spojrzeniem na moją twarz, by sprawdzić czy nie żartuję.
  -Chcesz, żeby  znowu stało się to co rok czy pięć lat temu? - spytał masując nasadę nosa. - Ten sport przynosi ci tylko pecha.
  -Tym razem nie mogę być ... - nagle moje gardło się zacisnęło. Nie mogłam tego powiedzieć. Jeszcze nie teraz. - Tym razem trener mnie nie dotknie w ten sposób co rok temu ani ja nie mogę nic mu zrobić. Zresztą, znasz go, nawet bardzo dobrze go znasz - powiedziałam, próbując przypomnieć sobie kiedy mój taka i wujek widzieli się ostatni raz.
  -Kto to? - warknął tata. - Bardzo łagodnie powiem mu, że jeśli tknie cię choć jednym palcem, to urwę mu ręce przy samej...
  -To wujek Peter - przerwałam ojcu, który spojrzał na mnie zdziwiony. - Moim trenerem jest wujek Peter.
  -Nie żartuj - szepnął, zapadając się w sobie. Złość wyraźnie mu już przeszła. Przeczesał włosy palcami. - Mówił mi, że uczy w liceum, ale że akurat u ciebie? - westchnął. - Możesz iść do siebie, Daisy. Na stole w kuchni leżą pączki, możesz wziąć trzy.
  -Dobrze, dzięki - powiedziałam wymijająco, zbierając swoje rzeczy. Przeszłam do swojego pokoju zabierając z kuchni wspomnianą przekąskę i rzuciłam wszystko na łóżko. Usiadłam pod ścianą dzielącą mój pokój z salonem. Chcąc usłyszeć o czym rozmawiają dorośli, oddychałam jak najciszej. O nie, zmieniam się w nindżę, ratunku.
  -O co ci chodziło? To źle, że dalej chce robić to co kocha? - spytała Shane. W jej głosie można było wyczuć odrobinę żalu ukrytego dokładnie pod troską. Ojciec westchnął. Więc jeszcze jej tego nie powiedział.
  -Powiedziałem ci, że Daisy jest pechowym dzieckiem, prawda? Nie mówiłem tak tylko z powodu skręceń, niefortunnych skaleczeń czy potłuczonych szklanek. Od małego przyciąga do siebie złych ludzi. Teraz to się trochę uspokoiło, ale kiedy mieszkaliśmy w szemranym sąsiedztwie było o wiele gorzej. Wtedy, w podstawówce była świadkiem brutalnego pobicia jednego ze swoich starszych kolegów.. - tata westchnął i zmienił temat, ale ja pogrążyłam się we wspomnieniach.
  -Rose! Obiad!- zawołała mama z okna białego, jednopiętrowego domu.
  -Już idę mamo! - odkrzyknęłam. Miałam wtedy tylko dziewięć lat. Uśmiechnęłam się do swojego wspomnienia. Kiedyś byłam taką słodką chłopczycą z wiecznie poobijanymi kolanami i plastrami na ubrudzonej twarzy. - Mamo! Może Michael u nas nocować?!
  -Może, ale chodźcie już na obiad! - zawołała lekko rozeźlona. Złapałam mniejszego blondyna za rękę i pociągnęłam za sobą. Michael był moim przyjacielem od serca, cały czas trzymaliśmy się razem i broniliśmy nawzajem swoich tyłków. Jednak tego pechowego dnia nie mogłam go obronić. Nie miałam nawet jak.
  Kiedy Michael u mnie nocował, we dwójkę wymykaliśmy się z domu i błądziliśmy po krętych, tak dobrze nam znanych uliczkach. Dzieliliśmy jedną pasję - granie w koszykówkę. Nie wymykalibyśmy się przecież z domu bez celu. W nocy rozgrywały się mecze ulicznej koszykówki, na które nie moglibyśmy wejść gdyby nie jeden szczegół. Uczestniczył w nich starszy brat Michaela. Dzięki jego znajomościom dostawaliśmy najlepsze miejsca do podziwiania gry.
  Nikt nigdy nie powiedziałby, że Konnor i Michael byli braćmi. Starszy był dobrze zbudowanym, wysokim, wiecznie zdrowym chłopakiem. Młodszy zaś był raczej szczupłym, niskim i chorowitym dzieciakiem. Tylko w jednym przejawiali jakiekolwiek więzy. Oboje byli wesołymi maniakami koszykówki.
  Tego feralnego dnia drużyna Konnroa znów wygrała, lecz ich przeciwnicy nie umieli zaakceptować swojej porażki. Kiedy starszy brat odprowadzał nas do mojego domu, zostaliśmy napadnięci przez, jak się później okazało, przegranych. Zaciągnęłam rannego Michaela w cień, skąd mogliśmy totalnie niezauważeni i tak samo przerażeni, patrzeć jak Konnor i jego koledzy zastają pobici z niezwykłym okrucieństwem. Kiedy oprawcy przechodzili obok nas, na moją twarz skapnęła kropla krwi. To przepełniło czarę. Nie mogłam się ruszyć. Nawet nie mrugałam. Bałam się, że kiedy zamknę oczy, to oni wrócą.
  -Rose. Chodź. Musimy biec do ciebie i powiedzieć wszystko twoim rodzicom - wyszeptał Michael. Zatrzęsłam się i zaczęłam płakać. Mimo to wstałam i podtrzymując rannego Michaela, ruszyłam w stronę domu. Na szczęście byliśmy już niedaleko. Nie pamiętam co działo się dalej. Nie pamiętam czy mama krzyczała. Nie pamiętam co stało się z Michaelem. Kiedy się obudziłam się w szpitalu z ręką w gipsie i plastrami na twarzy, rodzice powiedzieli, że rodzina Michaela wyjechała, a Konnor nigdy więcej nie zagra w kosza. Pamiętam, że mocno płakałam. Pół roku później sami stamtąd wyjechaliśmy, kiedy oprawcy Konnora zagrozili nam pobiciem, za wydanie ich policji. Rodzice zmienili mi imię, chociaż do teraz nie wiem po co to było.
  -Chcę spotkać Michaela - szepnęłam otwierając oczy. Wyjęłam z kieszeni komórkę i spojrzałam na wyświetlacz. Dopiero pół do siódmej. Wstałam i nie przejmując się tym, że jestem tylko w dresach i bluzie, wyszłam z domu. Na boso przebiegłam przez klatkę schodową i zapukałam do drzwi.
  -Już, już - usłyszałam mruknięcie i po chwili drzwi stanęły otworem - Cześć.
  -Cześć. Mogę wejść czy przeszkadzam? - spytałam patrząc na nagi, umięśniony tors Matthiasa.
  -Wchodź - powiedział odsuwając się i robiąc mi przejście. Weszłam do jego mieszkania i skierowałam się prosto do salonu. Usiadłam po turecku na fotelu i zaczekałam na Mata, który przy akompaniamencie przekleństw, szukał swoich koszulek. - Chciałaś coś konkretnie, czy tak sobie przyszłaś? - spytał stawiając przede mną kubek parującej kawy.
  -Zachciało mi się powspominać i jakoś tak mi teraz smutno. Chciałabym zobaczyć się ze swoim przyjacielem z dzieciństwa - mruknęłam pociągając nosem.
  -Też miałem kiedyś taką koleżankę. Był z niej dzikus! Gorszy od chłopaków - zaśmiał się Mat. - Gdyby nie ona, mój brat by umarł. Teraz jeździ na wózku, ale z dwojga złego lepiej to, prawda? - zaśmiał się jeszcze raz. Uśmiechnęłam się lekko, przytakując.
  -Przeze mnie mój przyjaciel ma bliznę na plecach - szepnęłam po kilku minutach ciszy.
  -Ogólnie to wiele zawdzięczam tej dzikusce - Mat spoważniał. Najwyraźniej nie usłyszał tego, co powiedziałam. - Bawiła się ze mną mimo, że byłem chudszy i słabszy od niej... - chłopak zanurzył się we wspomnieniach, ale po chwili podniósł na mnie wzrok. - Chcesz coś zjeść?
  Spojrzałam na niego zdziwiona.
  -Spokojnie, nie otruję cię - zaśmiał się wychodząc z pokoju. Spojrzałam na jego plecy. Spod koszulki wyzierała okropna blizna. Upiłam łyk kawy. Gorzko-słodka z mlekiem. Taka jaką lubię najbardziej. - Nauczyłem się nieźle gotować podczas mojego pobytu w Europie. Masz, spróbuj - powiedział stawiając przede mną talerz z parującym spagetti. Niepewnie wzięłam pierwszy kęs. Po kilku sekundach pochłonęłam resztę.
  -Dobre. Bardzo dobre - powiedziałam z pełnymi ustami.
  -Dziękuję. Specjalnym składnikiem jest moja radość z gotowania - zaśmiał się widząc moją wątpiącą minę. Przełknęłam jedzenie, dopiłam kawę i usiadłam prosto.
  -Chcesz zobaczyć jak wyglądał? Ten mój przyjaciel - spytałam cicho. Mat kiwnął głową, więc wstałam i wyszłam z jego mieszkania. Weszłam do swojego salonu i otworzyłam szafkę ze zdjęciami.
  -Co jest, Daisy? Wychodzisz gdzieś jeszcze? - spytał mój tata, nagle zjawiając się za mną. Kiwnęłam głową i nie chcąc nic więcej mówić, pokazałam mu zdjęcie. Wstałam i przebiegłam do mieszkania obok.
  -Też znalazłem kilka swoich zdjęć z dzieciństwa. Tu wyszliśmy najlepiej - powiedział Mat podając mi zdjęcie. Spojrzałam na nie zaciekawiona. Dwójka dzieciaków. Chłopiec ma na twarzy namalowanego tygrysa, a dziewczynka węża. Oboje szczerzyli się do aparatu robiąc zeza. Uśmiechnęłam się i upuściłam oba zdjęcia na podłogę. Z szoku nie mogłam się ruszyć. To niemożliwe. Jakim cudem? To zakrawa już na denny film.
   Mat podniósł upuszczone zdjęcia i sam na nie spojrzał. Po chwili skierował zszokowany wzrok na mnie.
  -Michael? - szepnęłam czując rosnące szczęście. Mat skinął głową i przytulił mnie mocno. Wszystkie uczucia opuściły mnie tak szybko jak się pojawiły. Uniosłam ramię i wcisnęłam pięść w brzuch Mata, który zgiął się w pół. - Nie dotykaj mnie z zaskoczenia, jeśli chcesz żyć - warknęłam, patrząc na niego z góry.
  -Okej. Zrozumiałem - wycharczał, trzymając się za brzuch. Usiadł na kanapie i spojrzał na mnie z uśmiechem.
  -Co jest? - spytałam speszona. Wzruszył ramionami.
  -Po prostu się cieszę, że tu jesteś - zaśmiał się, a mi zmiękło serce. Rozłożyłam ramiona z wahaniem. Mat wstał i powoli, delikatnie objął mnie silnymi ramionami. Poczułam jakby ktoś przeniósł mnie w czasie. Kiedyś często się tak przytulaliśmy. Teraz Michael był znów obok. Może nie do końca taki jak go zapamiętałam, ale ważne, że jest.
  -Ej, Mat - westchnęłam po piętnastu minutach.
  -Hmm? - mruknął.
  -Teraz już ci nigdzie nie ucieknę, więc daj mi może wrócić do domu? - zasugerowałam. Mat niechętnie puścił moją talię i odprowadził mnie pod drzwi.
  -Dobranoc - powiedział z szerokim uśmiechem.
  -Dobranoc - odparłam zamykając drzwi. W ręku nadal ściskałam nasze zdjęcie. Weszłam do swojego pokoju i wyciągnęłam z szuflady ramkę, którą dostałam od taty na któreś urodziny. Włożyłam zdjęcie do środka i postawiłam na parapecie. Uśmiechając się szeroko odblokowałam telefon. Miałam jedną wiadomość głosową.
  -Um... Ashley? Co tam u ciebie i twojej przyjaciółki? Już lepiej między wami? Mam nadzieję, że tak. Dziś widziałam swoją byłą przyjaciółkę. Powinnam być wściekła za to co zrobiła. Byłam. Przez dziewięć miesięcy byłam wkurzona, ale dziś... Siedziała taka roześmiana z jakimś chłopakiem. Widać, że naprawdę dobrze się beze mnie bawi. To dziwne uczucie. - jej głos zmienił się. Zawsze zmieniała ton na niższy kiedy była zła. - Co ja mam zrobić? Nienawidzę jej. Bawiła się mną. - wzięła głęboki oddech. - Nie jest mi smutno. Trochę jej zazdroszczę. Poszła w życiu dalej, dobrze się bawi.. Nie jestem już na nią zła. Mogła tak zrobić, nikt nie mógł jej tego zabronić. To wolny kraj. Mimo to, zraniła mnie. Mocno mnie zraniła - westchnęła. - Przepraszam, że tak ci się wyżalam. Mam pytanie. Czy mogłybyśmy gadać częściej? Odpowiedz mi szybko. Do usłyszenia.
  Po moich policzkach popłynęły łzy. Vivienne. Nie wiedziałam, że cały ten czas kryła swoje uczucia za tak grubym murem. Nie miała powodu. Mogła znaleźć nowych przyjaciół, cieszyć się życiem, więc czemu? Trzęsącymi rękoma odpisałam jej.

Oczywiście, że możemy więcej gadać. 
Myślę, że nie powinnaś jej zazdrościć, 
tylko sama szukać swojego szczęścia.

  Po kilku sekundach miałam już odpowiedź. Znalazła trzy nowe koleżanki, z którymi dobrze jej idzie dogadywanie się i ... bla bla bla. Dla mnie ważne było to, że nic jej nie było. Uśmiechnęłam się przez łzy. Czułam się jak ostatni śmieć. 
  Wstałam rano i nieprzytomnie spojrzałam na wyświetlacz telefonu. Wstałam i ziewając, poczłapałam do łazienki. Załatwiłam swoje potrzeby, przebrałam się w mundurek i stanęłam przed lustrem by umyć zęby. Kiedy miałam już usta pełne piany, spojrzałam w zwierciadło pierwszy raz tego dnia i od razu zamarłam. Zapomniałam. Zupełnie zapomniałam o swoich włosach. Jakoś poprzedniego wieczoru umknęło mi to. Niepoczesane po myciu robiły się kręcone i napuszone. Westchnęłam zrezygnowana. Wypłukałam usta i zabrałam się za czesanie siana, które udawało moje włosy. Szło opornie, ale w końcu udało mi się zlikwidować wszystkie kołtuny. Co wcale nie oznacza, że szopa na głowie się zmniejszyła. Co to, to nie. Była może nieco prostsza i mnie pokręcona, ale nadal wyglądałam jakby trafił mnie piorun.
  Zarzuciłam torbę na ramię i zamknęłam puste mieszkanie na klucz.
  -Hej - usłyszałam zza swoich pleców. Odwróciłam się przerażona, by po chwili odetchnąć z ulgą.
  -Cześć Mat - powiedziałam i z wahaniem przytuliłam się do niego, gdy wyciągnął ramiona w moją stronę. Po chwili oderwaliśmy się od siebie i trajkocząc wesoło, zeszliśmy po schodach. Zabawnie było iść z kimś do szkoły i rozmawiając, śmiać się ze wszystkiego. Tak dobrze się bawiłam, że nie zauważyłam, kiedy dotarliśmy pod szkolną bramę.
  -Dzięki, że mnie odprowadziłeś - uśmiechnęłam się. - O której dziś kończysz?
  -Razem z treningiem tak koło 17.30 - wyszczerzył się.
  -Ja też jakoś tak, to wpadnę do ciebie po lekcjach. Dobrze? - Mat kiwnął głową. Objął mnie szybko ramionami i odbiegł goniąc nadjeżdżający autobus. Pomachałam mu, kiedy siedział przyklejony do szyby.
  -Masz chłopaka, a ja o tym nie wiem? - usłyszałam tuż przy swoim uchu. Odwróciłam się gwałtownie. Przede mną stała naburmuszona Nikki i uśmiechnięta od ucha do ucha Miriam.
  -On nie jest moim chłopakiem - zaśmiałam się, witając je obie.
  -To kim? - spytała podejrzliwie Miriam. Zawiesiłam się na chwilę. No właśnie. Kim on dla mnie jest TERAZ?
  -Przyjacielem z dzieciństwa... tak jakby - mruknęłam, ale ożywiłam się chwilę potem, gdy Nikki spytała o przebieg rozmowy z Simonem. Opowiedziałam dziewczynom wszystko od początku do końca. W między czasie usiadłyśmy pod drzwiami wejściowymi do szkoły.
  -Żartujesz! - zawołała miedzianowłosa. - Simon powiedział coś takiego? No nieźle... - szepnęła i spojrzała w niebo.
  -Na co patrzysz? - spytałam zaciekawiona. Miriam odwróciła się w moją stronę. Z poważnym wyrazem twarzy położyła mi dłoń na ramieniu i zbliżyła się do mnie.
  -Simon powiedział coś miłego z własnej woli, więc świat właśnie się skończył. Czekam aż przyleci meteoryt.
  Zrobiłam minę przejechanej żaby.
  ...
  Co ona wygaduje?

***

No.
To już koniec tegoż rozdziału.
Jeszcze raz pozdrawiam Patrycję i miłego piątku.
Trzymajcie się! ♥

środa, 6 sierpnia 2014

Roz. 13

przebiła mi się piłka.
znowu.
nienawidzę tego walonego płotu naokoło boiska.

Dedykacja dla Justyny. :3


***

  Zamrugałam zaskoczona. Zwiesiłam bezradnie ramiona rozszerzając usta w grymasie zdziwienia. Oczy prawie wyszły mi z orbit, a ja sama chciałam zacząć tańczyć.
  -Co? Trafiłam? Ja? Jak to? To tak można? - zaczęłam mruczeć do siebie, gestykulując gwałtownie. Piłka wpadła? Potrząsnęłam głową. Przecież nigdy nie trafiałam zza linii za trzy.
  -Pierwsze punkty dla drużyny Marii! - zawołał Peter, zajadając się paluszkami, ale ja nawet nie spojrzałam w jego stronę. Biegłam pod kosz przeciwników, podskakując radośnie z szerokim na kilometr uśmiechem. Ustawiłam się na swojej pozycji z szeroko rozłożonymi ramionami, czekając na powrót dziewczyn, które leniwie zaczęły akcję. Z nudów, ale i ze szczęścia, zaczęłam podrygiwać. Po chwili tańcowałam sobie w najlepsze z doskonałym humorem, wywijając naokoło rękoma.
  -Co ona robi? - szeptały między sobą dziewczyny oglądające trening. Zaśmiałam się głośno, po czym stanęłam na szeroko rozstawionych nogach z rozłożonymi na boki ramionami.
  -'Co robię'? - mruknęłam, podbiegając do kozłującej piłkę Patricii. Patrzyła na mnie, stojąc w miejscu. Chciała podać do Amy, ale przebiegłam między nimi, przechwytując piłkę w locie. - Ja po prostu dobrze się bawię - powiedziałam, mijając wszystkich pędem. Na mojej drodze stanęła Nancy. Okręciłam się na lewej pięcie, przytrzymując piłkę jedną dłonią, po czym pobiegłam dalej. Nie musiałam się rozglądać, żeby wiedzieć, że za mną podąża Nikki ramię w ramię z Caroline. Biegły po obu moich stronach, uniemożliwiając mi wygodne manewry czy nawet zmyłki.

Chwila.

  Po jakiego ciężkiego kamienia mam się nimi przejmować? Pędziłyśmy prosto na kosz w zawrotnym tempie. Tuż przed linią rzutów za trzy złapałam piłkę i zrobiłam pierwszy krok. Potem zrobiłam drugi i wyskoczyłam z lewej nogi w górę. Delikatnie wyrzuciłam piłkę w stronę kosza. Syknęłam cicho. Zaraz po dotknięciu stopami ziemi, wyskoczyłam do zbiórki. Złapałam piłkę w dłonie i trzymałam ją tuż przed swoją klatką piersiową. Rozejrzałam się. Maria była kryta, Susan też. Risky już ledwo dyszała. Moment. Złapałam kontakt wzrokowy z Nataly. Lekko przekrzywiłam głowę w prawo, dając dziewczynie sygnał do biegu. Nie spodziewałam się, że zrozumie o co mi chodzi, ale dziewczyna nie była głupia. Puściła się pędem w lewo, po czym zawróciła do mnie. Kiedy przebiegała obok, podałam jej piłkę z rąk do rąk. Nataly zrobiła dwa kroki i zdobyła kolejne punkty. Uśmiechnęłam się do niej, unosząc dłoń, ale ona zignorowała ten gest. Potruchtała do Risky, zatrzymała się przy niej, coś szepnęła i spojrzała na mnie ukradkiem. Wydęłam policzki.
  -Chyba mnie nie lubi - powiedziałam do Nikki, ale ta tylko wzruszyła ramionami i podeszła do Caroline. Wyszczerzyłam się w duchu. Zauważyła. Nicole zauważyła, że powoli znów staję się sobą, a ona boi się 'mnie', bo 'ja' nie jestem słabą, naiwną i spokojną dziewczynką, nieumiejącą radzić sobie z problemami. Potruchtałam do Nancy, która wyrzucała spod kosza. Podała do Caroline. Po prostu rzuciła piłkę w lewo bez sprawdzania czy dziewczyna w ogóle tam stoi... Ale Caroline tam była. Złapała piłkę i pobiegła przed siebie. Ustawiłam się pod swoim koszem i czekałam. Zaczęłam cicho nucić piosenkę, która grała mi w głowie. Nadciągała Patricia. Doskoczyłam do niej, ale ona minęła mnie, przy okazji popychając barkiem. Nie zachwiałam się. Stanęłam przed nią znowu, ale ta już robiła dwutakt. Wyskoczyłam w górę i zabrałam piłkę jedną ręką, od razu przechodząc w kozioł. Biegłam przed siebie, jakby zależało od tego moje życie. Kątem oka zobaczyłam Marię, która gotowa do przyjęcia podania, biegła po prawej. Zatrzymałam się przed linią za trzy. Podać? Nie podać? Prychnęłam cicho, łapiąc piłkę w ręce. Wyrzuciłam ją w górę. Oparłam dłonie na biodrach i patrzyłam jak piłka powoli leci w stronę kosza wysokim łukiem. Uśmiechnęłam się ironicznie.
  -Toż to widać, że spudłuję - zaśmiałam się na głos. Zaraz potem piłka odbiła się od obręczy i wleciała prosto w wyciągnięte ręce Marii, która od razu zdobyła punkty.
  -Ile jest? - spytała dysząc lekko.
  -Siedem do zera - powiedziała Patricia ocierając twarz koszulką. Uśmiechnęłam się. Tylko trzy punkty i wygramy.
  -Przestań - powiedziała Nikki i trzepnęła mnie dłonią w tył głowy. - Uśmiechasz się jak rasowy psychopata. To straszne.
  -To nie było miłe - wykrzywiłam się, pocierając kark. Mimo to ogarnęła mimikę twarzy i wróciłam do obrony. Tym razem to przeciwna drużyna zdobyła 3 punkty. Zaraz potem przechwyciłam piłkę kierując się na kosz. Pobiegłam w prawo, gwałtownie skręciłam w lewo i minęłam Caroline. Zatrzymałam się tuż przed linią za trzy i rzuciłam piłkę do kosza. - Trolololo! - zawołałam, przybijając piątkę samej sobie. Zeszłam z boiska i wzięłam do ręki butelkę Nikki i wypiłam resztę pozostałej wody. 
  -Dobra, wystarczy. Następny trening jutro. Na razie, dziewczyny! - zawołał Peter. Wszystkie ruszyłyśmy do wyjścia i poszłyśmy do szatni. Zrezygnowałam z prysznica, przebrałam się w normalne ciuchy i przytuliłam Nikki na pożegnanie. To już teraz. Tłumaczenie Simonowi mego życia nadchodzi. -Daisy! - albo i nie. Wujek zatrzymał mnie, łapiąc moje ramię. Odwróciłam się w jego stronę z kwaśną miną. - Czemu znów zaczęłaś grać? Kiedy gadałem z twoim tatą przez telefon to mówił, że nie masz zamiaru dalej tego ciągnąć - powiedział zdziwiony, puszczając moje przedramię.
  -To długa historia. Opowiem ci, jak przyjdziesz nas odwiedzić! - zawołałam biegnąc przed siebie. Wpadłam na schody. Skakałam po dwa schodki pędząc na najwyższe piętra szkoły. Wypadłam na dach i rozejrzałam się naokoło. Wspięłam się na daszek nad drzwiami. - O ty cholero - syknęłam, nigdzie nie widząc Simona. Usiadłam po turecku, opierając czoło o siatkę ogradzającą dach i czekałam. Podniosłam głowę do góry. Kiwałam się w przód i w tył patrząc w niebo. Nagle straciłam równowagę i poleciałam do tyłu. Moją łepetynę przeszył ostry ból, ale trwał tylko chwilę. Ustał, gdy tylko zobaczyłam piękne, błękitne niebo z powoli zniżającym się do horyzontu słońcem. Wyciągnęłam ręce w górę.
  -Ehh... Chciałabym, żeby wszystko było takie jak kiedyś - westchnęłam, śledząc wzrokiem leniwie przesuwające się chmury.
  -Ja też - powiedział ktoś, wchodząc na dach. Poderwałam się do pozycji siedzącej i zamarłam widząc Simona w spodniach od mundurka i luźnej koszulce. - Co się stało? spytał. Potrząsnęłam głową, odrywając wzrok od mięśni ramion chłopaka.
  -No to... Co tam u ciebie? - spytałam speszona, kiedy usiadł obok mnie. Wzruszył ramionami i położył się na gołym betonie. Dreszcz przeszedł mi po plecach, kiedy wyobraziłam sobie jak w tej koszulce musi mu być zimno.
  -Nie jest źle, ale nie przyszliśmy tu gadać o samopoczuciu, nie? - mruknął, przymykając oczy. Po chwili ciszy poklepał miejsce obok siebie. Położyłam się na plecach z lekkim wahaniem.
  -Więc co chcesz wiedzieć? - spytała, czując jak ze stresu serce wali mi jak dzwonem. Moje ręce drżały niemiłosiernie, pocąc się przez ogarniający mnie strach. ... Strach? Nie, to chyba nie to.
  -Nic nie chcę wiedzieć - powiedział Simon, kładąc ręce pod głowę. Poderwałam się do pozycji siedzącej i wybałuszyłam oczy, patrząc na chłopaka.
  -Jak to? Nie chcesz wiedzieć już co działo się z Rosy przez cały ten czas? Przecież prawdopodobnie tak ją lubiłeś - zdziwiłam się. Zawiał mocny wiatr. Moje niezwiązane włosy rozwiał tak, że zupełnie przesłoniły mi widok. Natychmiast zaczesałam je do tyłu. Serce zabiło mi jeszcze mocniej. Mimo, że tylko przez chwilę, mimo, że widok zasłaniały mi włosy, mimo, że słońce świeciło mi w oczy... Mimo wszystko zobaczyłam jak Simon uśmiecha się szeroko, mrużąc lekko oczy, które jaśniały szczerością.
  -Nie lubiłem, tylko nadal ją lubię. I to prawda, chciałbym wiedzieć co się z nią działo i w ogóle chciałbym wiedzieć wszystko, ale nie chcę nic na siłę. Wiem, że nie jest jeszcze gotowa się ze mną spotkać i opowiedzieć o wszystkim - powiedział, siadając. O czym on bredzi? Przecież siedzę obok i jestem tu dla niego, do cholery! Otworzyłam usta, gotowa go zwymyślać, ale zamknęłam je w tej samej chwili. Zrozumiałam o co mu chodziło. - Możesz jej coś przekazać? Powiedz, że ma przyjść do mnie osobiście, bo nie zaakceptuję wyjaśnień od ciebie. Ma mi to powiedzieć twarzą w twarz. - powiedział wpatrując się w dal. Uśmiechnęłam się słysząc z ust Simona tak niecodzienne dla niego słowa.
  -Myślę, że źle zaczęliśmy naszą znajomość - powiedziałam wstając. Simon popatrzył na mnie zaciekawiony, ale podniósł się stając naprzeciwko mnie. Wyciągnęłam do niego rękę, a on ją uścisnął. - Jestem Daisy Rose Andrews.
  -Simon Blake. Miło mi cię poznać Daisy - powiedział z poważnym wyrazem twarzy. Zaraz potem wybuchnęliśmy powstrzymywanym do tej pory śmiechem. W mojej głowie zawirowała myśl, że Simon ma bardzo duże dłonie, jednak ta myśl zniknęła, kiedy usłyszałam jego śmiech. Po chwili puściliśmy swoje dłonie, pozbieraliśmy rzeczy z ziemi i weszliśmy do szkoły. Poszliśmy po kurtki do szatni, gadając o dzisiejszym treningu. Ubrani w ciepłe, jesienne kurtki, wyszliśmy poza mury szkoły. Tuż za bramą pożegnaliśmy się ciepłymi uśmiechami. Skierowałam się w stronę swojego domu, myśląc o swoim nowym odkryciu. Simon wie, że Daisy i Rosy to jedna osoba, ale traktuje je jak dwa różne byty. Nie naciskał na mnie, bo nie jestem osobą, którą on lubił. Uśmiechnęłam się. Nie jestem, ale będę osobą, którą polubi bardziej niż Rosy. O mało nie wybuchnęłam śmiechem. Przystanęłam, by przeszukać kieszenie kurtki. Zadowolona, znalazłam w nich pieniądze z zeszłego roku.
  Ze słuchawkami na uszach wkroczyłam do supermarketu. Od razu skierowałam swoje kroki do działu ze słodyczami. Zaśmiałam się cicho, widząc wystającą znad półek brązową czuprynę. Zawiesiłam słuchawki na szyi i podeszłam do chłopaka na palcach. Znienacka dotknęłam jego pleców. Andy podskoczył lekko i odwrócił się w moją stronę. Uśmiechnęłam się szeroko.
  -Cześć - powiedziałam, sięgając po czekoladowe ciastka.
  -Cześć - odpowiedział patrząc na mnie jeszcze chwilę, po czym wziął z półki trzy paczki żelek. Obeszliśmy w ciszy cały sklep, wybierając nasze ulubione jedzonko. Po zapłaceniu za zakupy, poszliśmy na jeden z pobliskich placów zabaw.
  -Co u ciebie? Dawno się nie widzieliśmy - powiedziałam, otwierając paczkę ciastek. Wzięłam jedno i wgryzłam się w nie jakbym widziała je pierwszy raz.
  -Miałem trening i zgłodniałem, więc poszedłem coś kupić - odparł, wpakowując sobie do ust garść chipsów. - A u ciebie? - spytał z pełną buzią, odgarniając niesforne kosmyki z twarzy. Przełknęłam ciastka i podrapałam się po brodzie.
  -Wróciłam do grania w kosza - mruknęłam, lekko zawstydzona.
  - Serio? To fajnie - stwierdził Andy grzebiąc w reklamówce. Zastygł na sekundę, po czym podniósł na mnie zdziwiony wzrok. Zaczęłam się nieopanowanie śmiać. Straciłam równowagę i spadłam z oparcia ławki, a którym siedziałam. Mimo lekkiego bólu łokcia, śmiałam się dalej, tarzając się z boku na bok.
  -O matko... Twoja twarz - zawyłam ze śmiechu. Andy naburmuszył się lekko, jednak to nie ukryło jego uśmiechu. - Przepraszam, przepraszam - wydusiłam przez łzy rozbawienia. Teraz Andy też uśmiechał się szeroko. Szybko wygrzebał coś z reklamówki i rzucił mi to. Złapałam to wyskakując wysoko w górę. Spojrzałam na dłonie, gdzie leżał karmelowy batonik. Spojrzałam na chłopaka zdziwiona.
  -Muszę już iść. Papa - uśmiechnął się. Zebrał swoje rzeczy i machając mi na pożegnanie, odszedł szybkim krokiem. Po kilku sekundach zza rogu wybiegł rozjuszony Dominic. Rozejrzał się szybko i podszedł do mnie.
  -Widziałaś Andy'ego? Jego trener dzwonił, że nasz gigant zwiał w środku treningu - wysyczał wściekły. Pokręciłam głową, a on zrezygnowany padł obok mnie na ławkę. - Ja z nim już nie mogę. W gimnazjum było to samo. I z nim i z Simonem. Mam już dość. Nie działa na nich zastraszanie. Rozumiesz? Nawet jak im groziłem, to nie przychodzili!
  -Spokojnie Dominic. Simon już chodzi na treningi, a z Andy'm musisz poradzić sobie sam, skoro ci to tak bardzo przeszkadza - powiedziałam patrząc w przestrzeń. Po chwili zdałam sobie sprawę z tego, że chłopak mi się przygląda. Uniosłam pytająco brwi.
  -Wróciłaś do tego koloru. Jesteś zmęczona, wracasz później niż kończą się zwykle lekcje... - powiedział i zamyślił się na chwilę. - Nie mów.. - wyszeptał z rozszerzonymi oczami. - Znowu grasz?! - zawołał spadając z ławki. Prychnęłam rozbawiona, ale na nic więcej sobie nie pozwoliłam. Dominic już wstał i porażał wzrokiem wszystko wokoło. - Zaśmiałaś się.
  Zaprzeczyłam gwałtownie.
  -Zaśmiałaś się. Słyszałem to - warknął i rzucił się na mnie. Przeskoczył ławkę i zaczął mnie podduszać. Mimo, że wyglądało to groźnie, wcale takie nie było, jednak dałam się wkręcić w zabawę. Udawałam, że się duszę, ledwo powstrzymując śmiech. W pewnej chwili Dominic zacieśnił uścisk. Zaczęłam się bać. Zanim strach zaczął kiełkować, kątem oka dostrzegłam czerwoną czuprynę. Matthias oderwał małego dusiciela od mojej szyi i trzepnął go po głowie.
  -Nie pozwalaj sobie - warknął Dominic, patrząc na Mata z byka.
  -To twoja wina. Dusiłeś mnie - wysyczałam, dając mu prztyczka w czoło. Zachowywał się jak małe dziecko, co rozbawiło mnie bardziej niż jego upadek.
  -Czemu się tak do ciebie kleił? - spytał Mat wskazując niższego chłopaka.
  -Nie wiem, ale zaraz przed tym wywalił się i ja się zaśmiałam - wypaliłam. Dominic znów chciał się na mnie rzucić, ale zanim jego małe, klejące łapki mnie dosięgły, przeżył spotkanie pierwszego stopnia z moją pięścią.
  -Gratulacje. Idziemy do domu? - spytał Matthias, gnijąc ze śmiechu na widok czerwonego śladu na czole Dominica.
  -Jasne. Sorka, Domi, muszę już iść. Nie zabijaj Andy'ego. Ja chcę to zrobić! - zawołałam goniąc biegnącego do przejścia Mata. Zdążyliśmy przebiec na zielonym świetle w ostatniej chwili. Za ulicą mogliśmy już odsapnąć, ale zamiast tego, zaczęliśmy się śmiać. Wstąpiliśmy do kolejnego spożywczaka i kupiliśmy kilka garści lizaków. Kiedy wyszliśmy z budynku, zauważyliśmy wybiegającego ze sklepu naprzeciwko Olivera. Przebiegł obok nas i pognał dalej. Chwilę potem zostaliśmy praktycznie zdeptani przez piszczący tłum dziewczyn i kobiet w różnym wieku. Spojrzałam na Mata, Mat spojrzał na mnie i zaczęliśmy się śmiać. Wybuchłam jeszcze głośniejszym śmiechem, kiedy czerwonowłosy o mało nie padł na zawał. Powodem był oczywiście Charlie, którego nikt nigdy nie zauważał przez jego niski wzrost. Z Charlie'm był Ron, i jak mówili, szli do biblioteki się pouczyć. Po krótkiej wymianie zdań, pomachaliśmy im na pożegnanie. Rozpakowała lizaka i wsadziłam go sobie do ust. Nagle usłyszałam szybkie kroki. Odwróciłam się o sto osiemdziesiąt stopni i to był błąd. Ile razy jeszcze będę miała zawał?
  -Miriam, puść mnie - powiedziałam, próbując oderwać od siebie miedzianowłosą dziewczynę, która odkleiła się ode mnie z szerokim uśmiechem.
  -Chciałam ci tylko podziękować. Zmieniaj Simona dalej. Dziękuję, bardzo ci dziękuję. Papa! - zawołała ze śmiechem, odbiegając w stronę, z której przybyła. Wzruszyłam ramionami i poczłapałam w stronę swojego mieszkania. Mat podążył za mną. Opowiedziałam mu o dzisiejszym dniu, o moim strachu przed reakcją Simona, o treningu.. Powiedziałam mu dosłownie o wszystkim. Kiedy stanęliśmy każdy pod swoimi drzwiami, pożegnaliśmy się szybkim 'to cześć' i zniknęliśmy za drzwiami.
  -Już jestem! - zawołałam w głąb domu, rzucając swoje Nike'i w kąt. Z salonu wychyliła się Shane i ruchem ręki zachęciła mnie do wejścia do pomieszczenia. Wetknęłam głowę w szparę między drzwiami a futryną i po chwilowym wahaniu, rzuciłam się tacie na szyję.
  -Witaj w domu! - zawołałam oplatając go ramionami.
  -Cześć Daisy. Co u ciebie? Co się stało, że jesteś taka zgrzana? - spytał z uśmiechem. Powiedziałam dorosłym, żeby chwilę poczekali, bo muszę się wykąpać. Stanęłam w łazience przed lustrem i wzięłam głęboki wdech. wypuściłam z sykiem powietrze, przygotowując się na gwałtowną reakcję ojca na wieść o moim powrocie do koszykówki. Weszłam do wanny, wykąpałam się, umyłam włosy i przebrana w piżamę, wróciłam do salonu. Chwyciłam butelkę mleka, którą kupiłam podczas spotkania z Andy'm i wypiłam pół litra duszkiem.
  -Co u ciebie, tato? Jak było w pracy? - spytałam, rzucając się na mój ulubiony, duży fotel.
  - Nawet fajnie. Nie było źle - zaśmiał się jedząc ciasto zrobione przez Shane.
  -A powiesz mi co remontowałeś? Zabawna historyjka jakaś? Byłeś z panem Tomem? - spytałam, chcąc odwlec pytanie ojca. Byłam niemal na 100% pewna, że wujek Peter już do niego dzwonił. Tata popatrzył na mnie podejrzliwie, mrużąc oczy.
  -Coś przeskrobałaś? - mruknął, odstawiając talerzyk z ciastem na stół. - Nigdy się aż tak nie interesowałaś tym co robię, a jeśli już, to zawsze coś chciałaś pod tym ukryć.
  -Nie. Nic się nie wydarzyło - uciekłam wzrokiem w bok udając, że bardzo ciekawi mnie czarno-biały film z lat osiemdziesiątych.
  -Mów. Liczę do trzech. Potem zabieram ci kieszonkowe - warknął tata. - Raz... Dwa...
  - Okej, okej! - zawołałam podrywając się z fotela i machając gwałtownie ramionami. - Powiem. Spokojnie. Brak kasy równa się brak lizaków i kefiru a na to nie mogę sobie pozwolić - powiedziałam zrezygnowana, padając z powrotem na fotel.
  -Lizaki? Kefir? - zdziwił się ojciec, a ja westchnęłam ciężko. Jednak wujek jeszcze się nie dorwał do telefonu. Założyłam nogę na nogę, a ramiona zarzuciłam na oparcie. - Wróciłaś na naturalnego koloru włosów. Czemu? Co się stało?
  -Na wszystkie zadane do tej pory pytania jest jedna odpowiedź, tato - powiedziałam z poważną miną. Zamknęłam oczy. - Znów zaczęłam grać w koszykówkę.
  -Co? - szepnął ojciec po minucie milczenia. Wiedziałam, że tak będzie. Otworzyłam oczy. - Coś ty powiedziała?! - zawołał zrywając się z kanapy. Wiedziałam, że tata nie będzie zadowolony z mojej decyzji.

***

koniec.
wreszcie.
dupa mnie boli od siedzenia.
myślałam, że skończę to jutro, ale wyszło dziś. :3
idę biegać.
dobranoc. ♥